Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 141
Перейти на страницу:

— Zabierzcie go do jakiegoś miasta na dalekiej północy — słyszy głos fałszywego Lorda Valentine'a. — Niech się tam zagubi i niech pójdzie przez świat własną drogą.

Sen zapewne miałby dalszy ciąg, ale Valentine poczuł, że się dusi, i wrócił do świadomości: to Lisamon Hultin, rozwalona na nim, przygniatała mu twarz muskularnym ramieniem. Choć nie bez wysiłku, zrzucił z siebie ten ciężar, ale nie mogło być już mowy o kontynuacji snu.

Rankiem nie powiedział nikomu, co mu przyniosła noc; zbliżał się czas, kiedy powinien przestać rozpowszechniać informacje o sobie, gdyż, jak przypuszczał, zaczęły one dotyczyć spraw wagi państwowej. Dwukrotnie śnił, że Dominin Barjazid zajął jego miejsce, a Carabella już kilka tygodni temu wyśniła, że nieznani wrogowie uśpili go i skradli mu osobowość. Oczywiście, mogła to być przenośnia lub gra pobudzonej wyobraźni, ale Valentine nabierał coraz głębszego przekonania, że tak nie jest; sny były zbyt bogate w treść i zbyt często miały ten sam motyw.

No, a jeśli jakiś Barjazid naprawdę nosi gwiezdną koronę? To co wtedy? Co wtedy?

Valentine z miasta Pidruid mógłby na to wzruszyć ramionami i powiedzieć: nieważne, jeden wart drugiego, ale Valentine podróżujący z Khyntoru do Verfu brał już sprawy poważniej. Na tym świecie istniała równowaga sił, pieczołowicie utrzymywana od tysiącleci, która zapewniała istnienie systemu władzy sięgającego korzeniami epoki Lorda Stiamota, a może i wcześniejszej, tej z pierwszych wieków po zasiedleniu planety. W tym systemie niedostępny nikomu Pontifex rządził poprzez osobę silnego Koronala, którego sam wybierał, oraz przy pomocy urzędnika znanego pod postacią Króla Snów, który to urzędnik egzekwował wykonywanie zarządzeń państwowych i karał nie przestrzegających prawa dzięki mocy wnikania do ich uśpionych umysłów. Pani Wyspy Snu, podtrzymująca na świecie miłość i mądrość, równoważyła ten układ, będąc trzecim ośrodkiem władzy. Na tym właśnie zasadzała się siła systemu, bez którego Majipoor nie byłby szczęśliwym i pomyślnie rozwijającym się światem, podporządkowanym co prawda słabościom ludzkiego ciała i dziwactwom natury, ale w przeważającej mierze wolnym od konfliktów i cierpień. A co stanie się z owym światem, zastanawiał się Valentine, jeśli naprawdę jakiś Barjazid, w którego żyłach płynie krew Króla Snów, odsunął od władzy prawowitego Koronala i naruszył tym samym tę świętą równowagę? Jakaż to krzywda dla państwa, jak wielkie zakłócenie ładu społecznego!

I co można powiedzieć o odsuniętym od władzy Koronalu, który bez sprzeciwu akceptuje obcą interwencję w swoje przeznaczenie i nie kwestionuje praw uzurpatora? Czyż nie jest to zwykła abdykacja, której nigdy nie było w historii Majipooru? Czy w ten sposób nie staje się on wspólnikiem Dominina Barjazida i razem z nim nie burzy społecznego ładu?

Tak. Przestał się wahać. Kiedy pierwszy raz usłyszał, że on, żongler Valentine, może być Lordem Valentinem, Koronalem, zabrzmiało to dla niego śmiesznie, wręcz dziwacznie. Czysty absurd, farsa, obłęd, pomyślał wtedy. Wtedy tak, ale nie teraz. Sny charakteryzowały się znacznym stopniem prawdopodobieństwa, choć mówiły o wydarzeniach zgoła nieprawdopodobnych. Ale znaczenie tych wydarzeń było olbrzymie. Zaczynał to pojmować coraz jaśniej. I do niego należało nadanie im właściwego biegu.

W jaki sposób? Czy można rzucić wyzwanie panującemu Koronalowi i w żonglerskim kostiumie wspinać się na Górę Zamkową z żądaniem zwrotu korony?

