Czarna loteria
- Автор: Герритсен Тесс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Czarna loteria». Краткое содержание книги:
– Daruję sobie. Wystarczy, że pan ją widział. A jak na wiadomość ojej śmierci zareagował doktor Santini?
– Dziwnie – odparł Brophy. – Jak mu o tym powiedziałem, miał taką minę, jakby… się tego spodziewał.
– Możliwe – westchnął Pokie. – Niewykluczone, że wiedział o wszystkim, ale wypierał to ze świadomości.
– Dokąd jedziemy, poruczniku? – zapytał Brophy, otwierając drzwi radiowozu.
– Do szpitala. Ale szybko. – Pokie wskazał głową Davida. – Kolega bardzo się spieszy.
Minęły cztery godziny, zanim pozwolono mu ją zobaczyć. Cztery wyczerpujące, nieskończenie długie godziny nerwowego spacerowania po korytarzu i spoglądania na zegarek. Po upływie trzech godzin miał kryzys. Ile może trwać wyjmowanie kuli?
Wreszcie o północy do poczekalni zajrzała pielęgniarka.
– Pan Ransom?
– Tak!
– Doktor Chesne jest już po operacji.
– Ale czy… Co z nią?
– Wszystko dobrze, proszę pana.
Odetchnął. Poczuł się tak lekki, że mógłby się unosić nad ziemią.
– Jeśli chce pan jechać do domu, obiecuję, że zadzwonimy, jak tylko…
– Muszę ją zobaczyć.
– Jest jeszcze nieprzytomna.
– Muszę ją zobaczyć!
– Przykro mi, ale wpuszczamy tylko najbliższą rodzinę. – Ucichła, spostrzegłszy groźny błysk w jego oczach. – Pięć minut, panie Ransom. Rozumiemy się?
Rozumiał aż za dobrze. I miał to gdzieś. Minął ją bez słowa i wszedł na oddział pooperacyjny.
Znalazł ją na ostatnim łóżku, zalaną ostrym białym światłem i skrępowaną dziesiątkami plastikowych rurek. Przystanął w nogach łóżka. Bał się podejść bliżej, a tym bardziej jej dotknąć, wydała mu się bowiem delikatna i krucha jak porcelanowa lalka. Przebiegło mu przez myśl, że wygląda jak księżniczka w kryształowej trumnie, leżąca w szmaragdowym lesie: nietykalna, nieosiągalna. Tuż przy jej głowie cicho pikał kardiomonitor, rejestrując miarową pracę serca, mocną, niczym niezakłóconą. Dla niego była to najcudowniejsza muzyka. Muzyka jej serca.
Stał nieruchomo jak posąg, a wokół gorączkowo krzątały się pielęgniarki i lekarze. Czuł się niepotrzebny. Jak głaz, który tylko wszystkim przeszkadza. Rozsądek podpowiadał, że powinien wyjść, mimo to stał, jakby wrósł w ziemię. Wreszcie jedna z pielęgniarek straciła cierpliwość.
– Przepraszam, ale pan nam przeszkadza. Proszę wyjść z sali – poleciła surowo.
Nie wyszedł. Wiedział, że będzie tak stał, dopóki się nie upewni, że Kate już nic nie zagraża.
– Wybudza się.
Przez zamknięte powieki przeciskało się światło tysiąca słońc. Zewsząd otaczały ją niewyraźne głosy; niektóre wydały jej się dziwnie znajome.
Otworzyła oczy i natychmiast je zmrużyła, gdy poraziła ją straszliwa jasność. Dopiero po chwili zorientowała się, że widzi uśmiechniętą twarz kobiety, którą chyba kiedyś znała. Dopiero gdy spojrzała na identyfikator, zrozumiała, gdzie się znajduje.
– Czy pani mnie słyszy? – zapytała Julie Sanders, pielęgniarka.
Apatycznie kiwnęła głową.
– Jest pani w sali pooperacyjnej. Czy coś panią boli?
Nie wiedziała. Jej zmysły dopiero budziły się z uśpienia. Powoli zaczynały docierać do niej różne bodźce. Słyszała ciche syczenie tlenu i pikanie kardiomonitora. Ale ból? Nie, bólu nie czuła. Jedynie przeraźliwą wewnętrzną pustkę. I wyczerpanie. Marzyła, żeby znowu zasnąć…
Wokół niej pojawiły nowe twarze. Rozpoznała jedną z pielęgniarek i jak zawsze nasrożonego doktora Tama. Nagle usłyszała swoje imię.
Odwróciła głowę w kierunku, z którego dobiegał. Na tle rozjarzonej lampy twarz Davida wyglądała jak czarna plama. Wyciągnęła rękę, by go dotknąć, lecz rurki od kroplówek ograniczały jej ruchy. Zbyt słaba, by się z nich wyplątać, opuściła rękę na łóżko.
