Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zielona Mila
Zielona Mila - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zielona Mila

Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:

Rok 1932. W USA trwa Wielki Kryzys; panuje głód i bezrobocie. Paul Edgecombe pracuje jako strażnik w więzieniu Cold Mountain, do którego trafiają ci, na których państwo postawiło już krzyżyk. To dla nich przeznaczone jest specjalne pomieszczenie przylegające do bloku E, gdzie na drewnianym podium stoi krzesło elektryczne zwane Starą Iskrówą. Ostatnia droga każdego z więźniów będzie prowadzić po zielonym linoleum.
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 96
Перейти на страницу:

Zaczął się nad tym zastanawiać. Po kilku chwilach w jego oczach pojawił się błysk, ten szczególny rodzaj błysku, który widać, gdy ktoś wpada nagle na dobry pomysł. Niezbyt mnie to ucieszyło, ponieważ pomysły, które były dobre dla Percy’ego, nie musiały się okazać dobre dla nas.

– Pomyśl tylko – dodał Brutal. – Jak miło będzie nie mieć więcej do czynienia z tym parszywym Whartonem.

Percy pokiwał głową i pozwoliłem mu wstać z krzesła. Wygładził koszulę od munduru, wsadził ją w spodnie, przeczesał grzebieniem włosy i dopiero wtedy zmierzył nas wzrokiem.

– Dobrze, zgadzam się. Jeśli wyznaczycie mnie jutro do Delacroix, następnego dnia składam podanie do Briar Ridge. Mówimy sobie do widzenia. Zadowoleni?

– Zadowoleni – odpowiedziałem. W jego oczach ciągle widziałem ten błysk, ale byłem zbyt zadowolony, żeby się tym przejmować.

Percy wyciągnął rękę.

– Umowa stoi?

Podałem mu swoją. To samo zrobił Brutal.

Po raz kolejny wystawił nas do wiatru.

4

Następny dzień okazał się najgorętszy i ostatni z nietypowej fali październikowych upałów. Kiedy przyjechałem do pracy, na zachodzie grzmiało i gromadziły się tam ciemne chmury. Wieczorem podeszły bliżej i widzieliśmy, jak przeszywają je białoniebieskie zygzaki błyskawic. Tej nocy, mniej więcej koło dziesiątej, przez hrabstwo Trapingus przeszło tornado, zabijając cztery osoby i zrywając dach ze stajni w Tefton, a Cold Mountain nękały burze i huraganowe wiatry. Tak jakby same niebiosa protestowały przeciwko złej śmierci Eduarda Delacroix.

Z początku wszystko szło jak po maśle. Del spędził spokojny dzień w celi, chwilami bawiąc się z Panem Dzwoneczkiem, na ogół jednak leżąc na swojej pryczy i głaszcząc go. Wharton próbował kilka razy sprowokować Dela – raz zaczął wrzeszczeć coś o myszburgerach, które upieką, kiedy stary szczęściarz Pierre zatańczy two-stepa w piekle – ale mały Francuz nie zareagował i Wharton, doszedłszy widać do wniosku, że nie wymyśli nic lepszego, dał za wygraną.

Brat Schuster przyjechał kwadrans po dziesiątej i ku naszej radości oświadczył, że odmówi z Delem Ojcze Nasz w luizjańskiej odmianie francuskiego. Uznaliśmy to za dobry omen. I oczywiście nie mieliśmy racji.

Świadkowie zaczęli przybywać koło jedenastej. Rozmawiali na ogół przyciszonym tonem o zbliżającej się burzy i spekulowali na temat ewentualnego wyłączenia mocy, które mogło opóźnić egzekucję. Żaden nie wiedział, że Stara Iskrówa ma własny generator i jeśli nie trafi go piorun, przedstawienie na pewno się odbędzie. Harry miał dyżur w nastawni, w związku z czym razem z Billem Dodge’em i Percym Wetmore’em pełnili funkcje bileterów, wskazując ludziom krzesła i pytając, czy nie mają ochoty na szklankę zimnej wody. Obecne były dwie kobiety: siostra dziewczyny, którą Del zgwałcił i zamordował, oraz matka jednej z ofiar pożaru. Ta ostatnia była postawna, blada i zdeterminowana. Ma nadzieję, oznajmiła Harry’emu Terwilligerowi, że człowiek, którego przyjechała obejrzeć, śmiertelnie się boi i dobrze wie, że w piekle płonie już dla niego stos i czekają zastępy szatana. Następnie wybuchła płaczem i schowała twarz w chusteczkę, niewiele mniejszą od poszwy na poduszkę.

