Magom wszystko wolno
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Magom wszystko wolno». Краткое содержание книги:
Lewe oko Gorofa było szare, prawe - ciemnoszare, niemal czarne. Skóra sprawiała wrażenie nienaturalnie bladej i cienkiej. Od nosa do kącików ust ciągnęły się głębokie zmarszczki.
Rzucił uważne spojrzenie na mnie z Orą, na atrapę w mojej ręce, na kolorowe kamyki, zdobiące szyję Ory. Potem znowu na atrapę; sowa na ramieniu maga dokładnie kopiowała jego spojrzenia.
- Droga pani - odezwał się w końcu Gorof i jego głos okazał się cichy i przytłumiony. - Droga pani Szantalia. Jestem zmuszony odwołać swoje zaproszenie. Niech ten, kto panią przysłał, zjawi się osobiście. Poważnie wątpię, by za wszystkimi tymi gierkami w kamyki kryl się jedynie chłopiec ponad rangą ze swoją przyjaciółką.
Zegnani.
Jego siła była równa mojej. Mógł być jednak silniejszy. A co, jeśli po prostu odwróci się i odejdzie?!
- Jedną chwilę, panie zi Gorof.
Spojrzał mi prosto w oczy.
- Chłopcze... Rozumiem, że obnosisz się ze swoją Karą, niczym sowa z miedzianym grosikiem. Sam przyszedłeś jednak pod jej osłoną, a swoją kobietę przyprowadziłeś nagą; proszę o wybaczenie, pani Szantalio. Pozostaje mi tylko powtórzyć: niech wasz mocodawca pojawi się sam. Jeśli spróbujecie mnie nachodzić, będę zmuszony...
- Nie zrozumieliśmy się - szybko przerwała mu Ora. - Zapewniam pana, panie zi Gorof, że nikt za nami nie stoi. Mało tego, jakiś czas temu byliśmy niemal pewni, że właściciel tych kamyków mieszka w tym zamku.
Zi Gorof przyglądał się jej tak długo i uważnie, że atrapa w mojej dłoni zrobiła się mokra od potu.
- A więc naprawdę nie macie z tym nic wspólnego? - rzekł w końcu Gorof i w jego głosie dało się słyszeć rozczarowanie. Zrozumiałem, że za chwilę ogarnie mnie podobne uczucie: fałszywy alarm; całą drogę przebyliśmy na darmo, mistrz kamieni tu nie mieszka.
Jednak z drugiej strony, jeszcze przez jakiś czas będę dysponował władzą. Władzą.
Dalsze wydarzenia potoczyły się niemal bez mojego udziału. Prawa ręka wygodniej złapała atrapę w poprzek tułowia, zaś lewa chwyciła głowę maszkary - tak, że palec wskazujący znalazł się wprost na glinianej potylicy.
Różnobarwne oczy Marta zi Gorofa spotkały się z moimi. Pełne wyższości, zimne i pogardliwe. Uśmiechnąłem się jadowicie.
Na dnie jego spojrzenia coś mignęło. Jak cień nietoperza. Przerażenie? Strach przed Karą? Gdzie jest teraz twoja wyższość, gdzie twoja pogarda, magu ponad rangą?
Pogarda była na miejscu. Jedynie chłód ustąpił miejsca wściekłości.
- Szczeniak. Im bardziej żałosne jest indywiduum, w którego ręce wpadnie kara, tym więcej czerpie ono radości z zabawy w kata.
I zostawiając na mojej twarzy ślad, jak po policzku, Mart zi Gorof skrył się za niskimi drzwiami. Zaskrzypiał zasuwany rygiel.
* * *
„Nigdy nie walcz z tłumem! Tłum jest silniejszy od każdego maga. Tłum jest bezmyślnym, cuchnącym przeciwnikiem. Unikaj zaludnionych miejsc; nigdy nie pojawiaj się na masowych imprezach; jeśli miałeś pecha i trafiłeś na agresywny tłum, zachowaj rozsądek, wydostając się z tej pułapki.
W żadnym wypadku nie stawaj się niewidzialny, gdyż zostaniesz zadeptany.
Jeśli twój stopień jest wyższy niż drugi, śmiało zamień się w ptaka i odleć. Porzucaj swoje rzeczy bez żalu; życie i zdrowie są ważniejsze. Jeśli twój współczynnik wilkołactwa w stosunku do masy jest niewielki, zamień się w dużego ptaka, ważącego tyle, co ty sam. Nie będziesz wszak musiał lecieć daleko. Wystarczy, że oderwiesz się od ziemi i przelecisz kilkadziesiąt metrów.
Jeśli twój stopień nie pozwala ci na zamianę w ptaka, zasłoń się wszystkimi ochronnymi zaklęciami, jakie masz w swoim arsenale, zorientuj się w jakim kierunku podąża ludzki potok i jak najszybciej się z niego wydostań.
