Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Magom wszystko wolno
Magom wszystko wolno - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Magom wszystko wolno

Электронная книга - «Magom wszystko wolno». Краткое содержание книги:

Magom wszystko wolno
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 90
Перейти на страницу:

Jeszcze sekunda i byłoby po wszystkim. Głowa maszkary potoczyłaby się po wydeptanych deskach, a ja stałbym i...

Przerwałem rozmyślania, gdyż moje palce w końcu się rozwarły. Wytarłem dłoń o koszulę i schowałem przeklętą atrapę. Szczeniak Aggej wciąż wył, cicho, jednak w taki sposób, że mieszkańcom hotelu niewątpliwie cierpła skóra na karkach.

- Hort - zabrzmiał zza drzwi głuchy głos.

Poruszyłem ramieniem, zdejmując zaklęcie ochronne. Zza drzwi natychmiast wynurzyła się Ora, jej piwne oczy były wielkie i okrągłe jak orzechy.

- Proszę mi wybaczyć, Hort. To moja wina.

Na skamlącego chłopaka nawet nie spojrzała. Nie odrywała za to wzroku od futerału przy moim pasku, jakby sprawdzając, czy maszkara jest cała.

- To nic takiego - rzekłem chłodno. - Proszę wracać do łóżka... Tym bardziej, że czasu na sen już prawie nie mamy.

* * *

Co się dzieje? Czy Rdzenne zaklęcie stroi sobie ze mnie żarty?

A może to ja już przywykłem, wciągnąłem się? Rozsmakowałem się w roli sędziego i kata w jednej osobie?

Wygląda na to, że nie potrafię już przeżyć tygodnia, by nie zagrozić komuś” Karą.

Cóż za dziwne pomysły przychodzą mi do głowy, dobra sowo!

Bo cóż powstrzymałoby mnie przed ukaraniem buńczucznego młodego bandziora bez żadnego Rdzennego zaklęcia? Jestem od niego znacznie potężniejszy. Czy odczułbym taki sam, niemal fizyczny dreszczyk, gdybym rzucił młokosa na kolana za pomocą własnej, wrodzonej mocy?

Głosy dochodzące z sali na dole nie milkły do świtu. Z trudem powstrzymywałem się, by się im nie przysłuchiwać; ciągle słyszałem ochrypły, krzykliwy głos parszywego bękarta.

Dobra sowo! Przecież z sześciu miesięcy, które miałem na wykorzystanie Rdzennego zaklęcia, dwa już upłynęły! Jedna trzecia terminu ważności!

Z drugiej zaś strony, jeśli Mart zi Gorof okaże się tym, kogo szukamy... moja wszechwładza może zakończyć się już jutro!

Nie wytrzymałem, wyciągnąłem rękę i na szczelnie dosuniętym do łóżka fotelu namacałem futerał z zaklęciem. Nie zdecydowałem się na ukrycie pokraki pod poduszką - mógłbym ją niechcący złamać przez sen.

Atrapa była szorstka i, zdaje się, ciepła. A gdyby nie karać zi Gorofa od razu? Gdyby tylko ustalić stopień jego winy, a zapłatę odłożyć jeszcze na... na cztery miesiące? Głupio wszak tak po prostu rozstawać się z wszechmocą. Nie minęła jeszcze nawet połowa wyznaczonego terminu.

Czy uda mi się rzucić Gorofa na kolana, jak bękarta? Czy uda mi się...

Moją uwagę przykuł lekki szmerek. Zerwałem się na nogi w samą porę, by chwycić sabaję, która do połowy już przecisnęła się przez kratę wywietrznika. Klnąc na czym świat stoi, sprawdziłem kufer i łańcuch: nie inaczej; przegniłe drzewo, rdza, przeklęta informacja pragnęła wydostać się na wolność, nie podając powodów.

- Spalę - obiecałem z całego serca. - W kominku.

Czy mi się wydało, czy skórzana okładka naprawdę pokryła się gęsią skórką?

Otwarłem sabaję na chybił trafił, bez specjalnego celu; moje oczy - nocnym wzrokiem, gdyż nie rozpalałem ognia - natknęły się na wers:

„...jako znacz., nie peln. żadnej służb., były czł. Klubu Smoka...”

Co takiego? Jaki szczegół zwrócił moją uwagę i skłonił do powtórnego przeczytania linijki?

„Mart zi Gorof, mag ponad rang., praw. spadk., starsz. syn, dobra rod. - zamek Wyp, znajd, się w okol. miast. Drekol, znajd, się w ujściu rz. Wyrii, dobra oc. się jako znacz., nie pełń. żadnej służb., były czł. Klubu Smoka...”

Były członek Klubu Smoka. Do którego należał, jeśli mnie pamięć nie myli, przez ostatnie dziesięć lat.

Wystąpił z klubu? Bez powodu?

Jutro dowiem się wielu ciekawych rzeczy.