Gdzieś blisko uderzył piorun, prawie nie stłumiony przez blaszany dach. Mężczyźni ocierali spocone policzki i wyglądali niezbyt świeżo pod krawatem o tak późnej porze. W szopie było gorąco jak w piecu. I wszyscy oczywiście gapili się na Starą Iskrówę. Być może przed kilkoma dniami robili sobie żarty na temat tego wieczoru, teraz jednak, o godzinie wpół do dwunastej, przeszła im na nie ochota. Na początku tych zapisków wspomniałem, że poczucie humoru bardzo szybko opuszczało ludzi, którzy mieli zasiąść na naszym dębowym meblu, ale nie tylko skazańcom rzedła mina, gdy nadchodziła pora egzekucji. Krzesło wydawało się po prostu takie bezwstydnie nagie: stało na podwyższeniu, z wystającymi po obu stronach klamrami na nogi, niczym jakiś specjalny sprzęt, który musi nosić osoba chora na polio. Ludzie prawie nie rozmawiali i kiedy kolejny piorun trzasnął ostro i boleśnie niczym rozszczepione drzewo, siostra dziewczyny, którą zabił Delacroix, cicho krzyknęła. Jako ostatni zajął miejsce w sektorze dla świadków Curtis Anderson zastępujący dyrektora Mooresa.

O wpół do dwunastej udałem się wraz z Brutalem i Deanem do celi Delacroix. Del siedział na pryczy, trzymając na kolanach Pana Dzwoneczka. Łebek myszy zwrócony był ku skazańcowi, małe paciorkowate oczy utkwione w jego twarzy. Del gładził go po czubku głowy, między uszami. Po policzkach płynęły mu wielkie łzy i to właśnie one tak bardzo zainteresowały mysz. Del podniósł wzrok na odgłos naszych kroków. Był bardzo blady. Za plecami czułem raczej, niż widziałem stojącego w drzwiach celi i obserwującego nas Johna Coffeya.

Del skrzywił się, słysząc metaliczny brzęk kluczy, ale zachował zimną krew i gładził Pana Dzwoneczka po głowie, kiedy przekręciłem klucz w zamku i otworzyłem drzwi.

– Cześć, szefie Edgecombe – powiedział. – Cześć, chłopcy. Powiedz cześć, Panie Dzwoneczku.

Pan Dzwoneczek jednak wciąż wpatrywał się w twarz małego łysego Francuza, jakby nie mógł zrozumieć, skąd biorą się jego łzy. Kolorowa szpulka odłożona była schludnie do pudełka marki Corona – odłożona po raz ostatni, pomyślałem ze smutkiem.

– Eduardzie Delacroix, jako przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości…

– Szefie Edgecombe?

Przez chwilę wahałem się, czy mam skończyć przygotowaną mowę.

– O co chodzi, Del? – zapytałem w końcu.

– Proszę – powiedział, podając mi mysz. – Niech pan nie pozwoli, żeby Panu Dzwoneczkowi stało się coś złego.

– Nie sądzę, żeby pozwolił się wziąć. Nie jest…

– Mais oui, powiedział, że pójdzie do pana. Powiedział, że dobrze pana zna, szefie Edgecombe, i że zabierze go pan do tego miejsca na Florydzie, gdzie myszy pokazują swoje sztuczki. Powiedział, że panu ufa. – Delacroix wysunął rękę dalej i niech mnie kule biją, jeśli mysz nie zeszła z jego dłoni na moje ramię. Była tak lekka, że nie poczułem nawet na kurtce jej ciężaru, wyłącznie małą kulkę ciepła. – I jeszcze jedno, szefie. Niech pan nie da się do niego zbliżać temu draniowi. Niech pan nie pozwoli, żeby skrzywdził moją mysz.

– Nie, Del, nie pozwolę.

Pytanie brzmiało, co mam z nią zrobić teraz? Nie mogłem pokazać się zgromadzonym świadkom z myszą siedzącą na ramieniu.

– Ja go wezmę, szefie – zahuczał głos za moimi plecami. To był głos Johna Coffeya i niesamowite było, że powiedział to właśnie w tym momencie, tak jakby czytał w moich myślach. – Tylko na chwilę. Oczywiście jeśli Del nie ma nic przeciwko.

Del, uspokojony, pokiwał głową.

– Tak, ty go potrzymaj, John, aż skończy się ta cała głupota. A potem… – Wzrok Dela pobiegł z powrotem ku mnie i Brutalowi. – Potem zabierzecie go na Florydę. Do tego Mouseville.

– Tak, Paul i ja razem go odwieziemy – potwierdził Brutal, obserwując niespokojnym okiem Pana Dzwoneczka, który przeszedł z mojego ramienia na wielką wyciągniętą dłoń Coffeya. Zrobił to bez żadnego protestu, w ogóle nie starając się uciec; faktycznie zeskoczył na rękę Johna Coffeya tak samo ochoczo jak przedtem na moje ramię. – Weźmiemy sobie krótki urlop. Prawda, Paul?

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)