Jeśli tłum jest do ciebie wrogo nastawiony... Cóż, staraj się nigdy do tego nie doprowadzać; lecz jeśli już wpadłeś w takie tarapaty, w żadnym przypadku nie próbuj walczyć z wieloma przeciwnikami naraz!
Rozejrzyj się. Jeśli w pobliżu jest mur, wywróć go na tłum.
Zwal drzewo, wywołaj pożar, uderz błyskawicą, zabij jednego bądź dwóch napadających; musisz przestraszyć tłum w pierwszej minucie potyczki. Jeśli ci się nie uda, zamień się we wszystko jedno co i uciekaj, ile sił w nogach...”
* * *
Bękart Aggej biegał w kółko. Jak cielak wokół kołka, jak pies wokół słupa. Realnych krępujących go pęt nie było widać, jednak w niewidzialne włożyłem więcej wysiłku, niż było to nawet konieczne. Choć był on magiem, był na tyle słaby, że wystarczyło po prostu porządnie go związać; nie mogłem się jednak powstrzymać. Postawiłem na efekty wizualne. Zapragnąłem dodatkowo poniżyć szczeniaka i już drugą godzinę biegał po grząskim piasku jak pies, spocony i ledwie żywy ze zmęczenia. A jego ojciec nie reagował na moje ultimatum. Miał gdzieś” Aggeja, mnie i Karę.
A może po prostu nie dostał moich listów?
Siedzieliśmy z Orą pośrodku wydeptanego przez Aggeja kręgu, pomiędzy wstęgą rzeki i skrajem sosnowego lasu. Krzywiąc się męczeńsko, po raz szósty pisałem patykiem na ubitym rzecznym piasku: „Pan Hort zi Tabor zaprasza pana Marta zi Gorofa na rozmowę. Jak najszybsza odpowiedź będzie warunkiem dobrego zdrowia bękarta Aggeja, obecnego na miejscu spotkania i poddawanego torturom”.
W sprawie tortur na razie kłamałem. Aggej po prostu biegał, co przy jego wieku i profesji było dla niego nawet pożyteczne.
Przesunąłem nad tekstem dłonie z rozpostartymi palcami. Skupiłem się, mamrocząc słowa pocztowego zaklęcia; tekst stał się niewyraźny, zadrżał i zniknął. Po raz szósty. Potwierdzenie dotąd nie przyszło. Zacząłem się denerwować.
- Twój ojczulek milczy - rzekłem do Aggeja. - Kicha na ciebie. Choćbym cię zaczął ćwiartować, nawet by się nie podrapał.
- To-ic - w biegu wysapał bękart. - To-ic... Ma... tuła się podrapie. I ciebie po... drapie, i twoją babę...
Pstryknąłem palcami, zwiększając tempo jego biegu. Poddając się zaklęciu chłopak przyspieszył, spod jego śmigających butów tryskały fontanny piasku.
- Hort - cicho odezwała się Ora.
Milczałem.
- Hort - powtórzyła. Nie patrzyłem na nią, jednak po tym, jak zmienił się jej głos, domyśliłem się, że jej piwne oczy niebezpiecznie się zwęziły. - Czasem myślę, że w słowach zi Gorofa było wiele racji. Poniżanie chłopaka sprawia panu przyjemność?
- To morderca - odparłem przez zęby. - Rozbójnik. Gwałciciel. To niezasługujący na życie bydlak.
- Sam… akl. steś - wysapał Aggej. Aha. Jeszcze nie odechciało mu się pogawędek. Pstryknąłem palcami i chłopak przyspieszył jeszcze bardziej, niczym spięty ostrogami koń.
- Czuję odrazę i wstyd, gdy na to patrzę - oznajmiła Ora.
Przypomniało mi się czterech rzezimieszków, którzy dopadli ją wtedy w ciemnym zaułku. Niczym nie różnili się od Aggeja; staruszek, który zaczął się do niej dobierać, był wcieleniem istoty, w jaką zmieni się Aggej, jeśli dożyje takiego wieku.
Otwarłem już usta, by wyłożyć Orze wszystko, co myślę na ten temat, zmieniłem jednak zdanie. Sytuacja zabrnęła w ślepą uliczkę; popełniłem pomyłkę, próbując szantażować starego Gorofa. Czy raczej Ora podpowiedziała mi niewłaściwy sposób.
A teraz, bidulka, czuje odrazę i wstyd.
Cicho, na trzy głosy, zakumkały żaby na brzegu. Rzeka była niczym czarne, brokatowe prześcieradło; przez chwilę rozchylałem nozdrza, wdychając zapachy wody, sosen i mokrego piasku.
No cóż. Nie udało się.
- Proszę się odwrócić - rzekłem do Ory. - Zamierzam popływać przy brzegu.