Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– No, co się ociągacie – rzuciła przez ramię – i nos zwiesiliście na kwintę? Jak do świetlicy wejdziemy, ani się ważcie pokazać, że humor macie zwarzony. I niech was bogowie bronią rzec komuś, o czym gwarzyliśmy. Rozumiecie?
Skinął głową, bo już byli przed wielką salą. Muzykanci zdążyli spotnieć od wysiłku na twarzach, a muzyczka wirowała pod powałą, radosna i hałaśliwa. Babka postała chwilę na progu, przytupując do rytmu i obserwując taneczników. Potem zrobiła kilka szybkich kroczków naprzód, a spici, wąsaci ichmościowie rozstępowali się przed nią i rzucali się całować po rękach. Gwar w izbie milkł stopniowo, nawet muzykanci mniej żywo zawijali smyczkiem i dmuchali w dudy. Powoli wszystkie głowy obracały się na nią – i na zbójcę, który, nie wiedząc co z sobą uczynić, posłusznie człapał w tyle. Wreszcie babka przystanęła.
– Chodzonego! – huknęła, ale tak, że spod powały osypało się próchno, a muzykanci zamarli z rozdziawionymi gębami.
Zbójca chciał się cofnąć i ukryć w tłumie, lecz wokół niego uczyniło się dziwnie przestronnie.
Babka obejrzała się i wyciągnęła do niego rękę.
– No, co się tam w kącie kryjecie, mości zbójecki hetmanie? – zakpiła. – Trza tu młodszym pokazać, jak chodzonego prowadzić.
– Poczekajcież! – Tłusta szlachcianeczka biegła ku panu Krzeszczowi obsadzoną topolami aleją.
Z dala od zadymionej czeladnej izby jej twarz była jeszcze bardziej pospolita. Od szat, bezkształtnych i przyszarzałych ze starości, bił silny zapach macierzanki, bożego drzewka i hyzopu. Ot, durnaś, dziewko, pomyślał mimowolnie pan Krzeszcz, który wiedział, dla jakiej przyczyny panny zaszywają w szatkach zioła. Nie ożeni się on z tobą, choćbyś mu lubczyk całymi garściami pod poduszkę kładła.
Na dwór natknął się wczorajszego wieczoru i wylazł prosto na dziedziniec, strudzony wędrówką i przygięty pod ciężarem aptekarskiej skrzyneczki. Aptekarz napatoczył się znienacka kilka tygodni wcześniej. Korpulentny człowieczek w cechowym kapeluszu i czerwony na policzkach od ziołowej wódki wylazł ze swym osłem wprost na polankę, gdzie obozował pan Krzeszcz. Rychło weszli w komitywę, w czym niemało zaważyła ziołowa nalewka. A tuż nad ranem pan Krzeszcz poderżnął aptekarzowi gardło tak zmyślnie, że ten nawet ocknąć się nie zdążył z pijackiego snu.
Szlachcic skrupulatnie przetrząsnął skrzynki i sakwy, nie znalazłszy wszakoż nic, prócz noży, cążków, kilku pożółkłych urynałów i smrodliwego ziela. Byłby pan Krzeszcz cały ten kram dziadowski w ogień cisnął, gdyby nagle nie tknęło go przeczucie, kiedy pośród aptekarskich specjałów znalazł dokładnie taką flaszkę, w jaką nabrał trupiej wody z Trzęsawiska Moru. Głos bogini w jego umyśle naglił, domagał się zagłady. Pojął, że zesłała mu przebranie, aby tym łatwiej mógł rozsiać jej pomstę po całych Żalnikach. Nadział więc kapelusz, ozdobiony cechowymi znakami, i ruszył w drogę.
Ledwie panny służebne rozpoznały profesję gościa, piszcząc z radości, powiodły go do czeladnej. Płowowłosa szlachcianeczka siedziała przy kołowrotku. Jej dłonie migały chyżo u wrzeciona, czerwone, o nieledwie chłopskich grubych palcach, i pan Krzeszcz zrazu wyrozumiał, że nie była dziedziczką we dworze. Nie odezwała się ani słowem. Zerkała tylko łapczywie spod opuszczonych powiek, kiedy pan Krzeszcz pokazywał kolejne cuda – żabi kamień, czyli remedium niezawodne przeciwko wszelakiej truciźnie, czarom i puchlinie, skórę amfisbeny, węża dwugłowego, która odpędzi gadzinę jadowitą, jeśli ją jeno człek roztropny popod progiem domostwa zakopie, beryle zielone, co matrony ciężarne od poronienia chronią, mężom zaś w wojennej potrzebie męstwa dodają.