Ranek spędził spokojnie, nie dzieląc się z nikim swoimi myślami. Wsparty o reling, przypatrywał się odległemu brzegowi. Nie był w stanie pojąć ogromu tej rzeki. W niektórych miejscach była tak szeroka, że nie widziało się lądu, w innych znów to, co Valentine brał za brzeg, okazywało się wyspami, wcale zresztą nie małymi. A do tego rzeka miała bardzo bystry nurt, co pozwalało statkowi szybko zmierzać do celu.

Dzień był jasny. Na pomarszczonej tafli wody załamywały się promienie słońca. Jednak w samo południe z gęstej, zbitej chmury podświetlonej słonecznym blaskiem zaczął padać deszcz, początkowo drobny, później coraz bardziej rzęsisty i żonglerzy zmuszeni byli odwołać przedstawienie ku wielkiemu niezadowoleniu Zalzana Kavola, a wszyscy pasażerowie, chcąc nie chcąc, stłoczyli się pod pokładem.

Wraz z nadejściem nocy Valentine postarał się o to, by zająć miejsce do spania obok Carabelli i odgłosy chrapania Lisamon Hultin zostawić uszom Skandarów. On sam z niecierpliwością oczekiwał na kolejny sen. Niestety, to, co mu się przyśniło, nie miało żadnego znaczenia, ot, zwykłe przemieszanie fantazji i chaosu, kilka ulic bez nazwy, kilka nieznajomych twarzy, jasne światła, krzykliwe kolory, bezsensowne rozmowy, zamazane obrazy i już był ranek, i już statek przybijał do południowego brzegu w rzecznym porcie miasta Verf.

Rozdział II

— Prowincja Metamorfów — mówił Autifon Deliamber — nazywa się Piurifayne, od słowa “Piurivar", jakim Metamorfowie określają siebie we własnym języku. Od północy otaczają ją peryferie miasta Verf, od zachodu Uskok Velathys, od południa potężny łańcuch Gongharów, a od wschodu rzeka Steiche, która jest ważnym dopływem Zimru. Widziałem każdą z przygranicznych stref na własne oczy, ale nigdy nie byłem w samej Piurifayne. Dotarcie do niej jest trudne, gdyż Uskok Velathys to nic innego jak wielka pionowa ściana na milę wysoka i trzysta mil długa, Gonghary to góry nieprzystępne, z wiecznie szalejącymi burzami, a Steiche jest rzeką dziką, nie uregulowaną, pełną progów i wirów. Jedyna rozsądna droga wiedzie przez Verf i dalej przez Wrota Piurifayne.

