Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 156
Перейти на страницу:

– No, co się ociągacie – rzuciła przez ramię – i nos zwiesiliście na kwintę? Jak do świetlicy wejdziemy, ani się ważcie pokazać, że humor macie zwarzony. I niech was bogowie bronią rzec komuś, o czym gwarzyliśmy. Rozumiecie?

Skinął głową, bo już byli przed wielką salą. Muzykanci zdążyli spotnieć od wysiłku na twarzach, a muzyczka wirowała pod powałą, radosna i hałaśliwa. Babka postała chwilę na progu, przytupując do rytmu i obserwując taneczników. Potem zrobiła kilka szybkich kroczków naprzód, a spici, wąsaci ichmościowie rozstępowali się przed nią i rzucali się całować po rękach. Gwar w izbie milkł stopniowo, nawet muzykanci mniej żywo zawijali smyczkiem i dmuchali w dudy. Powoli wszystkie głowy obracały się na nią – i na zbójcę, który, nie wiedząc co z sobą uczynić, posłusznie człapał w tyle. Wreszcie babka przystanęła.

– Chodzonego! – huknęła, ale tak, że spod powały osypało się próchno, a muzykanci zamarli z rozdziawionymi gębami.

Zbójca chciał się cofnąć i ukryć w tłumie, lecz wokół niego uczyniło się dziwnie przestronnie.

Babka obejrzała się i wyciągnęła do niego rękę.

– No, co się tam w kącie kryjecie, mości zbójecki hetmanie? – zakpiła. – Trza tu młodszym pokazać, jak chodzonego prowadzić.

* * *

– Poczekajcież! – Tłusta szlachcianeczka biegła ku panu Krzeszczowi obsadzoną topolami aleją.

Z dala od zadymionej czeladnej izby jej twarz była jeszcze bardziej pospolita. Od szat, bezkształtnych i przyszarzałych ze starości, bił silny zapach macierzanki, bożego drzewka i hyzopu. Ot, durnaś, dziewko, pomyślał mimowolnie pan Krzeszcz, który wiedział, dla jakiej przyczyny panny zaszywają w szatkach zioła. Nie ożeni się on z tobą, choćbyś mu lubczyk całymi garściami pod poduszkę kładła.

Na dwór natknął się wczorajszego wieczoru i wylazł prosto na dziedziniec, strudzony wędrówką i przygięty pod ciężarem aptekarskiej skrzyneczki. Aptekarz napatoczył się znienacka kilka tygodni wcześniej. Korpulentny człowieczek w cechowym kapeluszu i czerwony na policzkach od ziołowej wódki wylazł ze swym osłem wprost na polankę, gdzie obozował pan Krzeszcz. Rychło weszli w komitywę, w czym niemało zaważyła ziołowa nalewka. A tuż nad ranem pan Krzeszcz poderżnął aptekarzowi gardło tak zmyślnie, że ten nawet ocknąć się nie zdążył z pijackiego snu.

Szlachcic skrupulatnie przetrząsnął skrzynki i sakwy, nie znalazłszy wszakoż nic, prócz noży, cążków, kilku pożółkłych urynałów i smrodliwego ziela. Byłby pan Krzeszcz cały ten kram dziadowski w ogień cisnął, gdyby nagle nie tknęło go przeczucie, kiedy pośród aptekarskich specjałów znalazł dokładnie taką flaszkę, w jaką nabrał trupiej wody z Trzęsawiska Moru. Głos bogini w jego umyśle naglił, domagał się zagłady. Pojął, że zesłała mu przebranie, aby tym łatwiej mógł rozsiać jej pomstę po całych Żalnikach. Nadział więc kapelusz, ozdobiony cechowymi znakami, i ruszył w drogę.

Ledwie panny służebne rozpoznały profesję gościa, piszcząc z radości, powiodły go do czeladnej. Płowowłosa szlachcianeczka siedziała przy kołowrotku. Jej dłonie migały chyżo u wrzeciona, czerwone, o nieledwie chłopskich grubych palcach, i pan Krzeszcz zrazu wyrozumiał, że nie była dziedziczką we dworze. Nie odezwała się ani słowem. Zerkała tylko łapczywie spod opuszczonych powiek, kiedy pan Krzeszcz pokazywał kolejne cuda – żabi kamień, czyli remedium niezawodne przeciwko wszelakiej truciźnie, czarom i puchlinie, skórę amfisbeny, węża dwugłowego, która odpędzi gadzinę jadowitą, jeśli ją jeno człek roztropny popod progiem domostwa zakopie, beryle zielone, co matrony ciężarne od poronienia chronią, mężom zaś w wojennej potrzebie męstwa dodają.

