Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
– Więc jak to się skończy? – zapytał Brutal. – Pozwolimy, żeby uszło mu to płazem?
– Nie wiedziałem, że gąbka powinna być mokra – oświadczył cichym mechanicznym głosem Percy. Była to bajeczka, którą wymyślił oczywiście wcześniej, planując złośliwy figiel, a nie kataklizm, który obejrzeliśmy przed chwilą. – Podczas prób nigdy nie była mokra.
– Och, ty skurwielu… – zawołał Brutal, ruszając w jego stronę. Ponownie złapałem go za rękę i odciągnąłem do tyłu. Ktoś schodził na dół. Podniosłem wzrok, bojąc się, że zobaczę Curtisa Andersona, ale to był tylko Harry Terwilliger. Miał białe jak papier policzki i fioletowe wargi, jakby przed chwilą jadł jagodziankę.
– Na litość boską, Brutal – powiedziałem. – Delacroix nie żyje, nic tego nie zmieni, a Percy nie jest tego wart.
Czy w tamtym momencie zaświtał mi w głowie ten plan? Przyznam, że długo się nad tym zastanawiałem. Zastanawiałem się przez wszystkie te lata i nigdy nie znalazłem satysfakcjonującej odpowiedzi. Przypuszczam, że nie ma to większego znaczenia. Mnóstwo rzeczy nie ma większego znaczenia, nie przeszkadza to jednak ludziom długo się nad nimi zastanawiać.
– Mówicie o mnie, jakbym był meblem – poskarżył się Percy. Wciąż był oszołomiony i zdyszany, jak człowiek, którego ktoś uderzył mocno w żołądek, ale powoli dochodził do siebie.
– Jesteś meblem, Percy.
– Hej, nie możesz…
Z najwyższym wysiłkiem powstrzymałem się, żeby samemu go nie kropnąć. Woda kapała głośno z ceglanego stropu; nasze powykrzywiane cienie tańczyły na ścianach niczym cienie w tym opowiadaniu Edgara Allana Poe o wielkiej małpie z Rue Morgue. Zagrzmiał piorun, lecz tu na dole jego dźwięk był stłumiony.
– Chcę od ciebie usłyszeć tylko jedno, Percy – powiedziałem. – Że jutro, tak jak obiecałeś, złożysz podanie o przeniesienie do Briar Ridge.
– Możesz się o to nie martwić – oświadczył ponuro. Zerknął na okrytą prześcieradłem postać na wózku, uciekł w bok oczyma, przez chwilę patrzył na mnie, a potem ponownie odwrócił wzrok.
– Tak będzie najlepiej. W innym wypadku mógłbyś poznać Dzikiego Billa Whartona o wiele bliżej, niż masz na to ochotę – stwierdził Harry. – Moglibyśmy się o to postarać – dodał po krótkiej przerwie.
Percy bał się nas i bał się prawdopodobnie tego, co możemy mu zrobić, kiedy odkryjemy, że pytał Jacka Van Haya, do czego służy gąbka i dlaczego moczymy ją zawsze w solance, a jednak na wzmiankę o Whartonie w jego oczach pojawiło się prawdziwe przerażenie.
– Nie ośmieliłbyś się – szepnął.
– Owszem, ośmieliłbym się – odparł chłodno Harry. – I wiesz co? Uszłoby mi to na sucho. Ponieważ udowodniłeś już, że w postępowaniu z więźniami jesteś skrajnie nieostrożny. I niekompetentny.
Percy zacisnął pięści i zaróżowiły mu się lekko policzki.
– Nie jestem…
– Owszem, jesteś – oświadczył Dean, podchodząc bliżej. Otoczyliśmy Percy’ego półkolem, odcinając mu drogę również w głąb tunelu: tuż za nim stał wózek z ładunkiem dymiącego mięsa przykrytego prześcieradłem. – Przed chwilą spaliłeś żywcem Delacroix. Czy to nie jest przejaw skrajnej niekompetencji?
Percy zamrugał oczyma. Miał zamiar bronić się, udając niewiedzę, teraz jednak zorientował się, że wpadł we własne sidła. Nie wiem, co miał nam do powiedzenia, ponieważ w tej samej chwili u szczytu schodów pojawił się Curtis Andersen. Zobaczyliśmy go i cofnęliśmy się trochę, żeby nie sprawiać wrażenia, że grozimy Percy’emu.
