Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Byłem bez pieniędzy, ale miałem ochotę zapisać się na wyprawę. Im więcej McMurphy mówił o łowieniu łososi, tym bardziej chciałem jechać. Wiedziałem, że to kretyński pomysł; wpisanie się na listę było przecież równoznaczne z ogłoszeniem wszem i wobec, że nie jestem głuchy. Jeśli usłyszałem dyskusję o łodziach i rybach, to musiałem także słyszeć wszystkie poufne rozmowy, które prowadzono przy mnie w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Gdyby Wielka Oddziałowa się dowiedziała, że znam jej zdradzieckie knowania, rzuciłaby się na mnie z piłą elektryczną i pastwiła nade mną, dopóki nie nabrałaby absolutnej pewności, że jestem głuchoniemy. A więc jeśli chciałem słyszeć, musiałem dalej udawać głuchego; mimo że tak bardzo pragnąłem jechać, uśmiechnąłem się na tę myśl.
Wieczorem w przeddzień wyprawy leżałem w łóżku, rozmyślając o mojej głuchocie, o latach udawania, że nie słyszę ani słowa, i zastanawiałem się, czy potrafiłbym się zachowywać inaczej. A potem przypomniałem sobie, że to nie ja zacząłem udawać głuchego; to ludzie zaczęli traktować mnie jak durnia, który nie słyszy, nie widzi i nie potrafi wydusić z siebie słowa.
Co więcej, traktowali mnie tak nie tylko tuż przed moim przyjściem do szpitala, ale również wiele lat wcześniej. W wojsku odnosili się do mnie w ten sposób wszyscy starsi rangą. Pewnie im się wydawało, że tak właśnie należy postępować wobec kogoś o moim wyglądzie. Już nawet w szkole ludzie mówili, że chyba nie słucham, co mówią, i sami przestawali mnie słuchać. Leżąc na łóżku, usiłowałem sobie przypomnieć, kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy. Chyba mieszkaliśmy wtedy jeszcze w naszej wiosce nad brzegiem Kolumbii. Było lato…
…mam z dziesięć lat i solę przed chatą łososie przed ułożeniem ich na ruszcie, gdy wtem spostrzegam samochód, który skręca z autostrady i kołysząc się na wybojach, wjeżdża między krzaki szałwi, ciągnąc za sobą niczym przyczepy tumany czerwonego pyłu.
Obserwuję samochód, kiedy wjeżdża na wzgórze i zatrzymuje się w pewnej odległości od naszego podwórka; nadciągające za nim tumany pyłu rozbijają się o bagażnik i osiadają wolno na krzakach szałwi i mydlnicy, upodabniając je do czerwonych, dymiących szczątków ocalałych z pożaru. Pasażerowie czekają, dopóki migocący w słońcu pył nie opadnie zupełnie. Wiem, że to nie turyści z aparatami fotograficznymi, bo turyści nigdy nie podjeżdżają tak blisko wioski. Jeśli chcą ryb, kupują je na autostradzie; wolą trzymać się z dala od naszych siedzib, bo się boją, że ich oskalpujemy albo przywiążemy do pala i spalimy na stosie. Nie wiedzą, że niektórzy członkowie naszego plemienia są prawnikami w Portland; zresztą nie uwierzyliby mi, gdybym im powiedział. A przecież jeden z moich stryjów został najprawdziwszym na świecie prawnikiem – jak twierdzi tata, wyłącznie po to, by udowodnić ludziom, że potrafi tego dokonać, choć wolałby polować z ościeniem na ryby przy wodospadzie. Tata mówi, że jeśli człowiek nie ma się na baczności, ludzie zmuszą go do robienia tego, czego chcą, albo – jeśli jest uparty – do robienia czegoś wręcz odwrotnego, po prostu im na złość.
Drzwiczki samochodu otwierają się nagle i wysiadają z niego trzy osoby, z których dwie siedziały z przodu, a jedna z tyłu. Zaczynają się wspinać po zboczu w stronę wioski; widzę, że dwie pierwsze osoby to mężczyźni w granatowych garniturach, natomiast trzecią, która siedziała z tyłu, jest stara, siwa kobieta w stroju tak sztywnym i ciężkim, jakby był zrobiony z blachy pancernej. Przedarłszy się wreszcie przez krzaki szałwi, wchodzą na nasze podwórze spoceni i zasapani.
Pierwszy mężczyzna przystaje i rozgląda się po wiosce. Jest niski i gruby, a na głowie ma biały kowbojski kapelusz. Kiwa głową, widząc chwiejne ruszty do suszenia ryb, stare samochody, kurniki, motocykle i psy.
– Widzieliście kiedy coś podobnego? Co? Przynajmniej raz w życiu?
