Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 156
Перейти на страницу:

– Co wam? – zapytała, przestraszona.

Zbójca podniósł głowę. Twarz miał spotniałą, pobrudzoną ziemią i liśćmi, a źrenice zwężone z bólu.

– Jadziołek – wyszeptał wyschniętymi wargami. – Ona… ona wraca.

Wciąż mroczyło mu w oczach, ale przynajmniej upiorny wrzask jadziołka ucichł. Bo zbójca miał pewność, że dobiegł go głos plugastwa, choć nie pojmował, jakim sposobem usłyszał go tak daleko od Urocznej Przystani. Poderwał się z ziemi, nie pamiętając już o kobiecie, która wciąż patrzyła na niego w oszołomieniu. W pośpiechu wdział ubranie, po czym, potykając się, pobiegł przez sad ku stajniom.

Kalina przeczesała palcami włosy, wsunęła przez głowę koszulę, włożyła spódnicę i błękitny kaftanik. Ale zanim przemknęła się pomiędzy białymi pniami do warzywnika i chyłkiem wślizgnęła do czeladnej, Twardokęsek galopował już leśną ścieżką na złamanie karku ku Lipnickiemu Półwyspowi. Niebieskooka szlachcianka boso i w rozsznurowanym kaftanie weszła do izby, gdzie gospodyni darła z posługaczkami pierze. Pani powitała ją niechętnym uniesieniem brwi – nie mierziły jej zbytnio figliki ze zbójcą na sianie, ale nie podobało jej się jawne okazywanie chuci we dworcu. Zaraz jednak pohamowała się, patrząc na zadyszaną krewniaczkę. Wdowa nie była płocha i nigdy nie obnosiła się ze swoją skłonnością do Twardokęska.

– Po męża posyłajcie – odezwała się rwanym głosem Kalina. – Iskra wróciła.

W kilka chwil później wszystko, co żyło we dworcu i nosiło na rapciach szablę, siadało na koń i mknęło przez puszczę do Urocznej Przystani.

* * *

Twardokęsek nie wiedział nawet, czy wyglądał jej powrotu. Po prostu gnał przez las, na oślep odnajdując kierunek. Nie rozglądał się. Wilgotne gałęzie sosny smagały go po twarzy. Powietrze było ciepłe i orzeźwiające. W koronach drzew śpiewały ptaki. Nie słyszał ich. Nie słyszał też tętentu podążających za nim koni. Przejechał w bród rzekę, obok grupy kobiet piorących u młyna, te zaś podniosły się i długo jeszcze patrzyły za jeźdźcem, który jak duch przemknął po grobli i zniknął bez śladu. W galopie minął dwie wioski, płosząc zielononogie kury, które dostojnie przechadzały się po gościńcu. U przydrożnej kapliczki jakiś szlachcic rozpoznał go i pozdrowił grzecznie. Zbójca nic nie usłyszał, nie powściągnął konia. Szlachcic zdumiał się i nasrożył po trochu, ale po chwili namysłu dołączył z czeladzią do krewniaków Pleskoty.

Twardokęsek nie obejrzał się nawet. Nie czuł skwaru, choć pot mu ściekał po twarzy, a język wysechł na wiór. Nie spostrzegł też, jak słońce jęło się chylić nad lasem, a potem zaszło. Po prostu pędził przed siebie bez chwili wytchnienia. Jak zaczarowany. Tuż przed lipnickim obozowiskiem padł pod nim koń. Zbójca zostawił wierzgające jeszcze zwierzę i pognał dalej, jakby tuzin czartów następowało mu na pięty.

Przystanął dopiero na skarpie w Urocznej Przystani. W uszach tętniła mu krew. Potrząsnął głową, jak obudzony z głębokiego snu, otarł z twarzy pajęczyny.

I nagle widział je zupełnie wyraźnie – dwa zwajeckie okręty o dziobach rzeźbionych w pyski żmijów, jak bezdźwięcznie wynurzają się z pasm mgły. Sunęły powoli z opuszczonymi żaglami, jakby popychał je magiczny wicher. Dopiero po chwili dostrzegł we ćmie po dwa rzędy wioseł przy każdej burcie i godło Suchywilka na najwyższym z masztów. Coś ścisnęło go za gardło.

Na dole, na wąskim pasie morskiego piasku ujrzał Koźlarza – z odkrytą głową i potężnym mieczem żalnickich władców na plecach. Ale zwajeccy panowie nie mieli zwyczaju samotnie wychodzić na spotkanie sojuszników, choćby najbardziej wyczekanych, i zbójca pojął, że powodowało nim coś zgoła innego.

Wysoko, nad koronami drzew jadziołek znów krzyknął ostrym głosem. Jeden raz.

