Czarna loteria
- Автор: Герритсен Тесс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Czarna loteria». Краткое содержание книги:
– Postanowiłeś wziąć sobie synka Jenny Brook.
Nerwowo potarł ręką twarz.
– Uznałem, że to był znak od Boga. Rozumiesz? Bóg tak zdecydował. Tak to wtedy pojmowałem. Kobieta umarła w czasie porodu, a jej maleńki synek płakał żałośnie w sali obok. Wszyscy mówili, że ojciec jest nieznany. Kobieta przyszła do szpitala sama. Nie było żadnych dziadków, kuzynów, którzy mogliby się nim zaopiekować. Susan odzyskiwała przytomność. Zrozum! Gdybym jej powiedział, że nasze dziecko urodziło się martwe, chybaby tego nie przeżyła. Bóg zesłał nam tego chłopca! Widocznie taki był jego plan. To było wspólne odczucie nas wszystkich. Moje, Ann, Ellen. Tylko Tanaka…
– Nie chciał się zgodzić.
– Początkowo. Zacząłem go przekonywać. Krzyczeć na niego, wreszcie błagać. Poddał się dopiero, kiedy Susan poprosiła, żebyśmy jej przynieśli dziecko. Ellen poszła po tego chłopczyka. Położyła go na jej brzuchu. Susan popatrzyła na niego i zaczęła płakać. – Otarł oczy rękawem. – Wszyscy zrozumieliśmy, że podjęliśmy dobrą decyzję.
Tak, ona też dostrzegła niezwykłość tamtej chwili. Los podsunął rozwiązanie na miarę Salomona. Osierocony chłopczyk znalazł rodziców. Tyle że konsekwencją tej samej decyzji była śmierć czterech osób. Wkrótce do czarnej listy miała dołączyć piąta.
Nie zamierzała stać się owieczką potulnie idącą na rzeź. Coraz bardziej niecierpliwie wyczekiwała odpowiedniej chwili. Miała nadzieję, że gdy wjadą do tunelu, Guy będzie musiał zwolnić. On jednak wybrał inną drogę. Zjechał z autostrady i po chwili skręcił w gęsty las. Na poboczu mignęła tablica: Punkt widokowy Pali. Mój ostatni przystanek, przebiegło jej przez myśl. Miejsce to, położone malowniczo na szczycie stromego urwiska, od dawna przyciągało kochanków planujących samobójczy skok. Przed wiekami plemienni wojownicy strącali tu w przepaść pokonanych wrogów. Trudno o lepszą scenerię dla kolejnego morderstwa.
Wiedząc, że nie zostało jej wiele czasu, podjęła ostatnią desperacką próbę. Szarpnęła za klamkę, ale Guy znów ją złapał. Rzuciła się więc na niego z pięściami. Zaczęli się szarpać. Próbował ją powstrzymać, ale stracił panowanie nad kierownicą. Samochód wypadł z drogi i wjechał między drzewa. Kate czuła, że za chwilę się rozbiją, ale było jej wszystko jedno. Myślała tylko o tym, żeby się ratować.
Znowu przegrała. Nie miała szans w konfrontacji z potężnym mężczyzną. Guy zdołał ją obezwładnić i jednocześnie opanować samochód. Mocno odbił kierownicą w lewo i trąc zderzakiem o pień najbliższego drzewa, wyjechał z powrotem na drogę.
Przestała walczyć. Przyciśnięta do siedzenia, bezradnie patrzyła, jak dojeżdżają do punktu widokowego. Guy zatrzymał samochód i wyłączył silnik. Długo nic nie mówił. Siedział nieruchomo, jakby zbierał siły, by dokończyć swe makabryczne dzieło.
– Niewiele brakowało, a byłabyś nas zabiła – powiedział cicho. – Dlaczego to zrobiłaś?
Opuściła głowę. Ogarnęło ją obezwładniające zmęczenie. I przeczucie, że stanęła twarzą w twarz ze swym przeznaczeniem.
– Po co mnie pytasz, skoro wiesz? Nie chciałam czekać, aż mnie zabijesz. Tak jak tamtych…
– Co ty wygadujesz?
Spojrzała mu w oczy, łudząc się, że zdoła obudzić w nim ostatni ludzki odruch.
– Powiedz, nie było ci ciężko? – zapytała łagodnie.
– Gdy poderżnąłeś Ann gardło, a potem patrzyłeś, jak się wykrwawia…
– Ty naprawdę myślisz, że ja… że mógłbym… O Boże! – Ukrył twarz w dłoniach. I nagle zaczął się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Aż wreszcie zaczął się trząść i wydawać z siebie histeryczne odgłosy, które bardziej przypominały szloch niż śmiech.