Zdejmuje kapelusz i przykłada złożoną chusteczkę do głowy przypominającej czerwoną gumową piłkę – ociera ją tak ostrożnie, jakby się bał, że pogniecie chusteczkę albo rozczochra kępkę zlepionych potem strączkowatych włosów.
– Jak ludzie mogą żyć w ten sposób? Jak myślisz, John?
Mówi bardzo głośno, bo nie jest przyzwyczajony do ryku wodospadu.
John unosi wysoko gęste siwe wąsy, żeby zapach solonych przeze mnie łososi nie wpadał mu w nozdrza. Szyję i policzki ma zroszone potem, a granatowy garnitur zupełnie przemoczony na plecach. Sporządza notatki, obracając się w miejscu i obejmując wzrokiem chatę, ogródek oraz czerwone, zielone i żółte wyjściowe sukienki mamy suszące się na sznurze za chatą – wykonawszy pełny obrót, znów staje twarzą do mnie i przygląda mi się, jakby dopiero teraz mnie zauważył, choć cały czas byłem dwa kroki od niego. Nachyla się nade mną, mruży oczy i unosi wąsy, żeby zatkać nos, jakbym to ja cuchnął, a nie ryby.
– Jak myślisz, gdzie są jego rodzice? – pyta. – W lepiance czy nad wodospadem? Skoro już tu jesteśmy, powinniśmy pogadać z tym facetem.
– Za nic nie wejdę do tej nory – mówi grubas.
– Ta nora, Brickenridge – oznajmia John spoza wąsów – to domostwo wodza; faceta, do którego mamy interes, szlachetnego przywódcy tego plemienia.
– Interes? Mów o sobie, ja nie mam do niego żadnego interesu. Rząd płaci mi za wycenianie, a nie za gadanie.
Słysząc to, John wybucha śmiechem.
– Racja. Ale ktoś powinien ich powiadomić o planach rządowych.
– Jeśli jeszcze nie wiedzą, to dowiedzą się wkrótce.
– Przecież to proste, wystarczy wejść i pogadać.
– Do tej brudnej dziury? Idę o zakład, że roi się tam od pająków. Podobno w tych ruderach z suszonej gliny gnieżdżą się w ścianach miliony robactwa. A gorąco, że pojęcia nie masz. Spójrz na małego Hajawatę; widzisz, jak ładnie się przypiekł? Ho. Cały jest czerwony.
Śmieje się i znów przykłada chustkę do głowy, lecz milknie, kiedy spogląda na niego kobieta. Odchrząkuje, spluwa na ziemię, a następnie podchodzi do huśtawki, którą tata zawiesił dla mnie na gałęzi jałowca, siada na niej i zaczyna się łagodnie bujać, wachlując się jednocześnie kapeluszem.
Myślę nad tym, co powiedział, i narasta we mnie gniew. Ponieważ grubas i John – bynajmniej się mną nie krępując – dalej rozprawiają o chacie, o wiosce, o ziemi i obliczają, ile co jest warte, zaczynam podejrzewać, iż chyba nie wiedzą, że rozumiem każde słowo. Pewnie przyjechali ze Wschodu, gdzie ludzie znają Indian tylko z filmów. Wyobrażam sobie, jak będzie im wstyd, kiedy odkryją, że wiem, co wygadywali.
Czekam jeszcze chwilę, podczas gdy oni mówią o upale i naszym domu, a potem wstaję z kolan i wyjaśniam grubasowi, najpoprawniej, jak się nauczyłem w szkole, że nasza gliniana chata jest znacznie, ale to znacznie chłodniejsza od wszystkich domów w miasteczku.
– Jest o wiele chłodniejsza od mojej szkoły i nawet od kina w The Dalles, którego szyld z oszronionych liter głosi, że w środku jest “chłodno i przyjemnie”!
Zamierzam im jeszcze powiedzieć, że jeśli zechcą wejść do środka, to pobiegnę nad wodospad i przyprowadzę tatę, ale oni zachowują się tak, jakby mnie w ogóle nie słyszeli. Nawet na mnie nie patrzą. Grubas buja się wolno na huśtawce i zerka w dół pokrytego lawą urwiska na mężczyzn, którzy stoją na rusztowaniach tuż przy wodospadzie – z tej odległości są tylko spowitymi mgiełką niewyraźnymi kształtami w kraciastych koszulach. Od czasu do czasu robią krok do przodu i niczym szermierze wyrzucają ręce, a następnie podnoszą do góry czterometrowe rozwidlone ościenie, żeby ci wyżej zdjęli z nich miotające się łososie. Wpatrzony w mężczyzn widocznych na tle piętnastometrowego welonu wody, grubas mruży oczy i chrząka, ilekroć któryś z nich wychyla się, żeby nadziać na oścień rybę.