Boża klepsydra [Deepsix - pl]
- Автор: Макдевит Джек
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-89951-77-0
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
Wykonali polecenie. Hutch wyszła spod komory.
— Glory — odezwała się.
— Tak, Hutch?
— Zwolnij kondensator.
Wypadł z komory i zakołysał się. Lina wytrzymała, węzły też. Hutch poczuła wielką ulgę, że nie spadł na dno rozpadliny.
Gdy wyciągnęli drugi kondensator, oparła się pokusie, by natychmiast wydostać się z rozpadliny, i wcisnęła się do środka przez śluzę.
Wygrzebała tyle gotowych dań, ile tylko zdołała: śniadania, obiady i kolacje zapakowane w samoczynnie podgrzewane opakowania. Nie były jakimś dziełem sztuki kulinarnej, ale jako coś, co można zjeść podczas wędrówki na obcej planecie, były aż za dobre. Wzięła kilka paczek kawy, dwie butelki wina, jakieś kanapki i owoce z lodówki. W kuchni były nietłukące naczynia, sprzęty i kubki. Zatrzymała się przy zbiorniku na wodę. To im się podczas długiej podróży przyda. Wyjęła go, opróżniła, poskładała i włożyła do kamizelki.
Były tam inne przydatne rzeczy: ręczniki, ściereczki, szczoteczki do zębów, mydło, dodatkowy skafander, latarnia, para kombinezonów „Wieczornej Gwiazdy”, więcej liny, dwa plecaki i apteczka.
Lądownik osunął się o kolejne kilka centymetrów.
Spakowała wszystko do plastikowych toreb, a tamci wyciągnęli je na linie. Kellie błagała ją, żeby nie kusiła losu.
— Już wychodzę.
— Hutch? — odezwała się Glory.
— Tak, Glory?
— Wychodzisz?
— Tak.
— I nie wrócisz?
— Nie, Glory. Nie wrócę.
— Wyłączysz mnie?
Na kondensatorach była nazwa producenta, Daigleton Industries, data produkcji — zeszłoroczna — i logo Daigleton, stylizowany atom.
Położyli je na stole i osłonili plandeką. MacAllister wywołał Hutch na prywatnym kanale.
— Może powinniśmy zostawić tu kogoś, żeby ich pilnował do naszego powrotu.
— A kto niby miałby coś z nimi zrobić?
— A kot?
— Ciekawe, na co mu one. — Poprawiła plandekę. — Nie, bezpieczniej będzie, jeśli będziemy trzymać się razem. Jeśli ta planeta jest aż tak niebezpieczna, jak Randy sądzi, nie powinniśmy nikogo tu zostawiać.
— Gratulacje, Hutch. Dobra robota. — W głosie Marcela słychać było zachwyt, ulgę i odprężenie. Czy on naprawdę cały czas śledził to, co się działo?
— Dzięki, Marcelu. Banda rozbitków się cieszy.
— Rozumiem. A tak poza tym, mam dla was wiadomość z Akademii.
— Przeczytaj.
— Temat brzmi: „Obcy na Deepsix”. Treść: „Priscillo, niniejszym polecamy, byś podjęła próbę uratowania wszystkich tubylców Deepsix, jakich znajdziesz. Tego wymaga od nas człowieczeństwo. Podpisano: Przewodnicząca Komisji”.
MacAllister prychnął.
— Gomez wydaje się, że tworzy historię. „Tego wymaga od nas człowieczeństwo”. Co za idiotka. Będą się z niej śmiać przez kolejne tysiąc lat.
CZĘŚĆ II
PODRÓŻ LĄDOWA
XIII
Jedną z podstawowych cech durnia jest to, że papla w kółko o tym, jak to wspaniale jest na łonie przyrody. Światło księżyca. Ostre, rześkie powietrze. Wiatr szumiący wśród drzew. Przelatujące w górze ptaki. Możecie być pewni, że znają to tylko z VR. W ten sposób nawet nie naniosą sobie błota do domu.