Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Tamci, John i kobieta, nadal stoją, jak stali. Żadne z trojga nie daje poznać, że mnie słyszało; nie patrzą w moją stronę, jakby woleli, żebym był nieobecny.
Nagle wszystko zamiera i trwa tak przez całą minutę.
Spostrzegam ze zdumieniem, że słońce świeci teraz na nich jakoś znacznie jaśniej. Wszystko inne wygląda zupełnie normalnie – zarówno kury grzebiące pazurami w trawie na dachach lepianek, jak i skaczące po krzakach koniki polne i chmary much nad suszącymi się rybami, odganiane przez dzieci miotełkami z szałwi; ot, zwyczajny letni dzień. Ale trójkę przybyszów słońce oświetla z dziesięć razy jaśniej niż dotychczas i widzę… widzę szwy, gdzie ich zespawano z kawałków. I widzę niemal, jak wbudowane w nich urządzenia biorą moje słowa i usiłują je wpasować to tu, to tam, w ten otwór i w tamten, a kiedy się okazuje, że nie ma dla nich żadnego gotowego otworu, po prostu je kasują, jakby ich w ogóle nie było.
Przez cały ten czas trójka przybyszów trwa w zupełnym bezruchu. Nawet huśtawka się zatrzymała, unieruchomiona pod pewnym kątem przez słońce; skamieniały grubas przypomina gumową lalkę. A potem budzi się perliczka taty śpiąca pośród gałęzi jałowca i na widok obcych zaczyna szczekać jak pies – wtedy czar pryska.
Grubas z krzykiem zeskakuje z huśtawki, odbiega kilka metrów od drzewa i osłaniając kapeluszem oczy od słońca, patrzy w górę, żeby zobaczyć, co tak piekielnie jazgocze. Spostrzega, że to tylko perliczka, więc spluwa na ziemię i wkłada kapelusz.
– Osobiście jestem głęboko przekonany – mówi – że bez względu na to, ile zaproponujemy za… za tę metropolię, będzie to i tak aż nadto.
– Możliwe. Ale uważam, że powinniśmy spróbować porozmawiać z wodzem…
Stara kobieta przerywa mu, wysuwając z chrzęstem nogę do przodu.
– Nie. – To pierwsze słowo, jakie wypowiedziała od chwili przyjazdu. – Nie – powtarza w sposób przywodzący na myśl Wielką Oddziałową. Unosi brwi i rozgląda się dokoła. Oczy skaczą jej jak cyfry wybijane przez kasę; patrzy na sukienki mamy rozwieszone równo na sznurze i kiwa głową. – Nie. Dziś nie będziemy rozmawiać z wodzem. Jeszcze nie teraz. Uważam… wyjątkowo zgadzam się z Brickenridge’em. Tyle że z innego powodu. Pamiętacie, że według naszych informacji żona wodza jest nie Indianką, lecz białą kobietą? Białą kobietą z miasteczka. Nazywa się Bromden. Wódz przyjął jej nazwisko, nie ona jego. Tak jest; wydaje mi się, że jeśli wrócimy do miasteczka i opowiemy mieszkańcom o planach rządowych, podkreślając korzyści płynące z posiadania tamy i sztucznego jeziora w miejscu skupiska lepianek, a dopiero później wypiszemy ofertę i niby przez pomyłkę, rozumiecie, zaadresujemy ją do żony, to wtedy nasze zadanie będzie znacznie łatwiejsze.
Spogląda w dal na mężczyzn stojących na starych, rozklekotanych, zygzakowatych rusztowaniach, które w ciągu setek lat pokryły gęsto skały wokół wodospadu.
– Gdybyśmy natomiast spotkali się z wodzem teraz i złożyli mu ofertę bez uprzedniego przygotowania gruntu, moglibyśmy napotkać u tego Nawaha zażarty upór wynikający z przywiązania do… domu, chyba tak trzeba nazwać tę ruderę.
Już mam im powiedzieć, że nie jesteśmy Nawahami, ale co to ma za sens, skoro oni i tak nie chcą słuchać? Wszystko im jedno, do jakiego należymy plemienia.
Kobieta uśmiecha się, kiwa mężczyznom głową, podsumowuje ich oczami jak kasa i rusza sztywno w stronę samochodu, wołając lekkim, młodzieńczym głosem:
– Jak wciąż podkreślał mój wykładowca socjologii: “W każdej sytuacji jest zawsze jedna osoba, której władzy nie wolno lekceważyć!”
