Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Boża klepsydra [Deepsix - pl]
Boża klepsydra [Deepsix - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Boża klepsydra [Deepsix - pl]

Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:

Jack McDevitt to autor wielu bestsellereów science fiction. Jego styl wyróżnia się lekkością narracji, przygodową akcją i poważnym podejściem do zagadnień naukowych. Niniejsza książka stanowi luźną kontynuację wydanej przed kilku laty powieści „Boża maszyneria”. Cały cykl składa się jeszcze z tomów: „Chindi”, „Omega” i „Odyssey”. Fabuła książki skupia się wokół nadrzędnego celu jaki przyświeca każdemu naukowcowi, czyli dotarciu do prawdy, poszerzeniu limitów ludzkiej wiedzy. Jak dużo jesteśmy w stanie poświecić dla odkrycia, z którym nie zetknął się do tej pory żaden człowiek? Nasz czas? Naszą reputację? Naszą karierę? A może nawet życie?
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 117
Перейти на страницу:

Penkavic nie spuszczał z niego wzroku.

— Pan zrobiłby to samo — upierał się Helm — gdyby na panu ciążyła taka odpowiedzialność jak na mnie. Gdyby pan wiedział to, co ja wiem.

— Nie sądzę — warknął Penkavic.

— Kapitanie. — Serdeczny wujek znów się objawił. — Pańskie śledztwo ujawni uszkodzony przełącznik w układzie centralnym i zwarcie w skrzynce R w systemie Lambda. Znajdzie je pan i usunie jak najszybciej, żeby problem z SI już się nie powtórzył. Co za pech, że sekwencja startu została zainicjowana właśnie wtedy, gdy sygnał, który miał usunąć ten bałagan, został błędnie przekierowany do układu startowego. Skrzynka R została uruchomiona prawie natychmiast, Eve została więc zablokowana na kilka minut i nie mogła przerwać sekwencji. Co za niefortunny zbieg okoliczności. Jeden na milion. Ale łatwy do wyjaśnienia. Wina zostanie zrzucona na SI, które przeprowadzały przegląd na Kole, albo na błędy projektowe. W każdym razie nie ma potrzeby szukania winnych.

Przez długą chwilę obaj milczeli.

— Chyba że będzie się pan upierał.

Penkavic usiadł i próbował oprzeć się impulsowi, by spojrzeć w inną stronę.

— Teraz musi pan dokonać wyboru — mówił dalej Helm. — Może pan oskarżyć mnie i donieść o wszystkim, co pan wie. Może pan też zapomnieć, że nasza rozmowa miała miejsce, a incydent pozostanie tym, czym obecnie jest — przykrym zbiegiem okoliczności. Chciałbym panu przypomnieć, że postęp zawsze ma swoją cenę. I nie zyskamy nic, posyłając kogoś na szubienicę. — Dotknął czarnej królowej. Podniósł ją, przesunął po przekątnej i ustawił tak, by chroniła króla. — Oddaję się w pańskie ręce, kapitanie.

— Marcelu, nadeszła wiadomość.

— Wyświetl.

— Nie spodoba ci się — dodała SI.

DO: NCA „WENDY JAY”

OD: NCK „ATHENA BOARDMAN”

TEMAT: PROBLEM Z LĄDOWNIKIEM MARCELU, Z PRZYKROŚCIĄ INFORMUJĘ, ŻE WSKUTEK PRZYPADKOWEGO ODPALENIA W CZASIE LOTU W NADPRZESTRZENI STRACILIŚMY ŁĄDOWNIK. WSZYSTKIE PRÓBY ODZYSKANIA GO ZAWIODŁY. NIE MAMY WYBORU, KONTYNUUJEMY LOT NA QUARQUĘ. PRZYKRO MI, ŻE NIE MOGŁEM POMÓC.

ELIOT.

Marcel czytał wiadomość po raz drugi i trzeci, kiedy włączył się Beekman.

— Jak, u licha, można przez przypadek odpalić lądownik?

— Nie wiem. — Marcel czuł, jak w żołądku rozpełza mu się chłód.

— I nie mają drugiego?

— Nie mają.

Usłyszał westchnienie Beekmana.

— Musi być ktoś jeszcze.

— Nie ma nikogo. Sprawdzaliśmy. W pomieszczeniu zapadła cisza.

— Co więc robimy?

Marcelowi nie przychodziło do głowy nic, co mogliby zrobić.

— Nie sądzę, by było warto próbować — oświadczyła Kellie. — A co będzie, jak ktoś wejdzie do tego draństwa, a ono wtedy osunie się na dno rozpadliny?

Przyglądali się lądownikowi „Gwiazdy”. Był zaklinowany bokiem, sterburtą do góry. Kadłub był porysowany, a dach kabiny wgnieciony. Jedno ze skrzydeł zgięte, dysza przestawiona. Obie gąsienice oderwane.

