Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
Wiedźma uspokajająco gładziła jej rękę.
– Ale im się zachciało okiełznać przepowiednię, zachciało im się dziedzictwa Iskry i wszystkich innych rzeczy, które śpiewały w mojej krwi. Zabawne. Zaprowadzili mnie do mojej komnaty. Wszędzie leżały trupy i resztki porozbijanych sprzętów. W powietrzu wirował puch z rozdartych pierzyn. Jak śnieg, jak ślubny welon, który nałożyli mi na głowę. Zamkowy kapelan nie chciał poprowadzić ceremonii, więc go zabili, pośrodku wielkiej sali, pod wnęką ołtarza bogini, i kazali wołać kapłańskiego pomocnika. Syn pana cytadeli wziął mnie za rękę. Nad krawędzią zbroi miał okrągłą twarz o młodzieńczym miękkim zaroście i widziałam, że boi się tak samo jak ja. Wepchnęli nas do łożnicy, cała gromada żołdactwa pijanego od krwi i miodów z piwnicy Dumenerga. A komnata była pełna błękitnego kwiecia o woni odurzającej niby wino. Jak na urągowisko. Chcieli, abym usłużyła małżonkowi, lecz nie potrafiłam, sprzączki od zbroi wymykały się palcom. W końcu przywołali dziewkę, płowowłosą posługaczkę, która była równie niezgrabna jak ja, więc jeden z wojowników odciągnął ją w kąt i wziął na stercie szat wywleczonych z kufra…
– Przestań – poprosił zbójca.
– Dlaczego? – Szarka zaśmiała się cicho. – Niepięknie jest posłuchać, co się dzieje po tym, jak królewicz zdobędzie zamek z królewną ukrytą? Jak złe zostanie pokarane wedle zasług? Bo ja przecież byłam zła, przeklęta w powiciu i naznaczona imieniem Annyonne. Więc panowie z cytadeli postanowili zadbać, żeby się tamta przepowiednia nie wypełniła. Starannie – zająknęła się. – Przywiązali mnie rzemieniami do ramy, pochodnią przyświecili i dali miodu tamtemu młodzikowi, żeby się dobrze sprawił. Taki jest w wielkim świecie obyczaj, że jak się już królestwo w perzynę obróci i króla starego zaszlachtuje, trzeba jeszcze córkę jego zniewolić. Trochę to trwało, bo chłopak był przerażony i nieporadny w gwałcie. Ale panowie doradzali mu ze szczerego serca i dodawali zapału. Póki nie dokończył dzieła.
Gdzieś wysoko nad Uroczną Przystanią wrzasnął jadziołek. Radośnie, z triumfem. Iskra szarpnęła się jak smagnięta batem.
– Jak nas wreszcie samych w alkowie zostawili, tośmy oboje płakali, ja i ten dzieciak, co go naznaczyli na królewskiego małżonka. Rozwiązał mnie. A kwiecie Jill Thuer, drobne błękitne kwiatki o zapachu, co rozum mąci i odbiera, otwierało się z wolna w komnatach donżonu. Otwierało się jeden po drugim, aż wreszcie któryś ze zbrojnych poderwał się znad stołu zastawionego jadłem i porwał ze ściany topór.
– Weselny podarunek – szepnęła wiedźma.
– Och, Jill Thuer bardzo dobrze znała swoje rzemiosło. – Szarka potrząsnęła głową. – Umiała zajrzeć w przyszłość i chciała, abym do niej wróciła, więc mi pomogła. Kiedy wreszcie zeszłam po kamiennych schodach do wielkiej sali, wszyscy wojownicy wymordowali się jak szczury potrute przyprawnym ziarnem. A ja miałam przed oczami oczy tamtego chłopca, mojego małżonka, niebieściutkie jak kwiaty Jill Thuer i zamglone od czaru, gdy sięgnęłam po sztylet ukryty pod siennikiem. Taką mnie na koniec Ider odnalazł, skuloną na schodach, w strzępach koszuliny poplamionej krwią – moją i tego dzieciaka. Chciał mnie wieźć na południe do wieży Jill Thuer. Ale wówczas wiedziałam już, że ciotka przymusi mnie, abym jej służyła. Postawi mnie przed Zwierciadłem Nekromantki i każe w nie patrzeć, póki proroctwo nie pożre mnie ze szczętem. Na swój sposób była równie okrutna jak panowie cytadeli i nie chciała mi pozostawić wyboru. Ale się jej wymknęłam. Drugi raz i na dobre.
– Słuchaj. – Palce wiedźmy zacisnęły się jak imadło na nadgarstku zbójcy. – Słuchaj teraz uważnie.