Wsiadają do samochodu i odjeżdżają, a ja stoję i zastanawiam się, czy mnie w ogóle widzieli.
Bardzo mnie zdziwiło, że sobie to przypomniałem. Chyba pierwszy raz od wieków przypomniałem sobie coś z dzieciństwa. Zdumiało mnie, że w ogóle cokolwiek pamiętam. Leżałem na posłaniu niby w półśnie, wspominając inne wydarzenia, gdy nagle dobiegł mnie spod łóżka chrobot, jakby mysz gryzła orzech włoski. Wychyliłem się z pościeli i ujrzałem błysk metalu tnącego moje ukochane kawałki gumy do żucia. To czarny sanitariusz Geever odkrył, gdzie chowam gumę, i zeskrobywał ją prosto do papierowej torby długimi, cienkimi nożyczkami o ostrzach rozwartych jak szczęki.
Cofnąłem szybko głowę, żeby mnie nie zauważył. Bałem się jednak, że mnie spostrzegł, i krew zaczęła walić mi w uszach. Chciałem mu powiedzieć, żeby odczepił się od mojej gumy i poszedł się zająć własnymi sprawami, ale przecież nie mogłem się nawet zdradzić z tym, iż go słyszałem. Leżałem bez ruchu, by się upewnić, czy rzeczywiście nie widział, jak wyglądam z łóżka, czarny jednak nie przerywał pracy – słyszałem tylko zzzt-zzzt nożyczek i grzechot wpadających do torby kawałków gumy, zbliżony do bębnienia gradu o dach kryty papą. Geever mlasnął językiem i zachichotał pod nosem.
– He, he. O mój Boże. He, he. Ileż razy ten skurwiel przeżuwał je w japie? Twarde jak kamień!
Jego szept zbudził McMurphy’ego, który wsparł się na łokciu ciekaw, co też czarny wyrabia na kolanach pod moim łóżkiem o tak dziwnej porze. Obserwował go przez chwilę, przecierając oczy jak dzieciak, który chce się przekonać, czy go wzrok nie myli, a następnie usiadł na łóżku.
– Niech mnie licho, czego ten łobuz szuka tu z nożyczkami i z papierową torbą o wpół do dwunastej w nocy?
Czarny zerwał się na nogi i zaświecił mu latarką prosto w oczy.
– Gadaj, stary, co tam wydłubujesz, u diabła, pod osłoną nocy?
– Idź spać, McMurphy. Nic ci do tego.
McMurphy rozciągnął wolno usta w szerokim uśmiechu i patrzył prosto w latarkę. Czarny oświetlał mu twarz jeszcze przez kilka chwil, a potem zrobiło mu się nagle nieswojo od gapienia się na świeżą bliznę połyskującą na nosie McMurphy’ego, od wpatrywania się w jego zęby i tatuaż pantery na przedramieniu, więc skierował latarkę w bok. Schylił się i wrócił do pracy, sapiąc i prychając, jakby zdrapywanie zeschłej gumy wymagało wielkiego wysiłku.
– Obowiązkiem sanitariusza pracującego na wieczornej zmianie – powiedział między jednym prychnięciem a drugim, usiłując nadać głosowi przyjazne brzmienie – jest dbanie o czystość sypialni.
– W środku nocy?
– Mamy wyraźnie powiedziane, że o czystość należy dbać przez okrągłą dobę!
– Wystarczyłoby, gdybyś o nią zadbał, nim położyliśmy się spać, zamiast do wpół do jedenastej gapić się w telewizor. Czy stara Ratched wie, że ty i ten drugi prawie przez całą zmianę oglądacie telewizję? Jak myślisz, co by zrobiła, gdyby się dowiedziała?
Czarny wstał z kolan i usiadł na moim łóżku. Uśmiechając się i chichocząc, zaczął się stukać latarką w zęby. W jej blasku twarz jego wyglądała jak podświetlona czaszka.
– Słuchaj, opowiem ci o tej gumie – rzekł i nachylił się nad McMurphym jak nad najlepszym kumplem. – Widzisz, całe lata się zastanawiam, skąd Wódz Szczota bierze gumę do żucia. Nigdy nie miał ani centa, więc nie mógł jej kupować w bufecie, nikt mu jej nie dawał, nigdy nie prosił o nią kobiety z Czerwonego Krzyża; obserwowałem go i czekałem. No i spójrz.
Znów ukląkł, podniósł brzeg mojej pościeli i poświecił latarką.
– I co ty na to? Założę się, że wszystkie te kawałki są przeżute co najmniej z tysiąc razy!