Hutch pomyślała, że zejście w istocie byłoby mniej niebezpieczne, niż wygląda. Zapiszczał komunikator i głos Marcela wyszeptał jej imię.

— Jestem — odparła. — Co tam słychać?

— Obawiam się, że nie mam dobrych wieści.

Wyczuła to w jego głosie. Wiedziała, co powie, jeszcze zanim to nastąpiło.

— Co się stało?

— „Boardman”. Przypadkowo wystrzelili lądownik podczas lotu w nadprzestrzeni.

— Stracili go.

— Tak.

Hutch widziała, że pozostali ją obserwują.

— Jak to się mogło stać, u licha?

— Nie wiem.

— Co się dzieje? — spytała Kellie.

Wszyscy wyglądali na przerażonych. Nawet MacAllister. Przełączyła rozmowę na kanał ogólny.

— Nikogo innego nie ma w okolicy?

— Nie. Nikogo.

— A patrol?

— Za daleko.

— Żadnych prywatnych statków? Może jakiś korporacyjny jacht?

— Nie, Hutch. Nie ma nikogo z lądownikiem. — Słyszała, jak oddycha. — Przykro mi.

— Co się stało? — spytał Nightingale.

— Jeszcze się nie poddaliśmy — rzekł Marcel.

— Nie sądzę, żebyście mieli jakiś pomysł.

— Jeszcze nie mamy.

— Co się stało? — dopytywał się Nightingale, tym razem głośniej.

Pytanie zawisło w powietrzu.

— Co teraz?

Hutch nie była pewna, kto zadał to pytanie. Stali na brzegu rozpadliny, patrząc na lądownik, pochyleni pod ciężarem implikacji.

MacAllister spojrzał w niebo, jakby chciał dostrzec „Wendy”.

— Kapitanie Clairveau. Jest pan tam?

Chwila ciszy.

— Jestem, panie MacAllister.

— Co pan zamierza teraz zrobić? — spytał. — Co my mamy robić?

— Jeszcze nie wiem. Nie miałem jeszcze czasu… — …żeby przeanalizować sytuację. — MacAllister potrafił przybierać ton rozwścieczonego boga i właśnie to zrobił. — O ile poprawnie interpretuję nasze położenie, ratunek jest niemożliwy. Czy mam rację?

— Na to wygląda.

— Czy mam rację?

— Tak. — Po chwili wahania.

— W takim razie proszę nam wyświadczyć przysługę, kapitanie. Nasza sytuacja znacząco się pogorszyła. Będzie miło, jeśli ograniczy się pan do faktów i przestanie bawić się w cheerleaderkę.

Marcel milczał.

MacAllister miał rację. Hutch poczuła się przytłoczona ciężarem faktów.

— Marcelu — powiedziała — wyłączymy się na chwilę…

— Dobrze. — Nie usłyszał jednak kliknięcia i wiedział, że kobieta nadal go słyszy. — Jestem tu — powiedział. — Gdybym mógł jakoś pomóc…

Wyłączył się.

Chiang kopnął śnieg, który wpadł do rozpadliny.

— Równie dobrze moglibyśmy sami tak skoczyć — powiedział. — Skończyć to wszystko.

— Daruj sobie ten wisielczy humor — prychnęła Kellie.

— To nie był żart. — Założył ręce na piersi i przez nieznośnie długą chwilę Hutch myślała, że naprawdę chce to zrobić. Ruszyła ostrożnie w jego kierunku, ale Kellie była szybsza, złapała go za rękę i odciągnęła go od przepaści. Zaśmiał się.

— To chyba nie robi większej różnicy — powiedział.

Hutch zmieniła ton głosu na znak, że teraz muszą się nad tym poważnie zastanowić.

— Ile czasu nam zostało? — spytała. — Czy ktoś wie?

— Zderzenie ma nastąpić dziewiątego grudnia — rzekła Kellie. — O 17:56 czasu Zulu. — To czas pokładowy.

MacAllister spojrzał na zegarek.

— O jakim czasie my mówimy?

— Czas Zulu — uśmiechnął się złośliwie Nightingale. — Orbitalny. GMT. Czas na pana zegarku.

Było kilka minut po północy, dwudziestego ósmego. W okolicy wieży było kilka godzin po wschodzie słońca.

— Ale planeta zacznie się rozpadać — rzekł Nightingale — jakiś dzień przed zderzeniem.

— Co za szkoda. — MacAllister potrząsnął głową. — Mamy miejsca w pierwszym rzędzie na najbardziej spektakularnym przedstawieniu w historii ludzkości i nie będziemy na czas.

Chiang nie wyglądał na rozbawionego.

— Trzeba się nad czymś zastanowić — rzekł. — Jest jakiś sposób, żeby odejść bezboleśnie? Kiedy nadejdzie czas?

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 117
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)