Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]
- Автор: Беляев Александр Романович
- Год: 1960
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Adam Galis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]». Краткое содержание книги:
W każdym razie, przyczyny, które spowodowały zmniejszenie szybkości światła, mogą się powtórzyć. I dlatego jeszcze raz wzywamy do zachowania spokoju i czujności.
Audycja radiowa skończyła się. Maramballe spojrzał na Layle’a.
Layle milczał.
— Po co to było potrzebne? — powiedział Maramballe. — Koniec końców nic konkretnego. Same hipotezy. Wiedzieliśmy i bez nich, że to, co się zdarzyło raz, może się zdarzyć drugi raz. Teraz nie czas na wygłaszanie odczytów! Ale nie skończyliśmy naszej rozmowy, Layle. To przeklęte radio…
— Sądzę, że zakończenie rozmowy nie będzie korzystne dla pana, Maramballe — rzekł Layle zaciskając ponownie pięści.
Maramballe nastroszył się jak kogut gotowy do wałki.
Lecz w tym momencie rozległo się pukanie. Layle ruszył w stronę drzwi, jak gdyby nie dostrzegając stojącego na drodze Maramballe’a, i Maramballe musiał odsunąć się na bok.
Do pokoju wszedł Metaxa. Uśmiechał się całą twarzą, jego białe zęby błyszczały, a oliwkowe oczy połyskiwały jak nigdy dotąd.
— Dzień dobry! Zastałem obu panów? To dobrze! Byłem u pana w nocy, panie Maramballe. Tak mi wypadło. Portier powiedział mi, że pan jest w domu, ale nie mogłem się dostukać i odszedłem. Pan ma mocny sen. Uczciwy człowiek zawsze mocno śpi.
„Więc to on był u mnie w nocy. Że też się nie domyśliłem — pomyślał Maramballe. — Ale Metaxa nie ma brody. Może był ucharakteryzowany?”
— Mam sprawę, ważną sprawę! — ciągnął dalej Metaxa.
— A jaki numer ma ta pańska sprawa? — spytał żartobliwie Layle. Był znów spokojny jak zawsze.
— Hoho, zgadł pan. Sprawa numer 174.
— Cooo? To niemożliwe. Sprawę numer sto siedemdziesiąt cztery mam ja, to znaczy ma ją Layle.
— To niemożliwe, sprawa numer sto siedemdziesiąt cztery znajduje się u mnie — odparł Metaxa.
— O tajnym porozumieniu między Niemcami a Związkiem Radzieckim?
— O układzie między tymi państwami — odpowiedział Metaxa.
— Przecież ja te akta własnoręcznie zabrałem z biurka Leera — nie mógł się pohamować Maramballe.
— To znaczy, że pan w pośpiechu wziął „widmo” tych akt. Ściślej mówiąc, pan wziął jakieś inne akta, które leżały pod teczką numer sto siedemdziesiąt cztery, a tę teczkę ja zabrałem o dwie, trzy minuty wcześniej przed panem. Słyszałem nawet, kiedy wychodziłem, jak pan wszedł do gabinetu, i domyśliłem się, że to jest pan. Pan ukarał sam siebie. Proponowałem panu interes, pan pamięta, w teatrze? Pan odmówił, pożałował pan tysiąca marek. Postanowiłem wówczas działać na własną rękę.
— Przypuszczam, że pan mnie teraz przeprosi? — spytał Layle.
— Tak, proszę mi wybaczyć! Ale kto mógł pomyśleć? Jaki ja byłem głupi! Powinienem był podsunąć teczkę pod same oczy. Ale gdzie ona się znajduje, niech mi ją pan pokaże.
Metaxa uśmiechnął się smutno a równocześnie chytrze.
— Pięć tysięcy marek! „Imera” to bardzo dobra gazeta, ale nie zapłaci mi nawet sześciuset marek. A ja muszę z czegoś żyć i muszę ukończyć studia.
— Pięć tysięcy! — oburzył się Maramballe. — To jest grabież! To nieuczciwe, Metaxa, pan ukradł mi teczkę spod ręki.
Metaxa uśmiechał się wciąż jeszcze smutno i chytrze.
— To jest bardzo niska cena. Za teczkę numer sto siedemdziesiąt cztery można dostać dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści tysięcy.
— Mogę panu dać dwa, no, trzy tysiące marek. A jeżeli pan się nie zgodzi, to ja… zrobię donos na pana!
— No i co z tego? — odpowiedział spokojnie Metaxa. — Pan złoży na mnie, a ja na pana. Posiedzimy obaj w więzieniu, a pan nie dostanie nawet za donos.
