Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]
Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]

Электронная книга - «Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]». Краткое содержание книги:

Nic na świecie nie mogło stanowić smutniejszego widoku od tego ogromnego cmentarza. Morze grzebie zatopione okręty, ziemia — ludzi. Lecz na tym cmentarzu umarli leżeli nadzy, oświetlani palącymi promieniami słońca. Trzeba było ostrożnie stawiać każdy krok. Na pół zgniłe deski uginały się pod nogami. Podróżnicy mogli w każdej chwili zapaść się i znaleźć w ładowni. Przewidując to zabrali ze sobą sznury, by w razie potrzeby pomóc sobie nawzajem. Balustrady łamały się. Strzępy żagli po dotknięciu rozsypywały się w proch. Wszystko dookoła było pokryte grubą warstwą pyłu, rozkładu i zielenią zgnilizny… Na wielu pokładach walały się szkielety błyszczące w słońcu białymi koścmi lub ciemniejące resztkami skóry i strzępami odzieży. Z pozycji szkieletów, porąbanych czaszek można było wywnioskować, że ludzie, którz stracili zmysły w obliczu śmierci, kłócili się, buntowali, bezsesownie i okrutnie mordowali się nawzajem, biorąc na kimś pomstę za swe cierpienia i zmarnowane życie. Każdy statek był światkiem wielkiej tragedii, która rozegrała śię na nim przed piędziesięciu, stu lub dwustu laty…
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 49
Перейти на страницу:

Romantycznym wspomnieniom o prababce Karolinie został położony kres.

XI. Niespokojna noc

Maramballe miał niespokojną noc. Zastanawiając się nad wydarzeniami minionego dnia, doszedł do wniosku, że wciąż jeszcze grozi mu niebezpieczeństwo. Co prawda udało mu się zatrzeć ślady. Ale nie wszystko poszło tak gładko, jakby tego pragnął. Jego ucieczka zapewne postawiła na nogi cały dom. Z całą pewnością stwierdzono już zniknięcie teczki i Wilhelmina zrozumiała, co było celem jego ostatniej wizyty. A wówczas… wówczas Wilhelmina, rzecz jasna, wyda go. Maramballe spodziewał się lada chwila przybycia policji. Dobrze przynajmniej, że udało mu się ukryć skradzione dokumenty w doskonałym schowku. Maramballe nie rozbierał się tej nocy. Chodził cicho po pokoju, czujnie nasłuchując. Układał plany ucieczki. Jedno okno jego pokoju wychodziło na ulicę, drugie — na mały ogród. To właśnie okno upatrzył sobie na drogę odwrotu.

Maramballe otworzył je. Noc była duszna. Na ciemnoliliowym niebie świecił pomarańczowy księżyc jak chiński lampion zawieszony nad szaroniebieskim dwupiętrowym domem. Od czasu do czasu rozlegał się grzmot. Zbliżała się burza. Czujne ucho Maramballe’a wyłowiło jakieś szmery w ogrodzie pod oknem.

„Może to jest zasadzka?” — pomyślał przestraszony.

Nagle domem wstrząsnął potężny łoskot gromu, chociaż na niebie nie było widać ani jednej chmurki. W tej samej chwili rozległ się szum deszczu. To było bardzo dziwne: słyszało się szum, nie widząc ani deszczu, ani chmury nad głową. Szumiał wiatr, lecz zdawało się, że drzewa w ogrodzie stoją bez ruchu. Nie zakołysał się ani jeden liść.

Kiedy zagrzmiał grom i zaszumiał deszcz, rozległ się w krzakach pod oknem szelest i jak gdyby przytłumione głosy.

Deszcz skończył się tak samo nagle, jak się zaczął. W ciszy, która nastąpiła, Maramballe usłyszał wyraźne ostrożne kroki na korytarzu. Ktoś zatrzymał się przed jego drzwiami i cicho zapukał.

Maramballe wstrzymał oddech.

„Policja!”

Nie miał wyjścia. Pod oknem znajdowała się zasadzka, W korytarzu — oddział policji. Nie wątpił w to. Lecz miał więcej szans na wymknięcie się wrogom w ogrodzie niż w wąskim korytarzu.

Wyskoczył więc przez okno i upadł na czyjeś szerokie ramiona. Usłyszał krzyk kobiety i poznał głos czcigodnej wdowy Neukirch.

— Co to? Kto to? Co się pani stało? — rozległ się drugi męski glos, należący bez wątpienia do puzonisty, który był sąsiadem Maramballe’a.

Widocznie pani Neukirch i puzonista wyszli na spacer do ogrodu, by odetchnąć świeżym powietrzem.

Maramballe ześliznął się z potężnych ramion pani Neukirch i przerażony pobiegł do Tiergartenu.

Trwała tam bezdźwięczna burza. Nie było wiatru, lecz drzewa zginały się, jak gdyby pod naporem straszliwego huraganu; drżały liście, z których spływały strumienie; żółte błyskawice przecinały chmury. Deszcz lał jak z cebra, lecz był to upiorny deszcz — ani jedna kropla nie spadła na Maramballe’a.

Chłód nocy orzeźwił go i pomógł uporządkować myśli. A więc w ogrodzie pod jego oknem nie było zasadzki. Kto wobec tego pukał do drzwi?

Maramballe wałęsał się całą noc po parku i dopiero o świcie zdecydował się wrócić do domu.

