Czarna loteria
- Автор: Герритсен Тесс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Czarna loteria». Краткое содержание книги:
Podziwiał ją i mocno jej pragnął. Ale czy ją kocha?
Miał nadzieję, że nie. Wiedział bowiem, że miłość jest niczym więcej jak preludium do cierpienia.
– Można? – zapytał niepewnie doktor Avery.
W ręku trzymał kilka sztucznie barwionych zielonych goździków, które tak taktował, jakby nie miał pojęcia, co się robi z kwiatami. Zwłaszcza zielonymi. Nawet nie wyjął ich z folii z nazwą supermarketu, nie mówiąc już o usunięciu naklejki z ceną.
– To dla pani – wyjaśnił na wypadek, gdyby sama się nie domyśliła. – Mam nadzieję, że nie ma pani alergii…
– Nie. Bardzo panu dziękuję, doktorze.
– O, widzę, że już pani dostała kwiaty. – Sposępniał, spoglądając na efektowne purpurowe róże, przy których jego goździki prezentowały się nad wyraz skromnie.
– Jeśli mam być szczera, wolę te od pana. Gdyby był pan tak dobry i włożył je do wody…
Podczas gdy napełniał wazon, myślała o tym, że przecież nie skłamała. Rzeczywiście wolała tanie goździki z supermarketu, bo przynajmniej ofiarodawca przyniósł je osobiście. Czego nie da się powiedzieć o różach. Doręczono je, gdy spała. Na dołączonej do bukietu karteczce nie było nic prócz imienia Davida. On sam ani do niej nie zadzwonił, ani się nie pokazał. Domyśliła się, że postanowił wykorzystać moment, by rozstać się bez wyjaśnień czy nie daj Boże scen. Ranek minął jej więc na dywagacjach, czy wywalić róże do kosza, czy przytulić je do piersi – i przy okazji poranić się kolcami.
Doktor Avery postawił kwiaty tam, gdzie mu poleciła, czyli na szafce obok łóżka. Potem przysunął sobie krzesło i dość długo kontemplował w milczeniu ich nieco zmęczoną urodę. Wreszcie odchrząknął.
– Pani doktor – zaczął tak cicho, że ledwie go słyszała. – Moja wizyta nie ma charakteru wyłącznie towarzyskiego.
– Nie?
– Oczywiście jestem bardzo ciekaw, jak pani się czuje, jednak przyszedłem, żeby porozmawiać o pani pracy w naszym szpitalu.
– O czym tu rozmawiać? Decyzja już zapadła.
– Owszem, ale wiemy, że pojawiły się nowe fakty. – Bezradnie wzruszył ramionami. – Proszę wybaczyć, że nie broniłem pani od początku. Bardzo tego żałuję, ale cóż. W każdym razie jestem tu, żeby zaproponować pani powrót na dawne stanowisko. W pani dokumentach nie będzie żadnej wzmianki o zarzutach, które pani postawiono. Jedynie adnotacja, że do sądu wpłynął pozew, który strona skarżąca szybko wycofała.
– Moje dawne stanowisko – szepnęła. – Powiem panu szczerze, że sama nie wiem, czy chcę na nie wrócić.
– Chce pani przenieść się do innego szpitala?
– Do innego miasta. Miałam sporo czasu, żeby wszystko przemyśleć. Postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem gdzie indziej nie będzie mi lepiej niż tu. Więc poszukam czegoś z dała od… oceanu. – I Davida.
– Szkoda.
– Proszę się nie martwić. Jestem pewna, że bez trudu znajdziecie kogoś na moje miejsce.
– Nie o to chodzi – odparł. – Jestem zaskoczony pani decyzją, gdyż biorąc pod uwagę ogrom pracy wykonanej przez pana Ransoma, sądziłem, że…
– Przepraszam, ale nie rozumiem. Co pan Ransom może mieć wspólnego z moją pracą?
– Och, bardzo energicznie działał w pani sprawie. Kontaktował się ze wszystkimi członkami zarządu.
Pożegnalny gest. Powinna być mu za to wdzięczna.
– Nie ukrywam, że bardzo nas zaskoczył. Bo sama pani przyzna, że to dość nietypowe, by adwokat strony pozywającej prosił, a wręcz się domagał przywrócenia do pracy pozwanego lekarza! Kiedy dziś rano przedstawił nam policyjny raport ze śledztwa i zeznania doktora Santiniego, w ciągu pięciu minut podjęliśmy decyzję na pani korzyść. Pan Ransom dał nam do zrozumienia, że jest pani zainteresowana powrotem do pracy.