— Daję pięć tysięcy marek — wycedził niedbale Layle przez kłęby dymu.
— Nie, nie — krzyknął Maramballe — ja mam pierwszeństwo! Pan nic nie zrobił w tej sprawie, a ja tyle ryzykowałem. Daję pięć tysięcy, gdzie jest ta teczka? — zwrócił się pośpiesznie do Metaxy.
— Dziesięć tysięcy, marek — z niezmąconym spokojem ciągnął dalej Layle.
— Chwileczkę. Niech pan poczeka. Przecież to jest niegodziwość — Maramballe zachmurzył się. — Chciałem powiedzieć, to jest bez sensu. Po co mamy podbijać cenę? Nie trzeba więcej! Niech on się udławi, dam mu dziesięć tysięcy, ale nie róbmy licytacji — Maramballe nagle chwycił Layle’a za ramiona i nieomal płacząc powiedział: — Przecież pan jest moim przyjacielem. Błagam pana! Proponuję takie rozstrzygnięcie. Niech u pana zostanie teczka, którą ja przyniosłem. Nic od pana za nią nie wezmę, a pan ustąpi mi teczkę numer sto siedemdziesiąt cztery. Zgoda?
— Yes — odpowiedział lakonicznie Layle wysuwając się z ramion Francuza,
Maramballe westchnął, wyjął książeczkę czekową i wieczne pióro.
Czuł się tak, jak gdyby miał zasiąść do pisania najtrudniejszego felietonu. Wzdychał, wiercił się na krześle, wreszcie wstał i zaczął chodzić po pokoju.
Metaxa czekał cierpliwie jak pająk obserwujący swą ofiarę, która wpadła w pajęczynę, lecz może się jeszcze wyrwać. A Maramballe jak mucha krążył po pokoju.
— Niech mi pan powie, Layle — zapytał — czy pan zapoznał się z aktami numer sto siedemdziesiąt sześć?
— Tak. To jest bardzo pikantna sprawa. Te dokumenty ujawniają — wyrażając się łagodnie — wpływ, jaki wywarł pewien koncern na rząd w sprawie wydania ustawy o cłach na towary zagraniczne. Ale oczywiście na tym nie zarobi się dziesięciu tysięcy marek — odpowiedział skromnie Layle.
Maramballe westchnął głośno.
— Dziesięć tysięcy marek! To jest prawie moja cała akredytywa. A może pan ustąpi kilka tysięcy? — spojrzał znacząco na Layle’a. — No, niech już będzie, jak pan chce, krwiopijco!
I z taką miną, jak gdyby podpisywał wyrok śmierci na samego siebie, Maramballe wypisał czek, wydarł go z książeczki i podając Metaxie powiedział:
— Z rączki do rączki.
Metaxa powoli odpiął marynarkę, białą kamizelkę i koszulę i wyciągnął spod niej teczkę, na której dużymi czcionkami wydrukowane było: „Akta numer 174”.
Dokumenty przeszły z rąk do rąk. Metaxa, uśmiechnąwszy się słodko czarnymi jak oliwki oczami, pożegnał się i wyszedł.
Zanim Maramballe zdążył otworzyć upragnioną teczkę, Metaxa wrócił niespodzianie. Uchylił drzwi i zaglądając do pokoju jednym okiem podobnym do oliwki zaśpiewał słodko:
— Panie Maramballe, czy chciałby pan odzyskać swoje dziesięć tysięcy marek?
— Oczywiście! O co chodzi, Metaxa?
— Niech mi pan da jeszcze dwa tysiące, a za pół godziny będzie pan miał z powrotem swoich dziesięć. No, za godzinę najwyżej.
Maramballe popatrzył z niedowierzaniem na Metaxę.
— Nie oszuka mnie pan!
— Pan Layle będzie świadkiem. Dobry interes, pewny interes! Niech pan mu da dwa tysiące marek. Kiedy pan otrzyma swoich dziesięć, Layle mi je odda. Zgoda?
— Dobrze! Więc co mam zrobić?
— Wypisać czek na jeszcze dwa tysiące.
Maramballe zastanowił się, westchnął i jak zbankrutowany hazardzista postanowił zagrać „va banque”. Wypisał czek na dwa tysiące i podał Layle’owi, który spokojnie schował czek do kieszeni.
— Co mam teraz robić?
— Niech pan pójdzie, pobiegnie, poleci do domu i weźmie negatywy ze zdjęciem barona, który strzelał do pana.