Nie. Już dzisiaj.

* * *

Zamek był klasyczny - wkomponowany we wzgórze, z jednej strony osłonięty rzeką, zaś” z drugiej, robiącą wrażenie swymi rozmiarami fosą. Woźnica, którego za niemałą opłatą przekonaliśmy, by zawiózł nas do zi Gorofa, zgodził się dojechał tylko do „pamiątkowego znaku” - kamiennego smoczego pyska, stojącego przy drodze zamiast drogowskazu.

- Dotąd mogę, szanowni państwo, dotąd to ja mogę. A dalej to już czarodziej się będą pytać, po com przyjechał, a co ja powiem... To już lepiej kobyłkę zawrócę... Tu dalej droga zamówiona, czekanych gości szybko do wrót zaprowadzi, a nie czekanych - omami... To ja... podziękuję szanownemu państwu, pomyślności w zamiarach i dokonaniach życzę...

I uśmiechając się nieszczerze, pogonił konia z powrotem.

Wymieniliśmy się z Orą spojrzeniami, następnie oparła się ona o moje ramię i ruszyliśmy - nie tracąc godności - spacerowym krokiem.

Droga była najzwyklejsza, o żadnych czarach nie było nawet mowy. Od zamku wiało jednak złą, obcą wolą. Jeśli zi Gorof jest tym, kogo szukamy... Tak. Niespodziewanie przypomniało mi się przekrwione oko, które przyglądało mi się ze sterty przeklętych kamieni.

Teraz kamienie milczały. Połączone w wyzywający naszyjnik wisiały na szyi Ory, jednak otaczający je obłoczek mocy nie był ani trochę mocniejszy.

- Nie jest pani zimno? - spytałem, patrząc na dołeczek zdobiący smukłą szyję Ory.

- Możliwe, że to nie on - odparła i byłem wstrząśnięty, jak przenikliwie udało jej się dostrzec w pytaniu fałszywce - prawdziwe, niezadane na głos pytanie. - W każdym razie, Hort, lepiej się z nim nie kłócić zawczasu.

Pomyślałem, że synalek Gorofa. Aggej, mag trzeciego stopnia, mógł się już zdążyć poskarżyć. Być może między nim i ojcem istnieje magiczny kontakt... A może Gorof w ogóle nie jest sentymentalny.

Biega gdzieś sobie bękart rozbójnik - i niech sobie biega.

I znów Ora przeczytała moje myśli.

- Gdyby tylko wiedzieć - rzekła, zadzierając głowę, by lepiej przyjrzeć się zębatej ścianie. - Gdyby wiedzieć, czy warto schwytać Aggeja, by szantażować Gorofa.

- Jestem wstrząśnięty pani perfidią - wymamrotałem z niezadowoleniem.

Most był opuszczony, na jego środku znajdowała się prymitywna pułapka, obliczona najwidoczniej na ciekawskich wieśniaków, z pewnością jednak nie na poważnych gości. Nawet jej nie ruszyliśmy - obeszliśmy ją brzegiem mostu.

O czym wspominała żona jubilera - o zamku, fosie i moście? O smoku? Podobnej egzotyki w dzisiejszych czasach niewiele już zostało, a i klub smokofilów liczy jedynie dziewięciu członków.

Liczył. Teraz, bez Gorofa, liczy ośmiu.

Wrota były w całości wykute z jasnego metalu, na prawym skrzydle widniało niewprawnie namalowane zamknięte oko. Na uderzenie kołatki przy drzwiach, wrota zareagowały melodyjnym, niskim dźwiękiem; minęło pięć sekund, nim otwarło się narysowane oko: jego tęczówka była czerwonobrunatna, a źrenica czarna, z mętnie pobłyskującą na dnie iskierką.

- Najmilszy Mart - szczerze uradowała się Ora. - W końcu do pana trafiliśmy! Zdrowia i długich lat pana sowie... Czy pana zaproszenie jest nadal aktualne? Pamięta je pan?

Oko mrugnęło. Zmrużyło się z zakłopotaniem.

I znów się zamknęło.

Czekaliśmy. Mijała minuta za minutą i gliniany człowieczek, którego trzymałem w poprzek tułowia, przejmował ciepło mojej dłoni. Jeśli tam, za bramą, powita nas mistrz kamieni, można będzie liczyć jedynie na Rdzenne zaklęcie.

Rozległo się wykręcające duszę skrzypienie. Z boku, pod wejściową kołatką, uchyliły się maleńkie, obliczone na karzełków drzwiczki. Zza drzwiczek wysunął się bokiem Mart zi Gorof we własnej osobie, szczupły, czterdziestoletni mężczyzna, ten sam, na którego zwróciłem uwagę podczas królewskiego balu. Co prawda, wówczas na jego ramieniu nie było sowy, teraz zaś siedziała, wielka, okrągła, z zakrzywionym dziobem.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 90
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)