Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zielona Mila
Zielona Mila - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zielona Mila

Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:

Rok 1932. W USA trwa Wielki Kryzys; panuje głód i bezrobocie. Paul Edgecombe pracuje jako strażnik w więzieniu Cold Mountain, do którego trafiają ci, na których państwo postawiło już krzyżyk. To dla nich przeznaczone jest specjalne pomieszczenie przylegające do bloku E, gdzie na drewnianym podium stoi krzesło elektryczne zwane Starą Iskrówą. Ostatnia droga każdego z więźniów będzie prowadzić po zielonym linoleum.
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 96
Перейти на страницу:

Zauważyłem, że dopiero przyszedł do pracy: nie zdążył się przebrać w białe pielęgniarskie ciuchy. Ubrany był w dżinsy i tandetną koszulę w stylu Dzikiego Zachodu, a w ręku trzymał resztki drożdżówki, którą zwędził w kuchni. Zajadał ją, stojąc pod okapem, który chronił go przed deszczem. I spod którego, jestem o tym przekonany, mógł mnie obserwować. Jestem także przekonany o czymś więcej: muszę uważać na pana Brada Dolana. Nie bardzo mnie lubi. Nie wiem dlaczego, ale przecież nie miałem także pojęcia, dlaczego Percy Wetmore nie lubił Delacroix. “Nie lubił” jest w tym wypadku bardzo łagodnym określeniem. Percy znienawidził Dela od pierwszego momentu, kiedy mały Francuz postawił stopę na Zielonej Mili.

– Skąd wziąłeś to poncho, Paulie? – zapytał Brad, stukając mnie palcem w pierś. – Nie należy do ciebie.

– Wziąłem je z sieni przy kuchni – odparłem. Nie znoszę, gdy nazywa mnie Paulie, i on dobrze o tym wie, nie miałem jednak zamiaru dawać mu satysfakcji, pokazując to po sobie. – Wisi ich tam chyba kilkanaście. Nie zrobiłem nic złego. Po to w końcu są, żeby nosić je podczas deszczu.

– Ale nie są przeznaczone dla ciebie, Paulie – oznajmił, stukając mnie po raz kolejny. – I o to chodzi. Te peleryny są dla pracowników, a nie dla pensjonariuszy.

– Wciąż nie rozumiem, komu to szkodzi.

Jego wąskie wargi rozchyliły się w uśmiechu.

– Nie chodzi o to, czy komuś to szkodzi, ważne są przepisy. Czym byłoby życie bez przepisów? Paulie, Paulie, Paulie. – Potrząsnął głową, jakby od samego mojego widoku robiło mu się niedobrze. – Myślisz pewnie, że taki stary pryk jak ty nie musi się przejmować przepisami, ale to nieprawda, Paulie – stwierdził, wciąż się do mnie uśmiechając. Nie lubił mnie. Być może nawet nienawidził. Dlaczego? Nie wiem. Czasami nikt nie wie dlaczego. I to jest najstraszniejsze.

– Jeśli naruszyłem przepisy, bardzo mi przykro – powiedziałem. Zabrzmiało to trochę płaczliwie i byłem z tego powodu wściekły, ale starych ludzi łatwo doprowadzić do płaczu. I łatwo ich przestraszyć.

Brad kiwnął głową.

– Przeprosiny przyjęte. A teraz idź powieś to na miejsce. Swoją drogą, nie powinieneś w ogóle wychodzić podczas deszczu. Zwłaszcza do lasu. Co będzie, jeśli się poślizgniesz, wywrócisz i złamiesz sobie pieprzone biodro? No? Kto, twoim zdaniem, będzie musiał dźwigać pod górę twoje zwłoki?

– Nie wiem – odparłem. Chciałem się po prostu od niego odczepić. Im dłużej go słuchałem, tym bardziej wydawał mi się podobny do Percy’ego. William Wharton, szaleniec, który przybył na Zieloną Milę jesienią tysiąc dziewięćset trzydziestego drugiego roku, złapał raz Percy’ego i tak go nastraszył, że Percy zsikał się w spodnie. Jeśli któryś z was piśnie o tym choćby słówko, za tydzień będzie stał w kolejce do garkuchni, ostrzegł nas potem. Teraz, po wszystkich tych latach, słyszałem niemal, jak Brad mówi te same słowa, dokładnie tym samym tonem głosu. Tak jakbym, pisząc o tych starych dziejach, otworzył jakieś niewidoczne drzwi, które łączą przeszłość z teraźniejszością – Percy’ego Wetmore’a z Bradem Dolanem, Janice Edgecombe z Elaine Connelly, więzienie Cold Mountain z domem starców Georgia Pines. Wiedziałem, że rozmyślając o tym, spędzę kolejną bezsenną noc.

Dałem krok w przód, w stronę kuchennych drzwi, i Brad ponownie chwycił mnie za nadgarstek. Nie jestem pewien co do pierwszego razu, ale teraz zrobił to specjalnie, ściskając tak, żeby zabolało. Rozejrzał się dookoła sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu w ten wczesny deszczowy poranek, czy nikt nie widzi, że maltretuje jednego ze starców, którymi miał się opiekować.

