Magom wszystko wolno
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Magom wszystko wolno». Краткое содержание книги:
Po tych rozmyślaniach udałem się prosto do kuchni. Już po minucie sam karczmarz z wytrzeszczonymi przerażeniem oczami pędził po schodach, trzymając w wyciągniętych rękach ciężki kocioł ze zsiadłym mlekiem, a karczmarka, nisko się kłaniając, zapewniała, że od tej chwili każdy mój kaprys zostanie zaspokojony momentalnie i co do joty. Utrzymując przez chwilę teatralne napięcie, przywróciłem wreszcie jej nos do normalnych rozmiarów i opuściłem pomieszczenie gospodarcze, w którym, poza wszystkim innym, panował nieopisany smród.
Wydarzenia w ogólnej sali rozwijały się swoim rytmem; do słów dołączyły się noże. Przystojny młodzieniec nie siedział już obok Ory, lecz tańczył z obnażonym sztyletem wokół barczystego, obszarpanego mężczyzny o wyglądzie chłopa; mężczyzna uzbrojony był nie wiedzieć czemu w ogromny zakrzywiony kindżał. Pozostałe mordy podjudzały przeciwników, by jak najszybciej powypruwali sobie Haki. Pani Szantalia, choć nie kibicowała, przyglądała się widowisku z ciekawością i bez cienia strachu. Chłopiec zakończył swój taniec i ruszył do ataku - z gracją i lekko, jakby się bawił. Rozległ się szczęk stali, jednak wykrzywiony kindżał okazał się bezsilny. I już trup mężczyzny pada na brudną podłogę, która robi się od tego jeszcze bardziej brudna, a widzowie z podekscytowanych zmieniają się w praktycznych - trzeba jak najszybciej posprzątać. I dopóki podejrzani osobnicy biegają ze ścierkami, młodzieniec wraca do stołu, przytula się do pani Szantalii i kontynuuje jakąś niedokończoną opowieść, zaś Ora uśmiecha się zagadkowo, słucha, przytakuje i popija wino.
Przyjrzałem się dokładniej.
Młodzieniec był magiem trzeciego stopnia. Dziedzicznym.
* * *
Pokój Ory mieścił się naprzeciw mojego, usłyszałem więc, kiedy wróciła. Lekkie kroki na korytarzu, delikatne skrzypnięcie drzwiami.
Pośród nocy unosił się biały uśmiech księżyca.
Minęła minuta... Druga... Trzecia...
Drzwi pokoju naprzeciw zaskrzypiały raz jeszcze. I natychmiast rozległo się cichutkie, władcze - puk puk.
- Śpię - powiedziałem.
- Proszę otworzyć, Hort. Przecież pan nie śpi.
Skrzywiłem się i otwarłem drzwi.
Ora była trzeźwa i rzeczowa; najpierw podeszła do otwartego okna i chciwie wciągnęła w płuca nocne powietrze.
- Przezacna sowo... Po prostu się duszę. W moim pokoju tak śmierdzi... Okno wychodzi na tyły... To nie do zniesienia.
- I dlatego mnie pani obudziła? - upewniłem się chłodno.
- Nie, nie dlatego... - Szantalia zatarła dłonie i wprawnie rzuciła zaklęcie „przed cudzymi uszami”. - W trakcie, gdy pan upajał się widokami i raczył zsiadłym mlekiem, ja pracowałam i zdobywałam informacje.
- Sam widziałem - nie powstrzymałem się od komentarza.
- Niczego pan nie widział. - Ora uśmiechnęła się i ponownie wstrząsnęła mną jej przemiana. Smutna, szczera dziewczyna znów gdzieś przepadła, ustępując miejsca zimnej, wyniosłej piękności.
- Chłopak jest synem miejscowej atamanki; jego matula dowodzi trzystuosobowej bandzie, to połowa wszystkich mężczyzn w mieście. Domyślił się pan już chyba, z czego tu żyją?
Milczałem. Szantalia nie czekała zresztą na odpowiedź. Pytanie było retoryczne.
- Jeśli chodzi o pana Marta zi Gorofa... miejscowi utrzymują z nim bardzo rzeczowe układy - karmią jego smoka. Smok zjada dwa byki dziennie i jedną dziewicę rocznie, na wiosnę, w porze kwitnienia jabłoni. Dlaczego się pan tak przygląda? Nie wiedział pan, że smok na wiosnę ma duże zapotrzebowanie na dziewicę? Za co pan zi Gorof miłościwie nie puszcza swego smoka na miasteczko, by napasł się do woli... O ile mi wiadomo, mieszkańcy szczycą się swym panem zi Gorofem i chętnie mu służą. Okoliczni wieśniacy zajmują się hodowlą byczków na niewyobrażalną skalę, jednak mięso pojawia się na ich stołach tylko od wielkiego święta. Wszystko idzie na smoka. A i mieszkańców raczej ubywa, bojowy ludek... Ani dnia dłużej nie będę mieszkać w tym chlewie. Nie wytrzymam, Hort. Pojedźmy jutro do zi Gorofa. Przecież mnie zapraszał, wtedy, na balu, pamięta pan?
