Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]
- Автор: Беляев Александр Романович
- Год: 1960
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Adam Galis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]». Краткое содержание книги:
Maramballe przebudził się, otworzył oczy i mimo woli zmrużył je natychmiast. Tak silne było światło. Zwrócił głowę do okna i ujrzał między dwoma wysokimi domami pasmo błękitnego nieba.
Zerwał się szybko z łóżka i zaczął wymachiwać rękami. I, o dziwo! Widział je w momencie, gdy się poruszały! Wziął krzesło, postawił na środku pokoju i ujrzał mebel tam, gdzie go przeniósł. W świecie nie było już więcej sobowtórów i widm! Odbicia świetlne rzeczy zlały się z samymi rzeczami. Nie ulegało wątpliwości: światło odzyskało swą normalną szybkość. Może była ona trochę mniejsza od trzystu tysięcy kilometrów na sekundę, ale to mogło interesować tylko astronomów. W życiu praktycznym, w zakresie zjawisk ziemskich, różnica wynosząca cztery kilometry lub nawet kilkadziesiąt kilometrów była zupełnie nieodczuwalna.
Maramballe’a ogarnęła szalona radość, jak gdyby wrócił z ponurej krainy cieniów do ziemi ojczystej — do błyszczącego świata realnych przedmiotów, błękitnego nieba, zielonych drzew.
Maramballe zaśpiewał wesoło i zaczął tańczyć po pokoju. Tę radosną pieśń powrotu do życia podjęli mieszkańcy jego domu, przechodnie na ulicy, całe miasto, cały świat. Ze wszystkich stron rozlegały się podniecone, wesołe głosy. Jak gdyby świat obudził się po długiej i ciężkiej chorobie, której towarzyszyła maligna i koszmary, i poczuł nagle, że jest zdrowy i rześki. Ludzie śpiewali, śmiali się gratulowali sobie nawzajem. Kierowcy i motorowi, nie czekając na oficjalne pozwolenie, puścili samochody i tramwaje na pełny bieg. Wyły syreny, dzwoniły dzwonki, dźwięki, hałasy i szum wypełniły miasto, które wrzało jak kipiący kocioł.
— To wspaniałe! Zdumiewające! Urocze! — krzyczał Maramballe. Nie obawiał się już, że wezmą go za wariata. Nie przestrzegając żadnych środków ostrożności usiadł na fotelu i uderzył pięścią w oparcie.
— To jest rzeczywistość, a nie widmo! Królestwo upiorów skończyło się!
Tak, królestwo upiorów skończyło się, a w tej samej chwili nastąpiło przewartościowanie wszystkiego. Przemyślne kombinacje polityczne i układy międzynarodowe — jawne i tajne — znów odzyskały swą wartość i sens.
Maramballe natychmiast przypomniał sobie o teczce numer 174, która wciąż jeszcze spoczywała pod materacem Layle’a.
„Teraz chyba trudniej będzie wyciągnąć ją stamtąd bez zwrócenia uwagi — pomyślał. — Lecz mimo to jakoś ją wydostanę. Muszę się pośpieszyć. Łatwo mogą znaleźć teczkę. Wystarczy, by Layle lub służąca przypadkowo podnieśli róg materaca i natychmiast ją zobaczą”.
Maramballe ubrał się szybko i poszedł do Layle’a.
Anglik powitał go jak zwykle spokojnie. Nawet koniec „końca świata” nie poruszył go. Jak zawsze w skupieniu palił fajkę przyglądając się uważnie gościowi przez kłęby dymu. Maramballe’owi wydawało się, że tym razem Layle nieco więcej mrużył wyblakłe oczy, które jak gdyby ironicznie się uśmiechały.
Ten prawie nieuchwytny uśmiech zaniepokoił go trochę, lecz Layle odezwał się wreszcie, a Maramballe słuchając go opanował się i zaczął się również uśmiechać.
— Słyszał pan oczywiście o wydarzeniu, które miało miejsce podczas wesela barona Blittersdorfa i Wilhelminy Leer?
„Więc to wywołało cień uśmiechu na tym kamiennym obliczu” — pomyślał Maramballe i odpowiedział naiwnie:
— Nie, nie słyszałem.
Layle popatrzył na niego z niedowierzaniem, lecz opowiedział szczegółowo o nieznajomym w masce, który pocałował Wilhelminę.
— W ten sposób ktoś zemścił się na pańskim rywalu — zakończył Layle. — Niech się pan przyzna, że tym incognito w masce był właśnie pan?
Maramballe zrobił zdziwioną minę, lecz nie wytrzymał i roześmiał się beztrosko.
— Przed panem nic się nie ukryje!