Wtedy on podszedł bliżej i ujął jej dłoń. Zrobił to tak delikatnie, jakby lękał się, że ją uszkodzi.
– Wszystko będzie dobrze – szepnął, przyciskając ją do ust. – Dzięki Bogu, że żyjesz…
– Nic nie pamiętam.
– Miałaś operację. – Próbował się uśmiechnąć, lecz nie wypadło to przekonująco. – Trwała trzy godziny. Myślałem, że już nigdy się nie skończy.
Nagle wszystko sobie przypomniała. Wiatr. Grzbiet skały. I Susan znikającą jej z oczu. Jak zjawa.
– Ona nie żyje?
– Niestety. Zginęła na miejscu.
– A Guy?
– Przez jakiś czas nie będzie mógł chodzić. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało mu się dojść do telefonu i wezwać pomoc.
– Uratował mi życie – szepnęła przez łzy. – A sam wszystko stracił…
– Nie wszystko. Przecież ma syna.
Tak, William już zawsze będzie synem Guya, pomyślała. Co prawda nie z krwi i kości, lecz czegoś znacznie trwalszego: z miłości.
– Panie Ransom, naprawdę nie może pan tu dłużej zostać. Proszę już wyjść – ponaglił go lekarz.
Skinął głową, a potem pochylił się nad Kate i pocałował ją w taki sposób, jakby robił to z obowiązku. Gdyby choć powiedział jedno czułe słowo, być może muśnięcie jego suchych warg sprawiłoby jej przyjemność. On jednak bez słowa puścił jej rękę i cofnął się, by nie przeszkadzać personelowi.
Wiedziała, że musi powiedzieć mu coś ważnego, lecz po kolejnym zastrzyku przeciwbólowym ogarnęła ją taka senność, że nie była w stanie zebrać myśli. Walczyła ze sobą, ale w głowie miała taki zamęt, że nawet nie potrafiła odróżnić jego głosu. A potem pielęgniarka pchnęła łóżko, by zawieźć ją na oddział.
Przeraziła się, że jeśli ją zabiorą, straci jedyną okazję, by wyznać Davidowi miłość. Chciała prosić, by zostawili ich na chwilę samych, lecz nagle nie wiadomo skąd dała o sobie znać jej wrodzona duma. Więc nie powiedziała ani słowa, tylko przymknęła powieki i zapadła w sen.
David został przy niej do świtu. Siedział przy łóżku, trzymał ją za rękę, odgarniał włosy z twarzy. Domyślił się, że musiała dostać końską dawkę leków, bo przez cały ten czas nawet się nie poruszyła. Gdyby choć raz zawołała go przez sen lub wymówiła pierwszą sylabę jego imienia, byłby szczęśliwy. Przynajmniej wiedziałby, że jest jej potrzebny, i może w końcu zdobyłby się na to, by powiedzieć, że on też bardzo jej potrzebuje. Takich wyznań nie czyni się przecież na zawołanie. W każdym razie on tak nie potrafił. Przyszło mu nawet do głowy, że jest w o wiele trudniejszym położeniu niż biedak Charlie Decker, który prawie nie mówił, ale pisał wiersze i w ten sposób opowiadał światu o swych uczuciach.
Droga powrotna dłużyła mu się niemiłosiernie. Ledwie wszedł do domu, zadzwonił do szpitala.
– Stan stabilny – usłyszał.
Zawsze tak mówią, ale musi wierzyć im na słowo. Następny telefon wykonał do kwiaciarni. Zamówił bukiet róż i kazał go doręczyć do pokoju Kate. Ponieważ nie był w stanie wymyślić żadnej sensowej treści, na bilecie polecił napisać „David". Potem zaparzył kawę i zjadł grzankę. Wreszcie, brudny i nieogolony, wykończony psychicznie i fizycznie, padł na kanapę w salonie.
Zamiast spać, zaczął się zastanawiać, dlaczego nie jest zdolny do miłości. Zamyślony rozejrzał się wnętrzu, które własnoręcznie stworzył. Lśniące podłogi, proste zasłony, książki w przeszklonej bibliotece. Nagle uderzyła go sterylność tego miejsca. Nie wyglądało jak dom, lecz jak skorupa, w której można skryć się przed światem.
Po jaką cholerę ja o tym myślę, zirytował się. Co z tego, że nie potrafi mówić o uczuciach; Kate pewnie i tak nie zechce z nim być. W końcu podstawą ich przelotnego związku była wzajemna potrzeba. Ona czuła się zastraszona, on dal jej schronienie. Niebawem wyjdzie ze szpitala, wróci do swego dawnego życia, do pracy, która jest dla niej najważniejsza. I gdzie w tym wszystkim miałoby się znaleźć miejsce dla niego?