Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 156
Перейти на страницу:

Teraz mówiła już tylko do niego. I wypowiadała jego lęki tak, jakby czytała z karty.

– Kasztelan otworzył przed nami bramy twierdzy w gardle Wąwozu Ivrett, a potem, kiedy skrupulatnie obrachował szanse i pojął, że nie będzie świeżych posiłków, wymknął się chyłkiem ze swymi ludźmi i uciekł precz. Nie pozwoliłam go ścigać. Chorągiew mojego ojca łopotała na najwyższej wieży nad twierdzą, wokół murów rozkwitały bzy i czeremchy, a nocami niebo było roziskrzone od gwiazd. Nie spostrzegłam nawet, kiedy przyszło lato, suche i gorące jak południowy wicher. Góry dokoła zapłonęły od ognisk Kurzawy Birghidyo i było ich więcej niż gwiazd nad nami. Jednak wcześniej… wcześniej nadciągnął Eweinren… – zamilkła, zapatrzyła się w morze.

Zbójca nie wytrzymał.

– A potem? – zapytał.

Wiedźma zasyczała ze złością.

– Potem? – Szarka otrząsnęła się jak zbudzona ze snu i popatrzyła zupełnie przytomnie. W oczach miała żal. – Potem zaczęliśmy umierać. Jedno po drugim.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Twardokęsek owinął Szarkę w płaszcz wiedźmy i zaniósł do swojej izdebki przy kuźni, przekradając się ciszkiem przez obozowisko. Wiedźma, która postępowała tuż za nim, tłumiła płacz, ale nagle odeszła go wszelka chęć, aby ją przytulić. Ułożył rudowłosą na swoim barłogu i okrył skórami.

– Ona tak zawsze? – zapytał szorstko.

– Tylko wtedy, gdy śpiewa. – Jaśminowa wiedźma pociągnęła nosem. – Płynęliśmy w szkwale, a jadziołek dręczy ją coraz bardziej. Całą zimę czekał, ale teraz nęci go zagłada.

– Jakby nie dość było spichrzańskiego karnawału – burknął, zapominając na chwilę, z kim rozmawia.

– Nigdy nie jest dosyć. – Zwróciła na niego oczy, ciemne i rozdęte od magii. – Idź stąd, Twardokęsek. Idź precz, zanim znów posłyszysz coś, czego nie chcesz wiedzieć. Tak będzie lepiej.

Wyszedł więc na majdan, zły i rozgoryczony jak rzadko. Obozowisko rzęsiście oświetlono pochodniami, więc z daleka dojrzał trzy rzędy stołów pospiesznie zbitych z sosnowych desek ustawione przed chatą księcia. Widział Suchywilka po prawicy Koźlarza, jego krewniaka w szłomie z byczymi rogami i może z tuzin innych Zwajców wmieszanych w ciżbę przy niższych stołach.

Kniaź nie rozpuścił wojowników z okrętów, pomyślał posępnie. Nie będą tedy długo popasać. Najpewniej odpłyną ze świtem, nim jeszcze mgły podniosą się w Urocznej Przystani.

Nie czuł nijakiej ochoty do ucztowania, choć pacholikowie żywo podtaczali beczki skalmierskiego wina. Chciał się cichaczem przemknąć pomiędzy krzewiną do lasu i zagłuszyć trunkiem słowa Szarki, co łopotały w jego pamięci jak płomienie pochodni. Jednak Czarnywilk wypatrzył go chytrze w kępie olszyny.

– Chodźcie do nas, mości zbójco! – rozdarł się potężnie. – Co się tak we ćmie czaicie, jakby was sumienie gniotło?

Zbójca pospiesznie cofnął się w cień, ale było za późno. Od niższych ław, gdzie rozsiadła się gromada Leśnej Straży ze znakami gwiazdy dumnie wyszytymi na kołpakach i kapotach, podniosła się rozradowana wrzawa. Musiał podejść bliżej.

Ledwie stanął u stołu, jakiś szlachcic o jasnych sumiastych wąsach wetknął mu w garść róg z syconym miodem, drugi żalnickim sposobem wycałował w oba policzki. Inny jeszcze, ze szczętem pijany spichrzańską gorzałką, wczepił się oburącz w zbójecki przyodziewek i począł coś bełkotliwie klarować, póki go inni przemocą nie posadzili na zadku. Obce ręce klepały Twardokęska po grzbiecie, podtykały do gęby pełne świeżego trunku naczynia, popychały wzdłuż ław coraz wyżej, ku wysokiemu stołowi, gdzie zasiadał Koźlarz w kompanii zwajeckiego kniazia.