Szarka w długiej jasnej sukni i delijce z białego futra stała na dziobie pierwszej z łodzi. Jej rozpuszczone włosy opadały do pasa jak płynny ogień. Suchywilk w sutej wilczej szubie obejmował ją wpół. Wojownicy w szłomach ozdobionych zakrzywionymi rogami miarowo pochylali się nad wiosłami.

Koźlarz począł iść powoli przez połać piasku. Na brzegu było tak cicho, że zbójca słyszał tylko nieznaczny plusk wioseł i niespokojne granie świerszczy w nabrzeżnych trawach.

Wiosenny księżyc odbijał się na falach rozchybotanymi ułamkami światła.

Smocza łódź zaryła dziobem w piach. Wojownicy wypychali ją na brzeg. Koźlarz wyciągnął rękę, przez chwilę krótką jak uderzenie serca jego palce zetknęły się z dłonią Szarki. Podtrzymał ją, kiedy wyskakiwała z łodzi, i stali naprzeciw siebie na skraju Wewnętrznego Morza. Dokładnie jak zbójca zapamiętał. Jak tamtej zeszłorocznej nocy, gdy grała dla niego na żmijowej harfie.

Twardokęsek przełknął ślinę. Zwajeccy wojownicy powoli wychodzili na brzeg, a Szarka i Koźlarz po prostu tam stali w bezruchu z twarzami pobladłymi od miesięcznego światła – jakby na całym wielkim świecie nie było nic prócz wąskiego paska nabrzeżnego piasku. I żadne nie uczyniło ani gestu, nie wypowiedziało ani słowa.

Zbójca wyprostował się sztywno i począł schodzić spadzistą ścieżką ku Zwajcom. Piach obsypał mu się spod butów.

Szarka drgnęła i odwróciła się. Jej źrenice były wielkie, a tęczówki zielone jak świeże brzozowe listki. Twardokęsek podążył za jej wzrokiem i dopiero teraz zobaczył ciemne zarysy postaci utajonych w wysokich nadmorskich trawach. Wydało mu się, że rozpoznaje pomiędzy karłowatymi sosnami przygarbioną sylwetkę Pleskoty i jego dwóch krewniaków. Gdzieś dalej stał Cherchel z nieodłącznym Wekierą, który wystawał ponad trawy jak latarnia morska, a także Lusztyk, ostrożnie przyczajony z tyłu, pomiędzy nagimi korzeniami na skraju skarpy. Pojawił się też Chąśnik w brunatnym pomorckim kubraku, który zlewał się z rdzawą korą. I wielu, wielu innych, których zbójca nie umiał nawet rozpoznać z imienia.

Pojedynczo i samowtór, rebelianci zbiegli się oglądać nadejście krwi Iskry, wywróżonej w północnych legendach i wyczekiwanej przez całą zimę. Lecz kiedy nareszcie stała na brzegu Urocznej Przystani twarzą w twarz z żalnickim wygnańcem, żaden z nich nie śmiał podejść bliżej. Przyczaili się jak stado zdziczałych psów, nie śmiejąc dotknąć baśni, która ożywała na ich oczach.

Tak, zbójca też znał te legendy o wichrowej sevri, która zbiegła z podniebnej ścieżki pod dach śmiertelnego wojownika. Lecz gdy spoglądał na Szarkę, widział wyraźnie, że coś odmieniło ją ostatniej zimy, coś znacznie gorszego niż opowieści starych babek o czasach jasnej Selli, która pływała na smoczym okręcie pomiędzy Żebrami Morza. Wydała mu się wyższa i bledsza, w białym futrze podobna do połyskliwego ostrza. Przy boku wciąż miała dwa zakrzywione miecze w zdobionych srebrem pochwach norhemnów. Ale na jej włosach nie połyskiwała już obręcz dri deonema.

Wyrzuciła ją do morza, przypomniał sobie zbójca. Cisnęła ją w fale, jakby była jarmarczną błyskotką.

Szarka poruszyła się. Rozcięte poły jej sukni zawirowały gwałtownie, kiedy ruszyła ku niemu. Zbójca stał jak głupiec. Jakby mu nogi wrosły w wilgotny piasek.

– Wróciliście – odezwał się, gdy była tuż obok.

Wzięła go pod łokieć i czuł ulotny miodowy zapach jej włosów.

– Dlaczego miałabym nie wrócić? – Uśmiechnęła się dziwnie.

Przesunęła dłonią po jego policzku, po bliźnie na policzku, pamiątce ze zbójeckiej zasadzki w Koźlej Niecce, wciąż z tym nieobecnym wyrazem twarzy, który sprawiał, że zbójca miał ochotę się cofnąć i zmyć świeżą wodą ślad jej palców. Wyglądała jak wiedźma, kiedy przepełniała ją plugawa, przeklęta moc.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)