– Co tu się, do kurwy nędzy, działo?! – ryknął Curtis. – Chryste Panie, tam na górze jest zarzygana cała podłoga! I jak śmierdzi! Kazałem staremu Tu-Tutowi i Magnussonowi otworzyć oboje drzwi, ale mogę się założyć, że smród będzie się unosić przez pięć lat. A ten dupek Wharton śpiewa już o tym piosenkę! Słyszę go!
– Potrafi czysto śpiewać? – zdziwił się Brutal. Wiecie, jak można zapalić gaz świetlny jedną iskrą i nie zrobić sobie krzywdy, jeśli jego stężenie nie jest w tym momencie zbyt wysokie? Tam na dole zdarzyło się coś podobnego. Przez chwilę gapiliśmy się bez słowa w Brutusa, a potem ryknęliśmy śmiechem. Piskliwy histeryczny rechot obijał się o sklepienie mrocznego korytarza niczym stado nietoperzy. Nasze cienie kołysały się i skakały po ceglanych ścianach. Pod koniec przyłączył się do nas nawet Percy. Po jakimś czasie umilkliśmy i wszyscy poczuliśmy się trochę lepiej. Poczuliśmy się z powrotem normalni.
– W porządku, chłopcy – powiedział Anderson, ocierając chusteczką załzawione oczy i tłumiąc wzbierający w gardle śmiech. – Co to było?
– Egzekucja – odparł Brutal. Jego spokojny ton zaskoczył chyba Andersona, ale nie zaskoczył mnie, przynajmniej nie tak bardzo; Brutal zawsze potrafił szybko zmieniać nastrój. – Udana egzekucja.
– Jak, na litość boską, możesz nazywać udaną egzekucją tego rodzaju fuszerkę? Niektórzy świadkowie nie będą mogli zasnąć przez cały miesiąc! Ta stara gruba szantrapa nie zaśnie pewnie przez rok!
Brutal wskazał ręką wózek z trupem okrytym prześcieradłem.
– Del nie żyje, prawda? A co do pańskich świadków, większość opowie jutro znajomym, że sprawiedliwości stało się zadość: Del spalił żywcem parę osób, odpłaciliśmy mu więc pięknym za nadobne i spaliliśmy żywcem jego. Tyle że to nie nam przypiszą całą zasługę. Powiedzą, że byliśmy narzędziem w ręku Boga. Może tkwi w tym zresztą ziarno prawdy. I chce pan wiedzieć, co jest w tym najśmieszniejsze? Ich znajomi będą żałować, że się tu nie pojawili.
Mówiąc to posłał Percy’emu jednocześnie zgryźliwe i pogardliwe spojrzenie.
– I co z tego, jeśli nawet ich to trochę ruszyło? – zapytał Harry. – Przybyli tutaj z własnej woli, nikt ich nie ciągnął.
– Nie wiedziałem, że gąbka ma być mokra – powtórzył głosem robota Percy. – Nigdy nie moczyliśmy jej podczas próby.
Dean spojrzał na niego ze skrajnym obrzydzeniem.
– Ile lat sikałeś na deskę od sedesu, zanim ktoś wytłumaczył ci, że trzeba ją podnieść? – zadrwił.
Percy otworzył usta, żeby odpowiedzieć, kazałem mu się jednak zamknąć. To dziwne, ale posłuchał.
– Percy zawalił sprawę. Oto, co się stało – poinformowałem Curtisa, po czym odwróciłem się do Percy’ego, żeby zaprzeczył. Nie zrobił tego, być może wyczytał w moich oczach, że lepiej będzie, jeśli Anderson uwierzy, iż to, co się stało, było wynikiem głupiego błędu, a nie celowego działania. Poza tym słowa wypowiedziane tu, w tunelu, w ogóle nie miały znaczenia. Dla niego i dla wszystkich ludzi jego pokroju znaczenie ma to, co powiedzą grube szychy – ludzie, którzy pociągają za sznurki. Dla Percych liczy się tylko to, co napiszą o tym w gazetach.
Anderson przyjrzał się niepewnym wzrokiem całej naszej piątce. Popatrzył nawet na Dela, ale ten nie miał zamiaru się odzywać.
– Przypuszczam, że mogło być gorzej – mruknął.
– Zgadza się – potwierdziłem. – Mógł w ogóle nie umrzeć.
Curtis zamrugał oczyma: ta możliwość nie przyszła mu najwyraźniej do głowy.
– Jutro chcę mieć na ten temat dokładny raport – powiedział. – I żaden z was nie piśnie o tym ani słowa dyrektorowi Mooresowi, zanim sam z nim nie porozmawiam. Zrozumiano?