— Pan wychodził? — spytał zdziwiony portier otwierając drzwi.

— Tak — odparł Maramballe. — Czy o mnie nikt nie pytał?

— W nocy był jakiś pan. Nie chciałem go wpuścić, lecz powiedział, że przychodzi w bardzo pilnej, nie cierpiącej zwłoki sprawie i że pan na niego czeka.

— Czy nie zauważył pan, jak on wyglądał?

— Miał kapelusz nasunięty na oczy i podniesiony kołnierz. Zdaje mi się, że miał czarną brodę, a mówił z cudzoziemskim akcentem.

„Kto to mógł być?” — myślał Maramballe przechodząc ostrożnie korytarzem. Nocne strachy minęły, lecz mimo to nie był jeszcze zupełnie spokojny.

— Dzień dobry, frau Neukirch! — powitał Maramballe głośny oddech gospodyni.

— Dzień dobry! — odpowiedziała gniewnie, trzasnąwszy drzwiami.

Maramballe wszedł ostrożnie do swojego pokoju. Nie było w nim nikogo.

XII. „Dramat dźwiękowy”

W Reichstagu zakończyło się przed chwilą posiedzenie, na którym omawiano sytuację w przemyśle. Kilku ministrów wygłosiło przemówienia. Według ich informacji w przemyśle sytuacja nie wyglądała tak źle, jak można było przypuszczać. Rozwiązano problem przystosowania maszyn do „ślepej” metody pracy. Szeroko stosowano chronometraż; wprowadzono „normy czasu” dla różnych procesów produkcyjnych, ustawiono zegary z dzwoneczkami, bijącymi nie tylko co minutę, lecz w niektórych wypadkach co ćwierć minuty.

Oczywiście ten oficjalny obraz pomyślności nie odpowiadał prawdziwemu stanowi rzeczy, który nie był zachęcający — lecz istotnie nie można go było nazwać katastrofalnym.

Wbrew przypuszczeniom najgroźniejsza okazała się sytuacja w rolnictwie. Nawet minister referujący sprawę nie mógł ukryć poważnych obaw. „Czas nasłonecznienia nie zmniejszył się — mówił minister — aczkolwiek wschód i zachód słońca nie odpowiadają teraz jego obecnemu położeniu: widzimy słońce po wzejściu dopiero wówczas, kiedy jego promienie wyświetlą się — jak to się dziś mówi — to znaczy dotrą do powierzchni ziemi i do naszego wzroku. Rekompensatę stanowi to, że słońce świeci jeszcze pewien czas po faktycznym zachodzie. Nieszczęście jednak polega na tym, że wskutek zwolnienia szybkości światła pada na powierzchnię ziemi w jednostce czasu znacznie mniej promieni świetlnych. Zostało ono jak gdyby rozrzedzone. Można było zaobserwować, że niektóre barwy znikły, a inne zmieniły się; wreszcie zjawiły się nowe barwy lub ich kombinacje. To musiało również wywrzeć wpływ na wzrost zbóż i kultur przemysłowych. Niektóre, na przykład len, widocznie pod wpływem promieni ultrafioletowych, zaczęły rosnąć niezwykle szybko i wysoko, były jednak słabe jak anemiczne dzieci. W ogóle trawy dojrzewały znacznie wolniej. Ale nie trzeba ulegać panice. Damy sobie radę z tymi kłopotami. Nasi chemicy, uczeni, agronomowie pracują energicznie nad uzyskaniem środków przyśpieszających dojrzewanie roślin. Ogrzewanie korzeni, elektryfikacja gleby, nowe nawozy sztuczne mają ziemi pomóc. Możemy być spokojni o urodzaj przyszłego roku. Całe zagadnienie polega na tym, czy będzie można uratować zboża znajdujące się na pniu i zebrać urodzaj bieżącego roku. Miejmy nadzieję, że to nam się uda. Nadzieję tę wiążemy nie tylko z działalnością naszej nauki. Przygotowałem na zakończenie optymistyczną, radosną wiadomość. Obserwacje nad światłem dokonane dziś rano wykazały, że szybkość światła wzrosła o dalsze cztery sekundy”.

Na ławach posłów prawicowych rozległy się oklaski.

— Trzeba wyrazić ministrowi podziękowanie za dodatkowe cztery sekundy — rozległ się jakiś ironiczny głos z lewej strony.

— A teraz na obiad — trącił Maramballe Layle’a.

Ruszyli do Tiergartenu w towarzystwie Metaxy, który oświadczył, że chce im zakomunikować coś bardzo ważnego.

— Pan ma zawsze jakieś nowości — powiedział śmiejąc się Maramballe.

Kiedy dziennikarze podeszli do swego stałego miejsca pod starą, rozgałęzioną lipą i zasiedli przy okrągłym marmurowym stoliku, rozległy się za węgłem pawilonu jakieś kroki i Maramballe usłyszał nagle głos lejtnanta.

— Panie Maramballe! Pan obraził osobę, której honoru muszę bronić. Żądam satysfakcji.

— Pojedynek? W dwudziestym wieku? Co za anachronizm! — roześmiał się nieco wymuszonym głosem Maramballe. — Nikogo nie obraziłem i nie mogę uznać pańskiego prawa do obrony „pokrzywdzonych”.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 49
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)