Twardokęsek nic nie potrafił odczytać z twarzy żalnickiego księcia, kiedy ten wskazał mu zaścielone wytartym aksamitem siedzisko. Suchywilk za to był już dobrze pijany. Policzki miał czerwone od skalmierskiego wina, oczy zmętniałe i nabiegłe krwią od znużenia. Niewiele gadał, zbójcy ledwie łbem kiwnął, ale czasami spozierał na niego spode łba z osobliwym uważaniem i zadziwieniem.

– No, gadano nam, jak porośliście w piórka, mości zbójco. – Czarnywilk podsunął Twardokęskowi misę z pieczoną gęsiną i hojnie napełnił roztruchan skalmierskim napitkiem. – Aż zdumienie bierze.

– Wy za to ze szczętem ten sam! – warknął zbójca którego złość niezmierna brała od podobnych pochwał, a niemało się ich ostatnimi czasy nasłuchał. – Po staremu za krewniakiem tarczę nosicie.

Koźlarz posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, lecz zbójca ani się obejrzał. Najwyraźniej wystarczająco dobrze znał zwyczaje północy, by rozumieć, że pośród Zwajców jedynie niedorośli pachołkowie, biedacy i kalecy niewładni dłużej pod własnym znakiem chadzać na wiking nosili na znak poddaństwa cudze tarcze.

Czarnywilk jednak nie zamierzał się gniewać. Zbył zniewagę obojętnym machnięciem dłoni. Czerwone wino chlusnęło na świeże sosnowe deski.

– Ano, nie wszystkich nas fortuna równo w górę niesie – odrzekł pogodnie. – Miałem jesienią nadzieję, że się naród zbiesi na ten pakt z Koźlarzem, bo na razie niczego dobrego nam nie przyniósł i pewnie nie przyniesie, prócz łez i krwi przelania. Był już wiec zwołany, aby nad nowym sojuszem radzić. Ale akuratnie wtenczas posłanie z południa od Servenedyjek przybyło. Wojowniczki pokłoniły się nisko przed kniahinką, coś tam o przeznaczeniu i bogach bajały, szabelkami trzęsły i o przymierzu radziły. I tak się ludziska durne Servenedyjkom dziwowali, że się wiec na niczym rozszedł. Jak pierwej Suchywilk nam kniaziuje.

– A wyście na korcu ostali – nie bez złośliwości zauważył zbójca. – I po staremu za kniaziem się włóczycie. Choć pomnę, jakeście się zeszłego razu gromko odgrażali, że ninie we własnym dworcu osiądziecie.

– Bo i niedługo tutaj na popas zostajemy. – Czarnywilk pociągnął potężny łyk wina. – Jutro ze świtaniem łodzie na morze idą. Trza nam było jeno po żalnickiego księcia zawinąć.

– A kudy ten się wybiera? – spytał lekko zbójca choć ubodło go mocno, że utajono przed nim zamiar wyprawy.

– Nic wam nie rzekli? – zdziwił się fałszywie Czarnywilk. – No, może i rozumnie. Podobną rzecz zda się zawczasu zataić i jeno najpewniejszym wyjawić.

– Sposobności nie było – odezwał się spokojnym głosem Koźlarz. – Nikt tego przed Twardokęskiem w tajemnicy trzymać nie zamyślał, jeno żeśmy go w obozowisku dobrych kilka niedziel nie oglądali. A szkoda.

– Skąd żal ów nagły? – zadrwił zbójca.

– Boś mi potrzebny. – Książę jak zwykle nie bawił się w ceremonie. – Na Przychytrze popłyniem. Dni zaledwie parę nas w obozowisku nie będzie. Ale niedobrze, aby się miał tutaj zamęt jakiś uczynić.

– Kogo ze sobą bierzecie? – spytał chrapliwie zbójca.

– Nikogo. – Książę upił łyk wina. – Dwie zwajeckie łodzie mogą się pod samym nosem Pomorcom przemknąć, ale nikt więcej. Sam popłynę. To rodzinne spotkanie.

– Z kim? – zapytał Twardokęsek i zaraz zatrwożył się własnym wścibstwem, bo nie miał prawa zadawać podobnych pytań żalnickiemu księciu.

Koźlarz nie wydawał się jednak urażony.

– Z Warkiem – odparł lekko.

Zbójca zacisnął palce na krawędzi stołu, aby nie pokazać po sobie zdumienia. Czarnywilk, który przysłuchiwał się ciekawie rozmowie, popatrzał na niego z rozbawieniem.

– Wark posłał do mnie i na spotkanie zaprosił – ciągnął przyciszonym głosem Koźlarz. – Nie powiedział, po co, ale nijak odmówić. To mój krewniak, brat nieomal.

– I po śmierci Krobaka pan całego Sinoborza – wtrącił siwiejący Zwajca. – Nie godzi się go zlekceważyć.

– A wy? – zeźlił się zbójca któremu gniew nie mijał szybko, a słowa Szarki przeraziły go niezmiernie. – Czemu się też wleczecie? Uczepiliście się kniazia jak rzep psiego ogona.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)