Był w takim stanie, że nawet nie zauważył świateł innego samochodu przecinających mgłę jak bliźniacze latarnie morskie. Za to Kate od razu je dostrzegła. Odwróciła się i ujrzała auto jadące pod górę. Właśnie na taką chwilę czekała. Powinna natychmiast rzucić się do ucieczki, lecz nawet nie drgnęła. Dotarło do niej, że Guy nigdy nie chciał jej zabić. Nie był zdolny do morderstwa.
Tymczasem on bez słowa otworzył drzwi i wysiadł. Poszła za nim przez wilgotną mgłę. Nic nie mówiła. Tylko delikatnie dotknęła jego ramienia.
– Więc to nie ty? – szepnęła po chwili.
– Dla Williama oddałbym diabłu duszę. Ale zabić?
– Potrząsnął głową. – Boże! Nie byłbym w stanie. Owszem, zastanawiałem się, czy nie zlikwidować Deckera. Kto by płakał po takim ludzkim… śmieciu? To byłoby najprostsze rozwiązanie. Kto wie, czy nie najlepsze. Ten cholerny świr nie odpuszczał. Nachodził ludzi, zadręczał pytaniami. Za wszelką cenę chciał odnaleźć dziecko.
– Jak się o nim dowiedział?
– W porodzie uczestniczył jeszcze jeden chirurg…
– Doktor Vaughn?
– Decker do niego dotarł. I pewnie usłyszał o parę słów za dużo…
– A potem Vaughn zginął w wypadku.
– Miałem nadzieję, że na tym się skończy. Ale Decker wyszedł ze szpitala. Wiedziałem, że prędzej czy później ktoś nie wytrzyma i wszystko się wyda. Tanaka nie chciał dłużej milczeć. Ann była przerażona. Dałem jej pieniądze, kazałem wyjechać na kontynent. Nie zdążyła. Decker ją dopadł i załatwił.
– Guy, przecież to nie ma sensu. Po co miałby zabijać ludzi, którzy byli dla niego bezcennym źródłem informacji?
– Przecież to psychopata!
– Nawet tacy kierują się jakąś logiką.
– To musiał być on. Nikt inny…
Gdzieś za nimi szczęknął metal. Znieruchomieli, w napięciu wsłuchując się w odgłos ciężkich kroków. Z mroku wyłoniła się ciemna postać. Zbliżała się bez pośpiechu, by wreszcie stanąć kilka kroków od nich. Nawet o wieczornym zmierzchu rude włosy Susan Santini przypominały języki ognia. Jednak to nie one przykuły wzrok Kate, lecz matowoszary pistolet.
– Odsuń się od niej, Guy. – Głos Susan zabrzmiał zaskakująco łagodnie.
Mąż jej nie posłuchał. Był jednak zbyt zszokowany, by wykonać najmniejszy ruch.
– To ty… – Kate miała wrażenie, że ogląda scenę wyjętą z horroru. – Nie Decker, ale ty!
– Nie zrozumiesz tego. – Mżawka zacierała kontury. Susan ze swą bladą twarzą wyglądała jak zjawa.
– Nie masz dzieci, dlatego nie masz pojęcia, co to znaczy drżeć o nie, lękać się, że ktoś je skrzywdzi. Albo ci je zabierze. Matki myślą o tym bezustannie. Zamartwiają się.
– O mój Boże, Susan! – Guy wydal z siebie głuchy jęk. – Masz pojęcie, co zrobiłaś?
– Przecież ty nie byłbyś do tego zdolny, więc nie miałam wyboru. Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy? Dlaczego musiałam się dowiedzieć o wszystkim od Tanaki?
– Susan, zabiłaś cztery osoby!
– Nie cztery, tylko trzy! Nie zabiłam Ellen. Ona to zrobiła! – Ruchem głowy wskazała Kate.
– Ty chyba żartujesz? – rzekła Kate.
– Wręcz przeciwnie. W fiolce zamiast scoliny był chlorek potasu. Wstrzyknęłaś Ellen śmiertelną dawkę.
– Przeniosła wzrok na męża. – Nie chciałam, żebyś miał kłopoty, skarbie, dlatego podmieniłam EKG. I sfałszowałam jej podpis. Guy, proszę, odsuń się! Ja naprawdę muszę to zrobić. Dla dobra Williama.
– Nie, Susan!
– Chcesz, żeby go nam zabrali? – zapytała z niedowierzaniem. – Chcesz im oddać moje dziecko?
– Nie pozwolę go zabrać! Przysięgam!
– Już za późno, Guy. Ona wie, więc musi zginąć.
– Ja też wiem! Mnie też zabijesz?! – zawołał histerycznie.
– Ty mnie nie zdradzisz. Jesteś moim mężem.