– Bo to wiecie, panny – gadał – bezoary są nic innego, jeno łzy jelenia z najdalszych krańców Turzni. Onże zaś jeleń, kiedy go starość zmoże, nad jamy ziemne lezie, gdzie się gnieżdżą żmije a węże jadowite. Wyciąga je z jamy i pożera, póki sił starczy, potem zaś w strumień wstępuje z wodą wartko płynącą i rzewliwymi łzami płacze, aż zeń ze łzami cała trucizna wyciecze. Wnet też cały cudownym sposobem młodnieje, z łez zaś kamień się formuje, z warstw się jako cebula składający. – Tutaj pan Krzeszcz wydobył zza pazuchy jeden z owych bezoarów i podał go najkształtniejszej z posługaczek, aby nożykiem poskrobała.
– Tu ninie nie bezoary potrzebne, ale ekstrakt pewny na przywrócenie panieństwa, przeszłej niedzieli nadwątlonego okrutnie przez jaśnie panicza za gumnem w stodole! – zarechotała od pieca piersiasta kucharka.
Pan Krzeszcz niby tylko garniec z żurem bliżej przysunął, lecz dobrze widział, jak twarz tłustej szlachcianeczki u kołowrotka skurczyła się i zbrzydła.
Dojadał właśnie, gdy w sionce zaszurało coś, a bury kot prysnął od progu jak zmieciony wichrem. Panieneczka wsunęła się głębiej w mrok pomiędzy ścianą i stertą drew na opał. Dziewki naprędce rozbiegły się po kuchni, porzucając na stole wiązki bobrownika, macierzanki, koczanka i garść miodowych ciasteczek z płatkami róży z tajemnym znakiem wypisanym od spodu piórkiem.
Gdy we drzwiach stanął młody panicz, w izbie aż pojaśniało. Błyszczały purpurowe guzy przy kołpaku i tkany srebrną nicią pas, lśniły przy kubraku sute szamerunki i perłowe aplikacje. Szare oczy chłopaka też błyskały bezczelnie spod opadających na twarz kosmyków jasnych włosów. Dziedzic rozejrzał się z jawną pogardą, uciął puginałem kawał jałowcowej kiełbasy znad komina i przysiadł śmiało na stołku obok pana Krzeszcza. Służebne zachichotały głupawo i zaraz zmilkły pod karcącym wzrokiem klucznicy.
Tymczasem panicz bez ceremonii grzebał w skrzynce medyka. Pan Krzeszcz ślinę szybko przełknął i odwrócił wzrok. Ani myślał swoich specyjałów bronić, rozumiejąc, że za podobną bezczelność grzbiet mu kijami otłuką albo do ciemnicy rzucą.
– A ziele mencholiki macie? – Szlachcic uśmiechnął się krzywo.
Głos miał wciąż po młodzieńczemu piskliwy, ale wyniosły.
– Co bym miał nie mieć? – Pan Krzeszcz z ulgą począł gmerać w zakamarkach kuferka.
Wprawdzie za nic nie potrafił wspomnieć owego ziela, ale doświadczenie podpowiadało mu, że na podobne żądania wystarczy badylek jaki mocno obsuszony albo i zwyczajnej trawy źdźbła pokruszone, byle w słojeczku alabastrowym, kosztownym. Miał ich niemałą liczbę nagotowanych na dnie skrzynki.
– Nie za wiele tego. – Szlachcic potrząsnął flakonem, odkorkował i przesunął pod nosem. – Myszowymi bobkami jedzie. A drogo sobie policzycie za ono remedium?
Pan Krzeszcz podrapał się po karku, poprawił cechowy kapelusz i pokornie powiedział:
– Wedle spichrzańskich murów za dwa grosze szczyre kupione. Ale jaśnie paniczowi darmo oddam. Niechaj mocą wszelaką służy a wspomaga.
– Nie dla mnie ono – odparł lekko chłopak. – Pannie Ciemiężycy raczej przystoi jako alegorya cnót pokornego serca popod powłoką ukrytych grubą a mizerną. Wiele alchemicy w księgach o tym ziółku piszą i zaletach jego, bo za dnia urok skrywa i w kształcie ohydnym tai, nocką za to jego kwiat w pełnej krasie rozkwita. Prawie jako nasza panna Ciemiężyca! – Ze śmiechem rzucił jej flakonik na podołek.
Któraś z posługaczek zachichotała piskliwie. Szlachcianeczka upuściła wrzeciono i ze zdławionym krzykiem wybiegła z czeladnej. Panicz rechotał długo a plugawie. Potem gorzałki zawołał, ucapił wpół najładniejszą służebną i wyciągnął ją na podwórzec.
Głupiaś, panno, pomyślał z niechęcią pan Krzeszcz, patrząc na płowowłosą szlachcianeczkę, która stała przed nim w brunatnej domowej sukni, z rękoma splecionymi na piersi. Nie trza się było w amory bawić, panicza w alkierzu przyjmować, licząc, że ci się od cudzołożnej przygody dola odmieni.