Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Magom wszystko wolno
Magom wszystko wolno - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Magom wszystko wolno

Электронная книга - «Magom wszystko wolno». Краткое содержание книги:

Magom wszystko wolno
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 90
Перейти на страницу:

Po drugie, najtchórzliwsi z rozbójników rozbiegli się i popadali na ziemię, zaś najodważniejsi unieśli broń; w moją ochronę uderzyły trzy lub cztery ciężkie strzały kuszników.

- Salwą! - krzyknął gadzina Aggej. - Salwą, jełopy!

Tak, chłopaczek na pewno nie był głupi. Uświadomiłem sobie z przerażeniem, że nawet moja wspaniała ochrona nie wytrzyma jednoczesnego uderzenia dziesięciu strzał.

Kątem oka zerknąłem na Orę; żadnej Ory już jednak nie było. Tam, gdzie przed chwilą stała moja pomocnica, znajdował się teraz jedynie mały szczur wodny. Zwierzątko bezgłośnie pogrążyło się w wodzie, zostawiając mnie samego przeciw trzem setkom oprychów, lecz rozwiązując mi jednocześnie ręce.

- Wszystkich spalę! - krzyknąłem, podkreślając te słowa kolejnym piorunem. Rozbójnicy cofnęli się, sosny płonęły, ogień przeskakiwał z korony na koronę. Zrobiło się gorąco. Najbardziej obawiałem się, że w zamieszaniu ktoś zgniecie figurkę, a wówczas, jak słusznie zauważył Aggej, po sowie.

Kobieta w lnianych spodniach krzyknęła coś rozkazującym tonem. Rozsypany chwilowo półokrąg rozbójników, zamknął się ponownie; pachniało spalenizną. Ktoś stracił brodę, ktoś inny brwi i rzęsy, rozbójnicza szajka wciąż jednak była zdolna do walki. Atamanka kiwnęła dłonią, wydając rozkaz kusznikom; rzuciłem się na płask w wodę. Strzały wbiły się w rzekę za moimi plecami, ja po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że są ich trzy setki, a ja, choć jestem magiem ponad rangą, zostałem sam.

Kiedyś w młodości czytałem podobną historię. Trzech potężnych magów padło ofiarą tłumu dzikusów, gdyż dzikusów było wielu, a magowie w całości wyczerpali swoje siły. Moje siły także nie były nieskończone, doskonale przekonałem się o tym już w dzieciństwie, siedząc w głębokiej studni.

Tak, zwykli rozbójnicy już dawno by posiwieli i zrejterowali. Ci jednak całe życie mieszkali w sąsiedztwie zamku ze smokiem i magów znali nie tylko ze słyszenia. Co oznaczało, że nie da się ich nastraszyć i że trzeba ich zacząć zabijać.

Jakby czytając mi w myślach, krótko ostrzyżona kobieta dała rozkaz do nowego ataku.

Zaklęcie „Przed żelazem i drzewem” powstrzymało napadających, jednak nie na długo; domyślili się, że muszą pozbyć się noży i toporów, zaś metalowych nitów na ubraniu zaklęcie nie traktowało poważnie. Moja bariera dźwięczała przenikliwie, jednak pozbawionych oręża rozbójników przepuszczała niemal bez przeszkód.

Znów cofnąłem się w wodę niemal po pierś, rażąc napastników nieefektownymi, szarymi, lecz niezwykle skutecznymi piorunami.

Padali jeden za drugim, lecz nawet nie myśleli o odwrocie! Potykali się o ciała poległych towarzyszy, wciąż jednak parli do przodu; wyciągała się po mnie co najmniej setka bezbronnych, choć mimo tego nie mniej włochatych i potężnych łap.

Sooowo! Za kogo oni się mają?

Zamieniłem się w wydrę i zanurkowałem; powierzchnia wody, podświetlona pożarem, kołysała się nad moją głową, jak pomarańczowe, jedwabne prześcieradło. Widziałem obute nogi rozbójników i fontanny piasku wzbijane przez nich z dna przy każdym kroku; na mieliźnie walały się martwe ciała i kotłowała się wokół nich woda.

- Gdzie on jest? Gdzie? - pytała solidna dzida z żelaznym okuciem, wbijając się w dno i płosząc drobnicę.

- Może dać spokój? - zaproponowały ostrożnie solidne buty, a zza ich cholewy wypływały stróżki tęczowych bąbelków. - Na co się on nam przyda?

Na brzegu rozległ się przygłuszony okrzyk atamanki i właściciel krzepkich butów przykucnął tak, że mogłem ocenić także jakość jego spodni; były równie solidne.

Czy magowi ponad rangą nie uwłacza ucieczka przed bandą oprychów?