Żonglerzy, opuściwszy bezbarwne handlowe miasto Verf tak szybko, jak tylko to było możliwe, znajdowali się teraz o kilka zaledwie mil na północ od wejścia do krainy Metamorfów. Przez cały ranek siąpił deszcz równie monotonny, jak mijana okolica: poza piaszczystymi polami i karłowatymi drzewami o zielonkawych pniach i wąskich, nieustannie drżących liściach, nic nie przyciągało oczu podróżnych. W wozie mało kto się odzywał. Sleet pogrążył się w rozmyślaniach, Carabella żonglowała pośrodku kabiny trzema czerwonymi piłkami, Skandarzy, nie zajęci powożeniem, oddawali się jakiejś skomplikowanej grze, do której używali płytek z kości słoniowej i pęków czarnych wąsów droli, Shanamir drzemał, Vinorkis zapisywał coś w prowadzonym przez siebie dzienniku, Deliamber mamrotał zaklęcia, paląc maleńkie świeczki używane w czarnej magii, Lisamon Hultin, doczepiwszy swego wierzchowca do zaprzęgu Skandara, schowała się przed deszczem do wozu i chrapała już w najlepsze niczym wyciągnięty na brzeg smok morski, nie zaniedbując jednak od czasu do czasu przepłukać gardła łykiem kupionego w Yerfie taniego bezbarwnego wina. Valentine siedział w kącie pod oknem i rozmyślał o Górze Zamkowej. Jak może wyglądać góra wysokości trzydziestu mil? Czy była samotnie sterczącą skałą, wznoszącą się niczym olbrzymia wieża w ciemną noc przestworzy? Jeśli, zdaniem Deliambera, nie można pokonać wysokiego na milę Uskoku Velathys, to jaki rodzaj bariery stanowi góra trzydzieści razy wyższa? Jak długi cień pada na ziemię, kiedy słońce oświetla jej wschodni stok? Czy ciemna smuga kładzie się wtedy na całym Alhanroelu? A w jaki sposób miasta, położone wysoko na jej zboczach, otrzymują ciepło i niezbędny do oddychania tlen? Czy nadal posługują się prehistorycznymi maszynami, które, jak słyszał Valentine, nieprzerwanie utrzymywały niezbędną do życia temperaturę oraz wytwarzały światło i wonne powietrze — tymi cudownymi maszynami pochodzącymi z zapomnianej ery technicznej sprzed tysięcy lat, kiedy umiejętności przyniesione z Ziemi wykorzystywano na Majipoorze na szeroką skalę? Jeśliby nawet tak było, to Valentine nie mógł pojąć zasady ich działania, tak samo jak nie mógł zrozumieć pracy swego mózgu, zdolnego choćby zapamiętać i odróżnić kolor włosów Carabelli od koloru włosów Sleeta. Myślał także o zbudowanym na szczycie Góry budynku z czterdziestoma tysiącami pokoi, obecnej siedzibie Lorda Valentine'a, a nie tak dawno Lorda Voriaxa, jeszcze przedtem zaś Lorda Malibora, panującego w czasach jego, Valentine'a, dzieciństwa, których to czasów teraz w ogóle nie pamiętał. Zamek Lorda Valentine'a! Czy to miejsce istniało naprawdę, czy też Zamek i jego Góra były tylko bajką, wytworem ludzkiej wyobraźni, sennym przywidzeniem? Zamek Lorda Valentine'a! Wyobrażał go sobie jako uczepioną kurczowo wierzchołka jasną plamkę kolorów grubości kilku molekuł, bo taki tylko mógł się wydawać w olbrzymiej skali owej nieprawdopodobnej Góry; jako plamkę spływającą nieregularnymi strużkami w dół szczytu, obejmującą go niczym macki, setki pokoi po jednej stronie, setki po drugiej, tu amfilada wystawnych sal, tam gmatwanina korytarzy i krużganków. A pośrodku tego wszystkiego urzęduje Koronal w całej okazałości, ciemnobrody Lord Valentine, chyba że jeszcze tam nie dotarł, chyba że jeszcze zbiera hołdy na jednej z tras objazdu wiodącego przez całe królestwo, może w Ni-moya a może w innym mieście na wschodzie Zimroelu. I to ja, myślał dalej Valentine, ja żyłem kiedyś na tamtej Górze? Mieszkałem w tamtym Zamku? Co robiłem, będąc Koronalem? Jakie wydawałem dekrety, jakie obsadzałem stanowiska, jakie miałem obowiązki? Trudno to było objąć umysłem, a jednak czuł narastające przeświadczenie, że jego pamięć, składająca się dotychczas zaledwie z oderwanych fragmentów, zaczyna nabierać spoistości i pełni. Teraz już wiedział, że nie urodził się w Ni-moya nad brzegiem rzeki, jak podpowiadały mu fałszywe wspomnienia; urodził się zapewne w jednym z Pięćdziesięciu Miast wzniesionych na Górze, prawie tuż przy Zamku, i wychowywał się wśród królewskiej kasty, wśród kadry, z której wybierano książąt, a jego dzieciństwo i wiek chłopięcy były jednym pasmem przywilejów i wygód. Wciąż jeszcze nie dotarł pamięcią do ojca, który z pewnością zajmował w królestwie pozycję wielkiego księcia, ani też nie mógł przypomnieć sobie matki, poza tym, że miała ciemne włosy i śniadą cerę, tak jak on kiedyś, i że — tu pamięć wdarła się gwałtownie w jego świadomość — i że pewnego dnia trzymała go w ramionach przez dłuższą chwilę, popłakując cicho, zanim powiedziała mu, że na miejsce Lorda Malibora, który się utopił, na Koronala wybrano Voriaxa i że wobec tego ona musi udać się na Wyspę, by spędzić tam resztę życia. Czy tkwiła w tym prawda, choćby jej część, czy też była to tylko gra wyobraźni? Kiedy Voriax doszedł do władzy, on mógł mieć wtedy dwadzieścia dwa lata. Czy to możliwe, by matka obejmowała dorosłego mężczyznę? Czy powinna płakać stając się Panią Wyspy? Czy nie powinna się cieszyć, że ona i jej syn zostali wybrani na władców Majipooru? Być może były to i łzy smutku, i łzy radości. Valentine zadrżał. Sceny pełne powagi i dostojeństwa. Wielkie momenty historyczne. Czy kiedykolwiek będzie w nich uczestniczył, czy też na zawsze zostanie podporządkowany tamtemu, który okradł go z przeszłości?

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)