Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– I tak dawniej bywało. – Wiedźma wzruszyła ramionami. – Nim się jeszcze Cion Cerenowe sługi na dobre rozkrzewiły po dolinach i jęły posyłać krucjaty w Góry Sowie. Przecie nie znikąd ci się biorą te sny wieszcze, co od nich po nocach skwierczysz a zębami zgrzytasz jako potępieniec…
Zbójca aż na gębie posiniał ze złości na zniewagę. Niby całą zimę cniło mu się za wiedźmą, a ledwie wróciła, miał ją ochotę zadusić.
– Tedy i wam nie trza cudować, żeście z sorelkami w komitywie – wypalił kąśliwie do Szarki, bo z wiedźmą nie było sensu się swarzyć. – Widno był tam który pradziadek nadto skłonny do obłapki z morskimi pannami.
– Mnie, zbójco – Szarka rzuciła mu kose spojrzenie – od maleńkości wodna panna chowała i znałam ich pieśni, nim mnie jeszcze dobrze ludzkiej mowy nauczono. A potem Jill Thuer wyłożyła mi dobitnie parantele moich dziadów. Także tych, którzy brali do łożnicy przedksiężycowe. I zadbała, żebym wiedziała dokładnie, jaką krwawą przemianą Zird Zekrun wplata istotę sorelek w ciało Wężymorda. Czy chcesz o tym posłuchać, zbójco? – Ściągnęła brwi. – Chcesz posłuchać, jak dwoma mieczami przybiłam moją niańkę do gobelinu, na którym królewskie charty ścigały jelenia o porożu z czystego srebra?
Zbójca poczuł mdłą falę obrzydzenia w gardle. Śnił o niej przez te zimowe miesiące noc po nocy, a przecie zdążył zapomnieć o trawiącym ją obłąkaniu.
– Jak nacięłam własne nadgarstki i nasza krew zaczęła się mieszać? – mówiła Szarka. – Dwubarwna krew, żeby dwoje spleść w jedno i połączyć? Z każdą uronioną kroplą pochłaniałam ją coraz bardziej, aż na koniec miałam dość mocy, by uderzyć w samym sercu ich krainy. A potem zabijałam je kolejno, jedną po drugiej, aby na koniec sięgnąć jeszcze głębiej i aby krew splamiła korzenie traw i podziemne źródła.
– Jak wtedy, gdy Wężymord splugawił jasne źródło Ilv – rzekł ochryple.
– Nie – potrząsnęła głową. – Ja jestem z ich krwi i nie mogłam zatkać uszu woskiem, a wody ze źródeł unlinned nie niweczą czarów, co zmieniają śmiertelników w kamień. Chcesz poznać moją historię, zbójco? Naprawdę chcesz?
– Tak – odparł.
Własny głos wydał mu się obcy.
Szarka zaśmiała się. Patrzyła w morze.
– Tam, skąd przychodzę, zbójco, sorelki nie zsyłają rybackim łodziom przyjaznych wiatrów i w czas jesiennych pozdrowień nie znoszą kniaziom sznurów pereł w podarunku. – Podciągnęła wyżej nogi i oparła brodę na kolanach. – Każdego roku ich kraina roiła się szarańczą, wężami i błotną gorączką, co pustoszy całe miasta, a one chodziły nierozpoznane pomiędzy ludzkimi siedzibami i odmieniały w krew wodę w studniach. Widziałam błękitne trawy, jak z każdą wiosną rozkwitają trującym kwieciem, co niesie ludziom szaleństwo, i dziwne deszcze, po których pola stawały się jałowe, a kobiety schły i marniały bezdzietnie. Widziałam wieśniaków o źrenicach białych niczym mleko, ponieważ ośmielili się spojrzeć na unlinned w jej prawdziwej postaci, kiedy o świcie zawołała do nich z głębi leśnego strumienia. Więc nie mów mi o jasnym źródle Ilv, zbójco, bo nie masz pojęcia, czym była kraina, którą zniszczyłam.
– Była żywa – przerwała wiedźma.
Żadna z nich nie mówiła do zbójcy. Miał wrażenie, że tylko powtarzają słowa, bo toczyły tę rozmowę przez całą zimę, ale niczego nie zdołały rozstrzygnąć.
– Ja też byłam żywa! I słyszałam ich krzyki, kiedy ogień sięgnął traw i spopielił unlinned jak wyschnięte siano. Byłam też żywa, gdy płomienie szły ku mnie poprzez komnaty zamku. Rozumiesz to?
– Tak. – Wiedźma przechyliła głowę na ramię. Jej źrenice były wielkie, rozdęte magią.