— I lejtnant oczywiście wie, że to był pan?
— Tak jest.
— Przecież on pana teraz zabije. Po takim żarcie dalsze pozostawanie w Berlinie grozi panu niebezpieczeństwem.
— Nie, on mnie nie zabije. Lejtnant będzie musiał przełknąć tę zniewagę — odparł Maramballe.
— Zdaje się, że lejtnant nie należy do ludzi, którzy potrafią w milczeniu znieść taką zniewagę.
— Toteż nie zniósł. Pan wie, że lejtnant zabił mnie dwoma strzałami w głowę. Lecz na jego nieszczęście, zabił tylko mojego sobowtóra — moje widmo. Mógł się o tym przekonać z całą pewnością, widząc jak słodko prawdziwy Maramballe pocałował jego młodą żonę.
— Lejtnant poznał pana pod maską?
— Zapewne. Poza tym otrzymał ode mnie „wizytówkę” — moje życzenia.
— Aha! To ta tajemnicza koperta, która tak zaintrygowała wszystkich? Co w niej było? Mówią, że lejtnant odmówił informacji w tej sprawie nawet Wilhelminie i jej ojcu.
Maramballe znacząco poruszył brwiami, wstał i zaczął chodzić po pokoju zbliżając się niepostrzeżenie do łóżka.
— Wyjaśnię panu wszystko. Lejtnant wszedł do mojego pokoju tak niespodziewanie, że istotnie mógłby zabić mnie na miejscu. Lecz usłyszałem i rozpoznałem jego kroki i zdążyłem odskoczyć w bok. Kule przeleciały tak blisko koło mnie, że poczułem podmuch powietrza. By wprowadzić lejtnanta w błąd jęknąłem. — Maramballe uważał za niepotrzebne podanie drobnego szczegółu o tym, jak schował się pod biurkiem. — Dalszy przebieg sprawy wyglądał następująco: lejtnant po dokonaniu zbrodni szybko odszedł. A ja, po uspokojeniu sąsiadów, przygotowałem aparat fotograficzny, który jak zwykle mam naładowany, i poczekałem na wywołanie sceny. W ten sposób sfotografowałem wydarzenia w ich następstwie: siebie siedzącego przy biurku i lejtnanta, strzelającego do próżnego fotela.
Pan rozumie, że kiedy wyświetlił się „upiór” lejtnanta, to mnie już na fotelu nie było, chociaż lejtnant, w momencie gdy strzelał, widział moje odbicie. Te kolejne zdjęcia są niezbitym dowodem zbrodni lejtnanta — usiłowania zabójstwa. Jeśli ten zamach nie zakończył się prawdziwym morderstwem, to tylko dzięki „sztuce z końcem świata”, która pozwoliła mi w ostatniej chwili uniknąć niebezpieczeństwa. Dla spotęgowania wrażenia połączyłem dwa negatywy: jeden przedstawiający mnie siedzącego na fotelu i drugi — przedstawiający lejtnanta strzelającego do mnie. A ponieważ urządzenie pokoju było nie zmienione, powstał w ten sposób pełny obraz usiłowania zabójstwa.
Maramballe usiadł na brzegu łóżka, spuścił ręce i kołysząc się, niepostrzeżenie wsunął palce pod materac.
— I tę fotografię ofiarował pan lejtnantowi?
— Trzy zdjęcia: moje, jego i jedno zdjęcie „syntetyczne”. Teraz zapewne rozumie pan wszystko. Lejtnant jest uprzedzony, że posiadam dokument, który go może w każdej chwili postawić w stan oskarżenia, jeśli podejmie jakieś kroki przeciwko mnie. A to nie jest przyjemne, by prosto z wesela iść do więzienia.
— Lejtnant ma ogromne stosunki. Może zatuszować całą sprawę.
— Wątpię. Przecież mógłbym opublikować zdjęcia w prasie zagranicznej. Taki skandal, nawet jeśli się nie skończy procesem, może dotkliwie zaszkodzić lejtnantowi. Mało tego. Kopie zdjęć mogę dostarczyć również Wilhelminie, która dowie się, że jej mąż jest zbrodniarzem. To może nie tylko zepsuć ich stosunki, lecz także da Wilhelminie broń przeciw mężowi. Będzie go miała w ręku.
Maramballe wciąż głębiej wsuwał palce pod materac, lecz ku swemu przerażeniu nie mógł namacać teczki. Layle siedział lekko zwrócony bokiem i kurzył fajkę.
— I pan będzie go miał w ręku. Tylko patrzeć, jak pan zostanie przyjacielem domu — powiedział ironicznie Layle.
— To… się okaże… — powiedział strapiony nieco Maramballe.