Czy moja Kara wciąż jest cała, czy ktoś już na nią nadepnął?

Nie zdążyłem odpowiedzieć na te pytania, ani podjąć żadnych innych działań. Tam, ponad pomarańczową powierzchnią wody, zaczęło się dziać coś niezrozumiałego.

Rozległ się dziki wrzask. Po nim zabrzmiał następny; niewyraźne przekleństwa, jęki i syczenie; znikła dzida, uciekły na brzeg solidne buty. Nawet jedno z martwych ciał poruszyło się, próbując się podnieść.

Aggej klął na czym świat stoi.

- Zostaw! Zostaw! - krzyczała atamanka.

Ostrożnie wysunąłem z wody maleńką, ciemną, pokrytą szorstką sierścią główkę.

Uciekali! W panice, ciągnąc za sobą rannych, nie oglądając się za siebie; uciekali, a za wszystkimi biegła krótko ostrzyżona kobieta w lnianych spodniach.

W czarnym dymie nawet wydra nie miała czym oddychać. Na brzegu szybko rozprzestrzeniał się prawdziwy leśny pożar; trzeba było uciekać i to przez rzekę.

Przybrałem ludzki kształt i wyszedłem na brzeg. Na wszelki wypadek osłoniłem się zaklęciem „przed żelazem” i opadłem na czworaki. Dusząc się i kaszląc zacząłem przeszukiwać brudny, zapluty piasek: w tym miejscu stał Widelec, kiedy wypadła mu z rąk atrapa Kary.

Pełzałem, nie rozprostowując pleców. Tuż obok mnie upadła płonąca gałąź. Przesiewałem piasek między palcami, kopałem dołki i tworzyłem górki piasku; z boku mogło się wydawać, że Hort zi Tabor nie miał w dzieciństwie możliwości bawić się w piaskownicy.

- Coś pan zgubił? - spytał Mart zi Gorof.

Nawet nie patrząc w jego stronę, wiedziałem, że to on i że stoi pięć kroków ode mnie; domyślałem się nawet w przybliżeniu, co trzyma w rękach.

Podniosłem głowę.

Stał tam, gdzie oczekiwałem go zobaczyć. W dłoniach trzymał moją Karę, całą i nienaruszoną.

Soowa!

Musiałem, w miarę możliwości nie tracąc przy tym godności, podnieść się z kolan. Wciąż pokryty byłem ochroną „przed żelazem”, jednak podczas rozmowy z magiem ponad rangą nie było z niej żadnego pożytku.

Ostrożnie, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, wyprostowałem się do pozycji „siadu w kucki”. Dopiero potem, rozprostowując kolana, podniosłem się na nogi.

- Jak zdrowie pana sowy, panie zi Gorof?

Mag westchnął. Spojrzał na figurkę w swoich dłoniach, po czym przeniósł spojrzenie na mnie.

- Sowa ma się świetnie, dziękuję.

- Czy to pan przekonał panów rozbójników, by... się oddalili? - zapytałem krótko.

Pokiwał przecząco z poważnym wyrazem twarzy.

- To dziwne - rzekłem, odruchowo wycierając ręce o majtki. - Odniosłem wrażenie, że ktoś ich bardzo poważnie przekonał... i bardzo niespodziewanie.

- Dostawałem pana listy, Tabor - rzekł Gorof zamyślonym tonem.

- Nie uważa pan, że uprzejmość nakazywała na nie odpowiedzieć?

Znów pokręcił głową.

- Nie... Jeśli natychmiast nie zagasi się tego pożaru, moje dobra spustoszy prawdziwa klęska. Będzie to chyba sprawiedliwe, jeśli człowiek, który rozpali! ten ogień, postara się go jak najszybciej zagasić.

- Zostałem sprowokowany - rzekłem i zacząłem kaszleć od dymu.

- Proszę się brać do roboty i zagasić pożar.

- Nie można mnie do niczego zmusić - odparłem, czując jak narasta we mnie złość. - Skoro las należy do pana dóbr, niech sam pan zrobi z tym porządek. A dopóki bandy rozbójników napadają na uczciwych...

- Zamknij się - rzekł Gorof. W końcu stracił opanowanie; widziałem jak naprężyły się jego długie białe palce, zaciskając się na figurce.

- Wcale nie poddawałem pana syna torturom - rzekłem ugodowym tonem. - Trochę to... wyolbrzymiłem. Poza tym, niczego pan z nią nie zdziała! To nie pana Kara. Nie pan ją wygrał. I nie pan jej użyje.

- Tak - rzekł zi Gorof. - Nie mogę jej użyć. I wcale nie zamierzam. Ale schować tę maszkarę w miejscu, w którym spokojnie przeleży następne cztery miesiące, mogę. I zrobię to, Tabor.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 90
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)