– Nie rozumiesz. – Szarka potrząsnęła głową. – Nawet ty. Jeśli naprawdę chcesz znać różnicę pomiędzy mną i Wężymordem, spytaj Koźlarza, jakim głosem wołała tamtej nocy w rdestnickiej świątyni umierająca Bad Bidmone. Ale wówczas też nie zdołasz zrozumieć, wiedźmo, bo w twojej krwi nie szumi ta sama błękitna magia, co ożywiała trawy w ich przeklętej krainie, daleko stąd. Nie mam żadnej ochrony przed skowytem konających parthenoti. Nic prócz jadziołka, który w rozpadającej się wieży Nur Nemruta zdołał wydobyć mnie na powierzchnię.
Zbójca w milczeniu gryzł sosnową gałązkę. Niepotrzebnie czekał na nią przez całą zimę i na złamanie karku pędził przez puszczę. Równie dobrze mogło go tu nie być.
– I który co noc przywołuje z twojej pamięci głosy konających. – Jasnowłosa niewiastka zmarszczyła brwi. – Krew i łopot płomieni. I śmierć. Odpędzisz go albo pociągnie cię ze sobą w zagładę.
– On jest moją pamięcią. – Szarka ze znużeniem przymknęła oczy. – I zanadto go potrzebuję. Przez całą zimę łudziłam się, że dość będzie, gdy usiądę pomiędzy nimi pod poprzecznym bierzmem rzeźbionym w żmijowe sploty…
– Ale byłaś tam – wtrącił cicho zbójca. – Pomiędzy swoimi. Jak przystoi zwajeckiej kniahince.
Z nagła gorycz napłynęła mu do gęby. Całą zimę śnił o niej, wyobrażał sobie ten dzień, jak przypłynie do Urocznej Przystani, a potem znów powędruje samotrzeć z wiedźmą poprzez Krainy Wewnętrznego Morza. Jak dawniej. Jak zeszłej wiosny.
Był durniem.
– Tak. – Szarka uśmiechnęła się do siebie. – Siedziałam pomiędzy panami, z roztruchanem pełnym syconego miodu, i słuchałam, jak sędziowie wyliczają przodków Selli aż do wichrowej sevri z kohorty Org Ondrelssena. Pływałam w łodzi z pojedynczym żaglem pomiędzy rafami morskich węży i polowałam z harpunem na biełuchę większą od skalmierskich wołów. Jednak krew została przelana, a ja nigdy nie będę śpiewać z sorelkami w Cieśninach Wieprzy o błękitnych łąkach, które nie istnieją w żadnym ze światów. – Zaśmiała się urwanym śmiechem.
Zbójca otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale wiedźma uczyniła szybki gest, nakazując mu milczenie.
– Opasali mi czoło diademem z szafirów i turkusów, narzucili na ramiona płaszcz z sobolowego futra. Tylko ja wciąż byłam ta sama, jak wówczas, kiedy przypłynęłam na Tragankę w kubraku zdartym z konającego norhemna. Zupełnie ta sama. Dzień za dniem kradłam tej obcej dziewczynie jej los – ojcową radość, sławę u współplemieńców, pieśni o krwi Iskry. Nawet jej imię!
– On w to wierzy – odezwała się wiedźma. – Dla Suchywilka zawsze będziesz Llostris.
– Tym gorzej – odparła sucho i znienacka zwróciła zielone oczy ku zbójcy. – Czy wiesz, jak to jest, Twardokęsek?
Bez słowa potrząsnął głową.
– Dość było wyciągnąć rękę, bo marzenia same naginały się ku palcom. Gorące i słodkie jak maliny rwane z krzaków wokół górskiego źródła. Mogłam mieć wszystko, co tylko przyszło mi do głowy, kiedy zagrałam z Delajati kośćmi o własny los. Życzenia się spełniały. Jak w baśni. Jak gdybym naprawdę mogła odwrócić się, otrząsnąć pył z chodaków, wyczesać z włosów popiół… Jakbym nigdy nie patrzała w zwierciadle na mojego ojca zakłutego u bram donżonu dzidami niczym odyniec i nie widziała głowy Dumenerga nabitej na palisadę w noc moich zaślubin. Jakby nigdy nie było Świętej Llostris od Pożogi…
– O czym wy gadacie? – przerwał z trwogą zbójca.
– O tym, żeś się, Twardokęsek, dobrze sprawił! – Uśmiechnęła się kątem ust. – Powinnam była zgadnąć, że starczy, abym postawiła stopę na tej przeklętej ziemi, a wszystko zacznie się na nowo. Przez ciebie.
W pierwszej chwili zabrakło mu języka w gębie. Nie mógł uwierzyć, że po tym wszystkim, czego dla niej dopiął i dokonał, śmie mu czynić wyrzuty.
– Ja? – ryknął wreszcie wściekle. – Jam dla was przez całą zimę tyłek po wertepach tłukł, karku nadstawiałem w służbie tego zapowietrzonego książątka, mało mię Pomorcy nie zasiekli, a wy się jeszcze krzywicie?