– Bo to wiecie, panny – gadał – bezoary są nic innego, jeno łzy jelenia z najdalszych krańców Turzni. Onże zaś jeleń, kiedy go starość zmoże, nad jamy ziemne lezie, gdzie się gnieżdżą żmije a węże jadowite. Wyciąga je z jamy i pożera, póki sił starczy, potem zaś w strumień wstępuje z wodą wartko płynącą i rzewliwymi łzami płacze, aż zeń ze łzami cała trucizna wyciecze. Wnet też cały cudownym sposobem młodnieje, z łez zaś kamień się formuje, z warstw się jako cebula składający. – Tutaj pan Krzeszcz wydobył zza pazuchy jeden z owych bezoarów i podał go najkształtniejszej z posługaczek, aby nożykiem poskrobała.

– Tu ninie nie bezoary potrzebne, ale ekstrakt pewny na przywrócenie panieństwa, przeszłej niedzieli nadwątlonego okrutnie przez jaśnie panicza za gumnem w stodole! – zarechotała od pieca piersiasta kucharka.

Pan Krzeszcz niby tylko garniec z żurem bliżej przysunął, lecz dobrze widział, jak twarz tłustej szlachcianeczki u kołowrotka skurczyła się i zbrzydła.

Dojadał właśnie, gdy w sionce zaszurało coś, a bury kot prysnął od progu jak zmieciony wichrem. Panieneczka wsunęła się głębiej w mrok pomiędzy ścianą i stertą drew na opał. Dziewki naprędce rozbiegły się po kuchni, porzucając na stole wiązki bobrownika, macierzanki, koczanka i garść miodowych ciasteczek z płatkami róży z tajemnym znakiem wypisanym od spodu piórkiem.

Gdy we drzwiach stanął młody panicz, w izbie aż pojaśniało. Błyszczały purpurowe guzy przy kołpaku i tkany srebrną nicią pas, lśniły przy kubraku sute szamerunki i perłowe aplikacje. Szare oczy chłopaka też błyskały bezczelnie spod opadających na twarz kosmyków jasnych włosów. Dziedzic rozejrzał się z jawną pogardą, uciął puginałem kawał jałowcowej kiełbasy znad komina i przysiadł śmiało na stołku obok pana Krzeszcza. Służebne zachichotały głupawo i zaraz zmilkły pod karcącym wzrokiem klucznicy.

Tymczasem panicz bez ceremonii grzebał w skrzynce medyka. Pan Krzeszcz ślinę szybko przełknął i odwrócił wzrok. Ani myślał swoich specyjałów bronić, rozumiejąc, że za podobną bezczelność grzbiet mu kijami otłuką albo do ciemnicy rzucą.

– A ziele mencholiki macie? – Szlachcic uśmiechnął się krzywo.

Głos miał wciąż po młodzieńczemu piskliwy, ale wyniosły.

– Co bym miał nie mieć? – Pan Krzeszcz z ulgą począł gmerać w zakamarkach kuferka.

Wprawdzie za nic nie potrafił wspomnieć owego ziela, ale doświadczenie podpowiadało mu, że na podobne żądania wystarczy badylek jaki mocno obsuszony albo i zwyczajnej trawy źdźbła pokruszone, byle w słojeczku alabastrowym, kosztownym. Miał ich niemałą liczbę nagotowanych na dnie skrzynki.

– Nie za wiele tego. – Szlachcic potrząsnął flakonem, odkorkował i przesunął pod nosem. – Myszowymi bobkami jedzie. A drogo sobie policzycie za ono remedium?

Pan Krzeszcz podrapał się po karku, poprawił cechowy kapelusz i pokornie powiedział:

– Wedle spichrzańskich murów za dwa grosze szczyre kupione. Ale jaśnie paniczowi darmo oddam. Niechaj mocą wszelaką służy a wspomaga.

– Nie dla mnie ono – odparł lekko chłopak. – Pannie Ciemiężycy raczej przystoi jako alegorya cnót pokornego serca popod powłoką ukrytych grubą a mizerną. Wiele alchemicy w księgach o tym ziółku piszą i zaletach jego, bo za dnia urok skrywa i w kształcie ohydnym tai, nocką za to jego kwiat w pełnej krasie rozkwita. Prawie jako nasza panna Ciemiężyca! – Ze śmiechem rzucił jej flakonik na podołek.

Któraś z posługaczek zachichotała piskliwie. Szlachcianeczka upuściła wrzeciono i ze zdławionym krzykiem wybiegła z czeladnej. Panicz rechotał długo a plugawie. Potem gorzałki zawołał, ucapił wpół najładniejszą służebną i wyciągnął ją na podwórzec.

Głupiaś, panno, pomyślał z niechęcią pan Krzeszcz, patrząc na płowowłosą szlachcianeczkę, która stała przed nim w brunatnej domowej sukni, z rękoma splecionymi na piersi. Nie trza się było w amory bawić, panicza w alkierzu przyjmować, licząc, że ci się od cudzołożnej przygody dola odmieni.

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)