Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 141
Перейти на страницу:

— Krzyczałeś kilkakrotnie — odezwała się wreszcie.

— To się zdarza — powiedział łyknąwszy nieco wina ze stojącej obok łóżka butelki — gdy sny bardziej męczą człowieka niż rzeczywistość. Moje sny, Carabello, to ciężki znój.

— Twoja dusza aż się wyrywa, żeby wszystko z siebie wykrzyczeć, mój panie.

— Ale robi to w sposób niezwykle dla mnie męczący — rzekł Valentine przytulając się do jej piersi. — Jeśli sny są źródłem mądrości, będę się na przyszłość modlił, by mi jej nie przybywało przed brzaskiem dnia.

Rozdział 9

W Khyntorze Zalzan Kavol wsiadł z całą trupą na statek rzeczny płynący do Ni-moya i dalej do Piliploku. Żonglerzy mieli podróżować rzeką niezbyt daleko, zaledwie do Verfu, miasta, które graniczyło z terytorium Metamorfów.

Valentine żałował, że musi wysiąść na ląd w Yerfie, wiedząc, że za następne dziesięć czy piętnaście rojali mógłby dopłynąć aż do Piliploku, skąd wyruszały statki zdążające na Wyspę Snu. Przecież to nie rezerwat Zmiennokształtnych, lecz ta wyspa była jego prawdziwym celem. Miał nadzieję znaleźć na niej potwierdzenie nocnych wizji, które prześladowały go od dłuższego czasu. Musiał się jednak uzbroić w cierpliwość. Przeznaczenia, pomyślał, nie należy ponaglać.

Jak dotąd sprawy posuwały się może niezbyt spiesznie, ale za to nieprzerwanie, wciąż ku temu samemu, choć niezbyt jeszcze zrozumiałemu celowi. Przestał już być beztroskim, prostodusznym próżniakiem z Pidruid i miał świadomość wewnętrznej przemiany, jaka się w nim od tamtego czasu dokonała, jak również zdawał sobie sprawę, że z raz obranej drogi nie ma odwrotu. Widział siebie jako aktora porywającego dramatu, którego główny akt był jeszcze bardzo odległy, tak w czasie, jak i w przestrzeni.

Statki oceaniczne, które przybijały do nabrzeży Pidruid, musiały się odznaczać dużą wytrzymałością, a równocześnie wdziękiem, ponieważ stawiały czoło tysiącom mil i prezentowały się w różnych portach planety. Statek z rzeki Zimr był przysadzisty, szeroki, o niewyszukanych kształtach, stąd zapewne jego budowniczowie dla zrekompensowania rzucającej się w oczy toporności przyozdobili go w fantazyjny, niemal groteskowy sposób — wysoki mostek kapitański był zwieńczony trzema głowami pomalowanymi na jaskrawe, czerwone i żółte kolory, na olbrzymim głównym pokładzie wielkości wiejskiego placu stały rzeźby, namioty i salony gier, a na rufie wznosiła się wielopoziomowa nadbudówka, w której zakwaterowano pasażerów. Dolne pokłady przeznaczono na fracht, kajuty trzeciej i czwartej klasy, mesy, kabiny dla załogi, no i oczywiście na maszynownię, z której buchające nieustannie dwa słupy dymu spowijały kadłub i wznosiły się ku niebu jak rogi demona. Cała konstrukcja statku była drewniana, gdyż metal występował na Majipoorze zbyt rzadko, by używać go w tak wielkich ilościach, a kamień nie nadawał się na potrzeby żeglugi, stąd też stolarze mieli niemałe pole do popisu. Obdarzeni bogatą wyobraźnią, pokryli burty dziwaczną boazerią o rzeźbionych belkach, ślimacznicach i setkach podobnych ozdób.

Ten statek wydawał się swoistym mikrokosmosem. Czekając na odbicie od brzegu, Valentine, Deliamber i Carabella przechadzali się po pokładzie zatłoczonym mieszkańcami różnych okręgów i przedstawicielami wszystkich ras Majipooru. Wśród nich Valentine zobaczył górali ze zboczy gór nad Khyntorem, Ghayrogów z Dulornu, ludzi z parnego południa spowitych w przewiewne białe szaty, podróżnych paradujących w drogich szkarłatnych i zielonych strojach, którzy według Carabelli wyglądali na typowych mieszkańców zachodniego Alhanroelu, i wielu innych. Wszędobylscy Liimeni sprzedawali swoje nieśmiertelne pieczone kiełbaski; natrętni Hjortowie przechadzali się wyniośle w uniformach żeglugi rzecznej, informując i pouczając zarówno tych, którzy chcieli się czegoś dowiedzieć, jak i tych, którzy tego nie chcieli; rodzina Su-Suherów w przezroczystych zielonych sukniach, rzucając się w oczy z powodu nieprawdopodobnych, dwugłowych ciał i nieprzystępnych, władczych min, płynęła w pokornie rozstępującym się przed nią tłumie niczym emisariusze ze świata snów. Tego popołudnia na pokładzie statku znajdowała się też mała grupa Metamorfów.