– Powiedziałam Iderowi, że nie pójdę za nim do Jill Thuer. Że to już koniec. Niech rozpuści resztę najemników, z dala od traktów kupi zagon ziemi za resztki skarbu, cośmy je z donżonu wynieśli, i sieje rzepę. I niech zapomni. Co z tego, że kto inny weźmie tę koronę, mnie ona nie przyniosła nic prócz nieszczęścia. Kto inny będzie się martwił o przepowiednie i klątwy, bo ja się już dosyć na krew napatrzyłam i na trupy. Osiodłałam konia, jeszcze przed świtem, nim się Mokerna obudziła, i odjechałam na pustkowie. Jak najdalej.
Twardokęsek uwolnił się z uścisku jaśminowej wiedźmy. W głowie miał zamęt.
– Ona nie będzie pamiętać – powiedziała bardzo cicho jasnowłosa niewiastka. – Obudzi się o świcie i będzie jak wcześniej. Ale teraz jest Iskrą i płonie w niej magia. Nie niszcz tego.
– Dwa lata chadzałam pomiędzy koczownikami. – Głos Szarki był ledwie słyszalny. – Spałam w grotach, jadłam szarańczę, kozy pasłam. I śniłam sny, z każdą nocą bardziej przemożne. Jak Alienor, cztery wieki wcześniej. Coś przywoływało mnie z głębi puszczy, aż wreszcie nie umiałam się oprzeć. Nie wiedziałam, że przez te dwa lata opowieści o powrocie krwi dawnych władców krzewiły się jak uroczne ziele. Nie wiedziałam też o Zakonie Gwiazdy. Nie, nie mogli się nazwać moim imieniem, przecież dostałam je po zabójczyni bogów. Przybrali więc miano od najjaśniejszej gwiazdy zimowego nieba, skamieniałej i samotnej pośrodku firmamentu. Gwiazdy, z której Annyonne wykuła zakrzywiony, zębaty sierp. Sharkah, zabójcę bogów.
Twardokęsek ze świstem wciągnął powietrze.
– Nie wiem nawet, jakim sposobem Ider zdołał ich zebrać. Był najemnikiem, wynajmował się za kilka srebrnych monet. Nie znał gwiazd i nie umiał odczytać legendy ukrytej za tym znakiem. Ale kiedy wreszcie wróciłam…
Zbójcy wydało się, że jej twarz złagodniała na chwilę, a na ustach pojawił się cień uśmiechu.
– Zakon Gwiazdy był jak mocne wino, co uderza prosto do głowy. Kiedy jechaliśmy przez spustoszoną krainę, imię Annyonne było wszędzie, wyhaftowane srebrną nicią na chorągwiach, wyszyte na kubrakach, wpisane w kształt końskich podków. Z początku nie było nas więcej niźli setka – najemników, resztek panów, którzy niegdyś podążyli za moim ojcem, skrytobójców opłacanych złotem. Tamta wiosna… – Uniosła głowę, spojrzała na zbójcę i wydało mu się, że go rozpoznaje.
Prawie wyciągnął do niej rękę, ale z wysoka, spomiędzy gwiazd, dobiegł go krzyk jadziołka. Spojrzenie Szarki zmętniało.
– Kwitły tarniny i dzikie śliwy, z południa szła na nas Kurzawa Birghidyo, a ja miałam siedemnaście lat i dwa miecze u boku. Wyjechaliśmy z ruin donżonu południową bramą, ku Wąwozowi Ivrett, gdzie niegdyś Issarthel Srebrna Prządka ściągnęła ogień na armię koczowników. Na drzewach liście nie zdążyły się jeszcze w pełni rozwinąć, lecz skowronki śpiewały nad świeżo skopanymi polami i klucze gęsi przesuwały się wysoko z krzykiem. Nawet ich chrapliwe głosy wieszczyły nadejście Kurzawy. Mieliśmy ledwie garstkę ludzi i wiedziałam, że nie powrócę żywa, ale nie miało to znaczenia. Nic nie miało znaczenia. Nic, prócz tej wiosny.
Nieświadomie skinął głową, gdyż jakkolwiek nie chciał się do tego przyznać, jego również ogarnęła wilczojarska wiosna, tak upojna i rozszumiana, że czasami wydawało mu się, że naprawdę należy do tego miejsca i szykuje się na walkę z Wężymordem.
– Wieśniacy po wioskach wybiegali nam na spotkanie z chlebem i mlekiem. Szpaki darły się w topolach przy drodze coraz donośniej, czajki podrywały się znad podmokłych łąk, a my ciągnęliśmy na południe pod znakiem zagłady, pod znakiem gwiazdy, z której wykuto zębaty sierp Annyonne. Raz jeden, zbójco, jeden raz przydarza się taka wiosna…