W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
– Ale ja jeszcze nie skończyłem – zajęczał Jerome. – Chciałem jeszcze zadeklamować Kontemplacje analne i Płytkie męskie dziury. Wtedy rozległ się jakiś ryk.
– „Jeżeli spokój zachowasz, choćby go stracili ubodzy duchem, ciebie oskarżając!” – To był tata z admirałem Darcym. Obaj narąbani na sztywno. O Boże. Ostatnio za każdym razem, kiedy widzę tatę, wygląda na kompletnie uwalonego, chociaż w układzie ojciec córka zazwyczaj bywa odwrotnie.
– „Jeżeli wierzysz w siebie, gdy inni zwątpili!” – zaryczał admirał Darcy, po czym, ku zgrozie zebranych pań, wskoczył na krzesło.
– „Na ich niepewność jednak pozwalając” – niemal płaczliwie dodał tata, opierając się dla równowagi o admirała. Następnie narąbane duo, niczym sir Laurence Olivier i John Gielgud, jęło recytować całe Jeżeli Rudyarda Kiplinga, co rozwścieczyło mamę i Pretensjonalnego Jerome’a, którzy jednocześnie dostali jakiegoś ataku posykiwania.
– Typowe, bardzo typowe – syknęła mama, gdy admirał Darcy, na kolanach i bijąc się w piersi, zaintonował: „Samemu nie kłamiesz, chociaż fałsz panuje”.
– Zacofane, kolonialne wierszydło – syknął Jerome.
– „Lecz mędrca świętego pozy nie przyjmujesz”.
– Kurwa, to się rymuje – ponownie syknął Jerome.
– Jerome, nie życzę sobie takiego słownictwa w moim domu – odsyknęła mu mama.
– „Serce, hart ducha, aby ci służyły” – wyrecytował tata, po czym, udając zgon, rzucił się na wymiętolony dywan.
– To po co ich zaprosiłaś? – niezwykle sycząco syknął Jerome.
– „A gdy się wypalisz. Wola twa zostanie!” – ryknął admirał.
– „I Wola ta powie ci: Wstań! – - wycharczał tata na dywanie, po czym poderwał się na kolana i wzniósł ręce. – Zbierz siły!”
Wśród pań rozległ się głośny aplauz i brawa, Jerome zaś wypadł z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi, a Tom pobiegł za nim. Z rozpaczą rozejrzałam się po pokoju i spojrzałam prosto w oczy Markowi Darcy’emu.
– To było interesujące! – powiedziała Elaine Darcy, stając koło mnie, gdy ja schyliłam głowę, by odzyskać równowagę. – Poezja jednoczy młodych i starych.
– Narąbanych i trzeźwych – dodałam. W tej chwili chwiejnym krokiem podszedł admirał Darcy, ściskając w ręku swój wiersz.
– Och, kochana, kochana, najdroższa! – wykrzyknął, rzucając się na Elaine. – O, jest tajakjejtam – dodał, zerkając na mnie. – Cudownie! Mark przyszedł, grzeczny chłopczyk! Przyjechał po nas. Trzeźwy jak sędzia. Sam jak ten palec. Ja nie mam pojęcia!
Oboje odwrócili się i spojrzeli na Marka, który siedział przy kupionym okazyjnie za trzy pensy stoliku Uny i gryzmolił coś, obserwowany bacznie przez delfina z niebieskiego szkła.
– Spisuje mój testament na przyjęciu! Ja nie mam pojęcia. Pracuj, pracuj, pracuj! – zaryczał admirał. – Przyprowadziłeś ze sobą tę laseczkę, jak jej tam, kochanie, Rachel, nie? Betty?
– Rebecca – powiedziała ostro Elaine.
– Nigdzie jej nie widzę. Spytaj go, co się z nią stało. Co on tam mamrocze? Nie cierpię, jak ktoś mamrocze! Nigdy tego nie cierpiałem.
– Nie sądzę, żeby ona… – wymruczała Elaine.
– Dlaczego nie?! Dlaczego nie?! Doskonale! Ja nie mam pojęcia! Po co stroić takie fochy? Mam nadzieję, że młode damy nie fruwają z kwiatka na kwiatek jak dzisiejsi młodzieńcy!
– Nie – odparłam ponuro. – Prawdę mówiąc, jeśli kogoś kochamy, to dosyć trudno jest nam wybić go sobie z głowy, kiedy nas porzuca.