– Co robisz w tym lesie? – zapytał. – Wiem, że nie chodzisz tam po to, by trzepać kapucyna, te dni masz już dawno za sobą, więc co tam robisz?

– Nic – odparłem, powtarzając sobie, żeby zachować spokój, nie pokazać mu, jak bardzo mnie boli, zachować spokój i pamiętać, że pyta tylko o las, że nic nie wie o szałasie. – Po prostu spaceruję. Aby rozjaśnić umysł.

– Na to jest już za późno, Paulie. Nigdy nie będziesz miał jasnego umysłu. – Brad ponownie ścisnął mój cienki stary nadgarstek, miażdżąc kruche kości, i rozglądał się na boki, by upewnić się, że jest bezpieczny. Nie bał się łamać przepisów; bał się wyłącznie tego, że ktoś go na tym złapie. W tym także przypominał Percy’ego Wetmore’a, który nigdy nie pozwalał nikomu zapomnieć, iż jest siostrzeńcem gubernatora. – Biorąc pod uwagę twój wiek, to cud, że w ogóle pamiętasz, jak się nazywasz. Jesteś, kurwa, o wiele za stary. Nawet na takie jak to muzeum. Ciarki chodzą mi po grzbiecie, kiedy na ciebie patrzę, Paulie.

– Puść mnie – powiedziałem, starając się, żeby w moim głosie nie zabrzmiał ów płaczliwy ton. Nie chodziło mi tylko o dumę. Obawiałem się, że jeśli go usłyszy, może go to sprowokować, tak jak zapach potu może czasami sprowokować złego psa do ataku, chociaż w innym wypadku tylko by warczał. To przypomniało mi reportera, który pisał o procesie Johna Coffeya. Nazywał się Hammersmith i był strasznym człowiekiem. Najstraszniejsze było w nim to, że w ogóle o tym nie wiedział.

Zamiast puścić moją rękę, Dolan ponownie mnie ścisnął. Jęknąłem cicho. Nie mogłem się powstrzymać. Zabolało mnie aż w kostkach nóg.

– Co tam robisz, Paulie? Powiedz mi.

– Nic – odparłem. Powstrzymywałem łzy, ale bałem się, że wybuchnę płaczem, jeśli będzie się nade mną tak dalej pastwił. – Nic. Po prostu spaceruję. Lubię spacerować, puść mnie!

Puścił, lecz tylko po to, żeby złapać mnie za drugą dłoń, którą trzymałem zaciśniętą.

– Otwórz – powiedział. – Pokaż tatusiowi, co tam masz.

Zrobiłem to, a on skrzywił się z niesmakiem, widząc resztki mojej drugiej grzanki. Zacisnąłem ją w prawej dłoni, kiedy zaczął mi miażdżyć lewą, i palce miałem teraz uwalane masłem, a raczej margaryną; nie dawali nam tutaj oczywiście prawdziwego masła.

– Idź do domu i umyj ręce – warknął, po czym cofnął się i zjadł kawałek drożdżówki. – Jezu Chryste.

Wszedłem po stopniach. Trzęsły mi się nogi, a serce waliło niczym silnik z nieszczelnymi zaworami i luźnymi starymi tłokami. Łapiąc za klamkę drzwi, które miały mnie zaprowadzić do kuchni – i w bezpieczne miejsce – usłyszałem za sobą głos Dolana.

– Jeśli poskarżysz się komuś, że za mocno cię ścisnąłem, Paulie, powiem, że masz przywidzenia. Początki starczej demencji. Wiesz dobrze, że mi uwierzą. A jeśli pokażesz im siniaki, pomyślą, że sam je sobie zrobiłeś.

Tak. To, co mówił, było prawdą. I coś takiego mógł śmiało powiedzieć Percy Wetmore, Percy, który jakimś cudem pozostał młody i podły, podczas gdy ja się zestarzałem.

– Nie zamierzam nikomu się skarżyć – mruknąłem. – Nie mam na co.

– To świetnie, stary pierniku – rzucił lekkim kpiącym tonem, tonem złamasa (by użyć słowa Percy’ego), któremu się wydaje, iż będzie wiecznie młody. – I pamiętaj, że mam zamiar odkryć, co tam knujesz. Mam zamiar się tym zająć. Słyszysz?

Dobrze słyszałem, ale się nie odezwałem, nie chcąc go dodatkowo satysfakcjonować. Wszedłem do środka, minąłem kuchnię (w nozdrza wpadł mi zapach smażącej się jajecznicy i parówek, lecz nie miałem już na nie apetytu) i powiesiłem z powrotem poncho na wieszaku. A potem ruszyłem na górę, do mojego pokoju – odpoczywając po każdym stopniu, dając memu sercu czas, żeby trochę zwolniło – i zabrałem stamtąd swoje papiery. Zszedłem z nimi na werandę. Kiedy siadałem przy małym stoliku obok okna, do środka zajrzała moja przyjaciółka Elaine. Sprawiała wrażenie zmęczonej i niezbyt zdrowej. Uczesała włosy, ale wciąż była w szlafroku. My, stare pierniki, nie dbamy tak bardzo o elegancję; na ogół nas na to po prostu nie stać.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)