Deliamber wypatrzył ich pierwszy. Mały Vroon cmoknął z cicha i dotknął ręki Valentine'a.

— Widzisz ich? Miejmy nadzieję, że nie wpadną w oczy Sleetowi.

— Którzy to? — spytał Valentine.

— Stoją przy relingu, samotni. Wyglądają na zakłopotanych. Mają teraz swoje naturalne kształty.

Valentine popatrzył we wskazanym kierunku. Zobaczył pięcioro dorosłych, prawdopodobnie obojga płci, i troje młodych. Wiotkie, kanciaste, długonogie stworzenia, jedno nawet wyższe od Valentine'a, omiatały patrzących przelotnymi, niewidzącymi spojrzeniami. Pokryte były ziemistą, prawie zielonkawą skórą. Ich twarze przypominały kształtem twarze ludzkie, lecz kości policzkowe były ostre jak brzeszczoty, usta tak wąskie, że niemal niewidoczne, nosy zredukowane do wypukłych guzów, a blisko siebie i głęboko osadzone oczy pozbawione źrenic. Valentine nie mógł rozsądzić, czy ci Metamorfowie noszą się dumnie i arogancko, czy może bojaźliwie, lecz z pewnością czuli się na statku jak na wrogim terytorium — oni, wywodzący się z prastarej rasy tubylcy, potomkowie tych, do których należał Majipoor przed przybyciem pierwszych osadników ziemskich, czternaście tysięcy lat temu. Nie mógł oderwać od nich oczu.

— Jak to się dzieje, że zmieniają kształty?

— Ich kości nie są powiązane z sobą, tak jak kości innych żywych istot — odpowiedział Deliamber. — Pod naciskiem mięśni mogą się przemieszczać i układać w nowe formy. W skórze z kolei mają komórki mimetyczne, które pozwalają na zmianę koloru i struktury ciała. Dorośli mogą transformować się niemal ciągle.

— Czemu to służy?

— Tego nikt nie wie. Prawdopodobnie Metamorfowie z kolei zastanawiają się, jaki cel przyświecał wszechświatowi, że stworzył rasy niezdolne do zmiany kształtów. Myślę jednak, że ta zmienność musi ułatwiać im życie.

— Nie sądzę — odezwała się cierpko Carabella. — Nie potrafili nawet obronić swojej planety.

— Jeśli ludzie przenoszą się z planety na planetę po to, by ukraść czyjś dom, to nawet zmiana kształtów niewiele może pomóc obrońcom tego domu.

Metamorfowie zafascynowali Valentine'a. Zdawał sobie sprawę z niezwykłości ich istnienia na przestrzeni długiej historii Majipooru. Ta krucha zielonoskóra nacja zamieszkująca całą olbrzymią planetę w epoce, kiedy nie było tu ani istot ludzkich, ani Skandarów, Vroonów czy Ghayrogów, stanowiła teraz przeżytek, relikt archeologiczny, zepchnięty do rezerwatu. Intruzi, którzy przybyli szukać dla siebie miejsca, zamienili się w zdobywców. Valentine chciałby zobaczyć, jak Metamorfowie przemieniają się w nich, w tych zdobywców. Jednak samotna, wyobcowana z tłumu grupka trwała niezmiennie przy własnym wyglądzie.

Shanamir, wyraźnie czymś przejęty, przepchnął się do Valentine i chwytając go za rękaw wykrzyczał:

— Czy wiesz, kto podróżuje razem z nami? Słyszałem, jak mówili o tym w ładowni. Tu jest podobno cała rodzina Zmienno…

— Ciszej — szepnął Valentine. — Popatrz tam! Chłopiec spojrzał we wskazanym kierunku i zadrżał.

— Oni są straszni. — Gdzie jest Sleet?

— Na mostku, u kapitana statku, z Zalzanem Kavolem. Starają się o pozwolenie na wieczorny występ. Jeśli ich zobaczy…

— On i tak wcześniej czy później będzie musiał stanąć twarzą w twarz z Metamorfami — mruknął Valentine. A zwracając się do Deliambera zapytał: — To chyba nie jest dla nich typowe, pokazywać się poza rezerwatem?

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)