- Być może - odparłem powoli. - Być może jutro nie będzie już żadnego zi Gorofa, a jedynie trup. Mam powody przypuszczać, że to właśnie Gorofa przyjdzie nam ukarać. Ora nie zareagowała; jej milczenie było gęste, niemal dotykalne. W jej milczeniu kryło się natchnienie, jak w śpiewie. Westchnęła.
- No dobrze. Proszę słuchać dalej. Przed kilkoma miesiącami pan mag Gorof uległ przemianie. Tutejsze nosy wyczuły ją jeśli nie od razu, to bardzo szybko. Zewnętrznie wszystko wygląda jak dawniej - jednak Gorof zrobił się ponad miarę ponury.
Rzadko wychodzi z zamku i nie zaprasza gości. Wcześniej to uwielbiał - oprowadzał całe wycieczki statecznych mieszczan, bywali tu arystokraci z dalekich ziem, a nawet goście ze stolicy; wszyscy chcieli obejrzeć smoka... Teraz nie znosi niczyjego towarzystwa. Możliwe, że ta przemiana ma jakiś związek z królewskim balem. Rozumie pan? Może to być jednak zwykły zbieg okoliczności. Na dole, w ogólnej sali, hałasowali najbardziej wytrwali bywalcy - ich głosy były ledwie słyszalne. Dom był solidny, z grubymi kamiennymi ścianami, dębowymi framugami i ciężkimi, masywnymi drzwiami.
- W moim pokoju panuje znacznie lepsza słyszalność - oznajmiła Ora cierpiętniczym tonem. - Oni wrzeszczą... nie dają mi spać.
Kolejna przemiana; Ora zmieniała dziś nastroje, jak kołnierzyki. Na miejscu energicznego, pewnego siebie maga pojawiła się słaba, zmęczona i kapryśna damulka.
I trzeba przyznać, że była dość atrakcyjna. Roztaczając zapach rozpalonej samiczki tchórza.
Tyle że ja już nie bawię się w te gierki.
- Na miłość sowy, Oro. Jeśli pani chce, proszę się położyć na tym kufrze w kącie.
Ora zastanawiała się przez chwilę, czy warto się obrazić. Westchnęła - wstała i pochylając delikatne ramiona, spojrzała na mnie błagalnie.
- Może zamienimy się na pokoje?
Skrzywiłem się.
- Jutro czeka mnie ważny dzień, Oro. Muszę się wyspać i być wypoczętym... I nie trzeba się obrażać.
- Jasna sprawa - odparła z dziwnym wyrazem twarzy.
- Jeśli przeszkadza pani zapach - proszę wypełnić pokój wonią róż. Jeśli przeszkadza pani hałas - proszę postawić magiczną zasłonę.
- Już wypełniłam - rzekła po chwili. - Woń róż zmieszana ze smrodem zgniłej kapusty... Tego nie da się znieść, Hort. Czasem tak doskwiera mi bezsilność.
Teraz powinienem ją pocieszyć i dodać otuchy.
- Proszę iść spać, Oro.
- Idę...
Obejrzała się przy samych drzwiach.
- Być może popełniłam błąd, Hort. Ale to dla sprawy. Może zachowałam się zbyt... wyzywająco wobec tego... Rozumie pan. W przeciwnym razie nie rozwiązałby mu się język. Ten szczeniak... ubzdurał sobie, sowa wie co. Boję się, że wtargnie do mojego pokoju.
- Niech więc pani postawi zaklęcie ochronne. - Zaczynałem się nie na żarty gniewać.
- Zauważył pan, że to mag trzeciego stopnia?
- No dobrze, postawię pani to...
Razem wyszliśmy na korytarz, odczekałem, aż przekręci klucz, zamykając się w swoim pokoju i powiesiłem na drzwiach zaklęcie ochronne, które sforsować był w stanie co najwyżej słoń.
- Spokojnej nocy, Hort - rzekła zza drzwi.
Wydało mi się, że słyszę w jej głosie ironię.
A może mi się zdawało.
* * *
ZADANIE Nr. 136: Łucznik, znajdujący się w odległości 100 kroków od maga trzeciego stopnia, przebija jego obronę ze zmniejszeniem sity uderzenia o 50%; nie jest jednak w stanie przebić ochrony innego maga, który znajduje się w odległości 60 kroków. Jaki jest stopień drugiego maga? Jaki jest zapas trwałości jego ochrony? Ilu potrzeba łuczników, aby całkowicie przebić jego zasłonę?