Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 141
Перейти на страницу:

— A może jeszcze kimś potężniejszym?

Sleet nagle zwilżył wargi.

— Tak. Być może kimś potężniejszym. Czego chcesz ode mnie, Valentine?

— Żebyś mi towarzyszył do Ilirivoyne. I nie tylko. Dalej też.

— Chcesz powiedzieć, że w snach, które śniłem, kryje się prawda? — Wciąż staram się tego dowiedzieć — odrzekł Valentine. — Ale myślę, że tak. Nawet jestem o tym coraz bardziej przekonany. Przesiania mi to potwierdzają.

— Mój panie… — wyszeptał Sleet.

— Być może.

Sleet popatrzył na niego w zdumieniu i zaczął opadać na kolana, ale Valentine powstrzymał go.

— Nic z tych rzeczy — powiedział. — Ktoś mógłby nas zobaczyć. Nie chcę, żeby ktokolwiek się czegoś domyślał. A poza tym pozostaje jeszcze mnóstwo nie wyjaśnionych wątpliwości. Nie życzę sobie, żebyś klękał przede mną, Sleecie, albo żebyś pozdrawiał mnie znakiem gwiazdy; nic z tych rzeczy, dopóki nie poznam całej prawdy.

— Mój panie…

— Jestem żonglerem Valentinem.

— Przestraszyłeś mnie, mój panie. Dzieliły mnie dzisiaj minuty od niechybnej śmierci, ale to, że stoję tutaj spokojnie rozmawiając o takich rzeczach, przeraża mnie znacznie bardziej.

— Mów mi po imieniu. — Jakżebym śmiał!

— Nazywałeś mnie tak jeszcze pięć minut temu.

— To było przedtem.

— Nic się nie zmieniło, Sleecie.

Sleet nie mógł się z tym pogodzić.

— Wszystko się zmieniło, mój panie.

Valentine westchnął ciężko. Czuł się jak szalbierz, jak oszust, manipulując Sleetem, chociaż dzięki temu cel wydawał się osiągnięty.

— Jeśli wszystko się zmieniło, to czy zastosujesz się do moich rozkazów? Nawet jeśli idzie o Ilirivoyne?

— Jeśli będę musiał — odparł oszołomiony Sleet.

— Nie spotka cię tam zło, jakiego się obawiasz. Wyjedziesz od Metamorfów wyleczony z bólu, który cię dręczy. Czy możesz mi zawierzyć?

— A jednak boję się tam jechać.

— Jesteś mi potrzebny nie tam, nie w Ilirivoyne, lecz później. Nie ja wybrałem podróż tamtędy, lecz Skandar, więc proszę cię, jedź ze mną.

— Jeśli muszę, mój panie. — Sleet pochylił kornie głowę.

— I równie usilnie cię proszę, nazywaj mnie Valentinem i nie okazuj więcej szacunku, niż robiłeś to jeszcze wczoraj, zwłaszcza przy innych.

— Jak sobie życzysz — zgodził się Sleet.

— Valentine.

— Valentine — powtórzył z pokorą Sleet. — Jak sobie życzysz… Valentine.

— No, to wracamy.

Zalzan Karol chodził niespokojnie tam i z powrotem; inni przygotowywali wóz do odjazdu. Valentine podszedł do Skandara.

— Namówiłem Sleeta, by wycofał swą rezygnację. Będzie nam towarzyszył do Ilirivoyne.

Zalzan Karol spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Jak ci się to udało?

— No, właśnie — wtrącił Vinorkis. — Co też takiego mu powiedziałeś?

— Myślę, że zanudziłbym was opowiadaniem o tym — odpowiedział Valentine z czarującym uśmiechem.

Rozdział 8

Tempo podróży wyraźnie wzrosło. Przez cały dzień wóz z cichym chrzęstem sunął do przodu, a czasem nie zatrzymywał się nawet późnym wieczorem. Lisamon Hultin na swoim wierzchowcu wytrwale dotrzymywała im kroku, chociaż od czasu do czasu zostawała w tyle. Cóż, każde zwierzę dźwigające na grzbiecie podobny ciężar domagałoby się przerw w podróży.