– Rzeczywiście byłam – przyznała, spoglądając na róże. Zastanowiło ją, dlaczego nie czuje ani odrobiny satysfakcji. – Cóż, sytuacja się zmieniła. Jak to w życiu, prawda?
– No tak – westchnął. – W każdym razie, jeśli zechce pani wrócić, przyjmiemy panią z otwartymi ramionami. Będzie nam pani bardzo potrzebna, pani doktor. Być może jeszcze pani nie wie, ale zdecydowałem się odejść na emeryturę.
– Naprawdę?
– I tak zbyt długo z tym zwlekałem. Zawsze obiecywaliśmy sobie z żoną, że jak przestanę pracować, będziemy podróżowali. Razem już tego nie zrobimy, ale żona na pewno by chciała, żebym miał coś z życia.
– Na pewno, doktorze.
– Pójdę już, pewnie jest pani zmęczona. – Spojrzał na więdnące goździki. – Rzeczywiście są ładne. Nawet ładniejsze niż róże. O wiele ładniejsze – mruczał pod nosem, opuszczając pokój.
Popatrzyła na kwiaty. Purpurowe róże. Zielone goździki. Co za absurdalne połączenie. Zupełnie jak ona i David.
Było późne deszczowe popołudnie, gdy David zjawił się z wizytą. Kate siedziała właśnie na przeszklonej werandzie i przez mokre szyby wyglądała na zielony dziedziniec. Pielęgniarka umyła i uczesała jej włosy, które teraz schły, zwijając się w loki jak u małej dziewczynki.
Nie usłyszała, jak wszedł. Odwróciła się dopiero, gdy ją cicho zawołał. Miała nadzieję, że ją obejmie, przytuli. On jednak ograniczył się do pocałunku w czoło.
– Już nie leżysz. Lepiej się czujesz, tak?
– Nigdy nie mogłam za długo wytrzymać w łóżku.
– Proszę, to dla ciebie – przypomniał sobie i podał jej elegancko zapakowane pudełeczko czekoladek.
– Dziękuję. I za róże też. Są naprawdę piękne. – Odwróciła się do smaganego deszczem okna.
Umilkli, jakby nagle zabrakło im tematu do rozmowy.
– Rozmawiałem z Averym. Mówił, że chcą cię z powrotem przyjąć do pracy.
– Tak. Był tu u mnie. Zdaje się, że za to też należą ci się podziękowania.
– O czym mówisz?
– O pracy. Powiedział mi, że kontaktowałeś się w mojej sprawie z członkami zarządu.
– Bez przesady. Po prostu wykonałem kilka telefonów. – Odetchnął głęboko. – Tak więc niebawem wracasz na blok operacyjny. Pewnie dadzą ci podwyżkę
– ciągnął ze sztucznym ożywieniem. – Cieszysz się?
– Wiesz, że nie. Zastanawiam się, czy w ogóle chcę tam wracać.
– Co? Ale dlaczego?
– Rozważam inne możliwości. Chętnie przeniosę się gdzie indziej.
– Do innego szpitala?
– Tak, ale nie na Hawajach. – Nie zareagował, więc dodała: – Tutaj nic mnie nie trzyma.
Znów zapadła długa cisza.
– Naprawdę?
Nie odpowiedziała. Obserwował ją i doskonale wiedział, że będzie tak siedziała do końca świata i nic więcej mu nie powie. Była pod tym względem taka sama jak on. Dobraliśmy się w korcu maku, pomyślał z goryczą. Niby dwoje inteligentnych dorosłych ludzi, a nie są w stanie się porozumieć.
– Pani doktor? – Na werandę zajrzała pielęgniarka.
– Czy chce pani wracać już do pokoju?
– Tak. Chyba się zdrzemnę.
– Wygląda pani na zmęczoną – przyznała. – Pora kończyć wizytę, proszę pana.
– Nie! – oznajmił, wstając.
– Słucham?
– Powiedziałem, że jeszcze nie wychodzę. – Spojrzał Kate prosto w oczy. – Najpierw zrobię tu z siebie głupca. Czy może pani zostawić nas samych?
– Ale proszę pana…
– Bardzo panią proszę!
Zawahała się, ale musiała dostrzec determinację w jego oczach, bo w końcu wyszła.
Kate przyglądała mu się niepewnie. Może nawet z łękiem. On zaś delikatnie dotknął jej twarzy.
– Powtórz, co powiedziałaś – poprosił. – Wiesz, że nic cię tutaj nie trzyma.
– Przecież to prawda.