Za nami rozległ się jakiś trzask. Kiedy się odwróciłam, okazało się, że to Mark Darcy niechcący przewrócił delfina z niebieskiego szkła, który z kolei strącił wazon z chryzantemami i zdjęcie w ramce, powodując melanż potłuczonego szkła, kwiatów i kartek, podczas gdy sam obrzydliwy delfin jakimś cudem pozostał nietknięty. Nastąpiło zamieszanie, gdy mama, Elaine i admirał Darcy popędzili tam. Admirał zaczął wrzeszczeć, zataczając się, tata próbował zrzucić delfina na podłogę, wołając: „Wynocha z tą paskudą”, a Mark wziął się do zbierania swoich papierów, oferując się, że za wszystko zapłaci.
– Możemy iść, tato? – wymamrotał Mark z wyrazem głębokiego wstydu na twarzy.
– Nie, nie, wszystko w swoim czasie. Jestem tu w bardzo dobrym towarzystwie, razem z Brendą. Przynieś mi jeszcze porto, co, synu?
Zapadła niezręczna cisza, a Mark i ja spojrzeliśmy na siebie.
– Cześć, Bridget – powiedział Mark ni z tego, ni z owego. – No, tato, myślę, że naprawdę powinniśmy już iść.
– Tak, chodź, Malcolm – włączyła się Elaine, czule ujmując go pod ramię. – Bo inaczej posiusiasz się na dywan.
– Och, psipsi, ja nie mam pojęcia.
W końcu cała trójka się pożegnała i Mark z Elaine wyprowadzili admirała. Patrzyłam za nim, czując w środku pustkę, i wtedy nagle Mark pojawił się znowu i skierował w moją stronę.
– Zapomniałem pióra – powiedział, biorąc swojego Mont Blanca ze stolika. – Kiedy jedziesz do Tajlandii?
– Jutro rano. – Przysięgłabym, że przez ułamek sekundy wyglądał na rozczarowanego. – Skąd wiedziałeś, że jadę do Tajlandii?
– W Grafton Underwood nie mówi się o niczym innym. Spakowałaś się już?
– A jak myślisz?
– Pewnie jeszcze nawet nie zaczęłaś – odparł z krzywym uśmiechem.
– Mark! – ryknął jego ojciec. – No, synu, wydawało mi się, że to ty chciałeś stąd uciekać.
– Już idę – odparł Mark, oglądając się przez ramię. – To dla ciebie. – Podał mi zmiętą kartkę, rzucił mi… eee… przenikliwe spojrzenie, po czym wyszedł. Upewniłam się, czy nikt na mnie nie patrzy, i drżącymi rękoma rozłożyłam kartkę. Była to kopia wiersza taty i admirała Darcy’ego. Po co mi to dał?
2 sierpnia, sobota
58 kg (totalna klęska diety przedwakacyjnej), jedn. alkoholu 5, papierosy 42, kalorie 4457 (czarna rozpacz), spakowane rzeczy O, pomysły co do miejsca przebywania mojego paszportu 6, pomysły co do miejsca przebywania mojego paszportu, które znalazły jakiekolwiek odbicie w rzeczywistości 0.
5.00.
Po co, och, po co ja jadę na te wakacje? Przez cały czas będę żałować, że Sharon to nie Mark Darcy, a ona – że ja nie jestem Simonem. Jest piąta rano. Cała sypialnia jest zawalona mokrym praniem, długopisami i torbami foliowymi. Nie wiem, ile wziąć staników, nie mogę znaleźć małej czarnej od Jigsaw, bez której nie mogę jechać, drugiego różowego klapka, nie mam czeków podróżnych, a moja karta kredytowa jest chyba nieważna. Do wyjścia zostało mi tylko 1,5 godziny, a wszystko to nie zmieści się do walizki. Może dla uspokojenia zapalę sobie i przez parę minut pooglądam foldery. Mmm. Cudownie będzie tak sobie leżeć na plaży i opalać się na czekoladkę. Słońce, kąpiel w morzu i… Oooj. Miga lampka na sekretarce. Jak to możliwe, że nie zauważyłam?
5.10.
Przycisnęłam guzik NOWA WIADOMOŚĆ.
– Bridget, tu Mark. Tak sobie pomyślałem… wiesz, że teraz w Tajlandii jest pora deszczowa? Może powinnaś zapakować parasolkę.
Rozdział jedenasty
3 sierpnia, niedziela
Pozbawiona wagi (w powietrzu), jedn. alkoholu 8 (ale podczas lotu, więc zniesione przez wysokość), papierosy 0 (czarna rozpacz: miejsce dla niepalących), kalorie 1 milion (w całości złożone z rzeczy, których w życiu nie wzięłabym do ust, gdyby nie znajdowały się w jadłospisie linii lotniczych), bąki puszczone przez towarzysza podróży 38 (do tej pory), różnorodność zapachowa bąków 0.
16.00 czasu angielskiego.