W prowincji Mazadone źródłem utrzymania milionów ludzi był handel, ponieważ tędy transportowano na zachód i na północ wszelkie dobra ze wschodu i tu był punkt przeładunkowy towarów przewożonych lądem z Pidruid i portu Tilomon i ekspediowanych dalej do prowincji wschodnich. Monotonię widoków mijanych kupieckich miasteczek przerywały skąpe pasy zieleni, ledwo odpowiadające rozmiarami wymaganym normom. Nie zatrzymując się trupa minęła kolejno Cynthion i Apoortel, i Diorectine, stolicę Mazadone, a za nią Borgax i Thagobar, wszystkie podobne do siebie jak dwie krople wody, nie zapadające w pamięć żadnym znamiennym szczegółem, wszystkie tak samo przycichłe na okres żałoby po ostatnim księciu i jednakowo przybrane żółtymi szarfami symbolizującymi żal i smutek. Niesamowita sprawa, pomyślał Valentine, z powodu zgonu księcia zamiera życie w całej prowincji. To co się tu dzieje po śmierci Pontifexa? Jak zareagowano przed dwoma laty na przedwczesne odejście Lorda Voriaxa? Być może przejmowano się stratą lokalnego władcy, ponieważ żył tutaj i był postacią z krwi i kości, natomiast niemal mityczni i nierealni, choćby z racji odległości, władcy Góry Zamkowej, Labiryntu i całego Majipooru, odchodząc z tego świata nie okrywają żałobą tutejszych miast ani nie wypełniają bólem serc mieszkańców. Na planecie tak rozległej jak ta żaden centralny ośrodek władzy nie mógł rządzić skutecznie; rozciągał nad owym światem zaledwie symboliczną kontrolę. Valentine podejrzewał, że trwałość Majipooru zależy od niepisanej umowy, na mocy której miejscowi władcy — prowincjonalni książęta i miejscy burmistrze — z jednej strony zgadzają się wprowadzać w życie i przestrzegać edyktów królewskiej władzy, z drugiej zaś z podporządkowanymi sobie terytoriami robią to, co im się żywnie podoba.

W jaki sposób, pytał sam siebie, taka umowa może być dotrzymywana, jeśli Koronal nie jest pomazańcem i uroczyście osadzonym na tronie królem, lecz uzurpatorem, który nie ma łaski bogów niezbędnej do podtrzymywania kruchej konstrukcji życia społecznego.

Im bardziej dłużyły się godziny jazdy, tym bardziej pogrążał się w rozmyślaniach. Przyzwyczajony do lekkości i prostoty swego umysłu, sam był zaskoczony ich głębią i powagą. Jak widać, rzucone na niego czary miały krótki żywot i teraz brał górę jego własny rozum, który szybko uczył się sięgać do tkwiących w nim pokładów intelektu.

Jeśli, oczywiście, został poddany działaniu jakichś czarów. Wciąż nie był o tym przekonany, chociaż dzień po dniu jego wątpliwości słabły.

W snach coraz częściej zajmował pozycję kogoś nadającego ton. Pewnej nocy to on, a nie Zalzan Karol, prowadził wóz żonglerów; innej znów przewodniczył, ubrany w książęce szaty, Wysokiej Radzie Metamorfów, tych mglistych, budzących grozę widm, które jedną postacią nie pozostawały dłużej niż minutę; w jeszcze innym widział siebie na targu w Thagobar, jak siedząc pomiędzy sprzedawcami sukna a kupcami bransolet rozsądza toczący się między nimi hałaśliwy spór.

— Widzisz? — powiedziała Carabella. — Wszystkie te sny mówią o władzy i majestacie.

— Władza? Majestat? Siadanie na beczce na targu i zaprowadzanie ładu pomiędzy kupcami bawełny i lnu nazywasz władzą i majestatem?

— Sny zawsze można różnie interpretować. Twoje wizje symbolizują potęgę.

Valentine uśmiechnął się, ale nie zaprzeczył słuszności takiej interpretacji.

Pewnej nocy, kiedy byli w pobliżu miasta Khyntor, miał bardziej wymowne widzenie dotyczące swego poprzedniego życia. Znajdował się w pokoju o ścianach wyłożonych rzadkimi gatunkami drewna — na przemian semotanem, bannikopem i ciemnym bagiennym mahoniem. Siedział przy kwadratowym biurku z połyskliwego palisandru i podpisywał dokumenty. Po prawej ręce miał gwiezdny herb. Usłużni sekretarze kręcili się wokół, a olbrzymie wygięte okno odsłaniało powietrzną przepaść, jak gdyby wychodziło na tytaniczne zbocze Góry Zamkowej. Czy to była fantazja? Czy też to ulotny fragment pogrzebanej przeszłości, która uwolniła się i podpłynęła ku powierzchni jego świadomości? Opisał wygląd pokoju i biurka Carabelli i Deliamberowi, mając nadzieję, że wiedzą coś na temat wyglądu rzeczywistego miejsca urzędowania Koronala, ale z równym powodzeniem mógłby oczekiwać po nich, że wymienią mu, jakie potrawy jada na śniadanie Pontifex. Vroon zapytał go, czy siedząc za palisandrowym biurkiem miał złote włosy żonglera z wozu Skandara, czy też ciemne Koronala odbywającego podróż przez Pidruid i zachodnie prowincje.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)