Boża klepsydra [Deepsix - pl]
- Автор: Макдевит Джек
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-89951-77-0
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
MacAllister wetknął ręce do kieszeni kamizelki.
— Środki uspokajające?
— Chyba za wcześnie, żeby o tym rozmawiać? — rzekła Hutch.
— Naprawdę? — MacAllister spojrzał na nią z wyżyn swojego wzrostu. — Musimy zadbać o to, żeby nie tracić ducha. Przecież tego nam właśnie trzeba, nie?
— Dość, panie MacAllister — warknęła. — Może by pan przestał histeryzować?
— Wie pan — rzekł Nightingale — gdybyście nie spanikowali, nie próbowali uciekać lądownikiem, cała ta sytuacja nie miałaby miejsca. — Wyglądał, jakby był zadowolony z tego, co się stało.
— Proszę posłuchać, lądownik osuwał się do rozpadliny. Próbowaliśmy go ratować.
— Próbował pan ratować swój tłusty tyłek.
— Panowie, to nam nie pomoże — wtrąciła się Hutch.
— Pewnie, że nie — rzekł Nightingale. — Ale trzeba zawsze stawiać sprawę jasno. Czyż nie tak, panie Mac? Zawsze pan to powtarzał. Nieważne, komu stanie się krzywda, ważne, żeby prawda wyszła na jaw. A prawda jest taka, że próbował pan uciekać. Drugiego lądownika już nie było, a pan…
— Dość, Randy — użyła najbardziej groźnego tonu, na jaki było ją stać.
Obrzucił ją niechętnym spojrzeniem i odwrócił się.
— O co wam chodzi? — spytała Hutch, patrząc na MacAllistera.
Dziennikarz wzruszył ramionami.
— Jemu się nie podoba coś, co kiedyś napisałem.
— Panie MacAllister, pan ma wszędzie przyjaciół.
— Tak. Nawet na końcu świata.
Nightingale stał, patrząc w przepaść. Reszta skuliła się na śniegu. Milczeli. Hutch podciągnęła kolana pod brodę.
Nightingale wetknął ręce do kieszeni kamizelki. Wiatr nawiał już śnieg na groby. Chiang wziął Kellie za rękę i spytał, czy dobrze się czuje. MacAllister patrzył co kilka minut na zegarek, jakby na kogoś czekał.
Hutch pogrążyła się w czarnych myślach, z których wydobył ją głos Nightingale’a.
— Może jest jakiś sposób, żeby się dostać na orbitę.
Spojrzała na niego obojętnie. Nie da się dojść piechotą z powierzchni planety na orbitę.
— Jak?
— Tu gdzieś jest lądownik. Niezbyt daleko stąd.
— „Tess”! — rzekł MacAllister.
Nightingale skinął głową.
— Znakomicie — rzekł. — Zapamiętał pan nazwę.
— Zapamiętałem, że zostawiliście tu lądownik. Dwadzieścia lat temu.
— Nie powiedziałem, że czeka na nas transport. Powiedziałem, że może być jakiś sposób. — Kopał śnieg czubkiem buta, spychając go do szczeliny. — Na pewno lepszy niż próba podskoczenia na orbitę.
Hutch poczuła napływ nadziei. Każda szansa wydawała się teraz wybawieniem.
— Powiedziałeś, że niezbyt daleko, Randy. Jak daleko?
— Nie wiem. Na południowy zachód stąd. Jesteśmy na północ od równika.
Dwadzieścia lat. Kellie potrząsnęła głową.
— Paliwo nie będzie się już do niczego nadawać.
MacAllister patrzył to na Kellie, to na Hutch albo Nightingale’a, mając nadzieję, że ktoś powie coś pocieszającego. Odezwała się Hutch.
— A może nie. Marcelu, jesteś nam potrzebny. Odezwał się po kilku sekundach.
— Co mogę dla was zrobić, Hutch?
— Czy macie dostęp do dokumentacji „Tess”? Lądownika, który został tu po pierwszej ekspedycji?
Słyszała, jak powtarza pytanie Billowi i powraca do rozmowy z nimi.
— Poszukamy.
— Jaki ona ma reaktor?
— Konwersji bezpośredniej Bussarda-Ligona.
— Dobrze. — Poczuła, jak poprawia jej się humor. — Może jest szansa.
— Widzę, do czego zmierzasz — rzekł Marcel.
Kellie była zaskoczona.
— Nadał nie wiem, skąd chcemy zdobyć paliwo.
— Pomyśl minutkę — rzekła Hutch. — Większość lądowników zaprojektowano do jednego celu: dostać się z orbity na powierzchnię planety i z powrotem. Na dół i w górę. Przemieszczanie zaopatrzenia i ludzi między bazą naziemną a statkiem. Lądowniki używane do eksploracji planet, jak ten, którym przylecieliśmy, albo „Tess”, mają też inne zastosowanie: mają służyć do poruszania się po planecie. Lądujemy i zostajemy na powierzchni. Pomagają w eksploracji, ale muszą być tak zrobione, żeby nie musiały co chwila wracać na statek po paliwo. Kellie zaczęła wykazywać zainteresowanie.
— Dlatego właśnie mają konwerter Bussarda-Ligona — mówiła dalej Hutch.
— Co to znaczy? — spytał MacAllister.
— Ich silniki spalają wodór, jak u wszystkich lądowników. Reaktor zapewnia zasilanie lądownika. Ładuje akumulatory, dostarcza prąd do kondensatorów, zapewnia oświetlenie.
— No i?
— No i można go użyć do wytwarzania wodoru.
MacAllister rozpromienił się.
— Czyli także do wyprodukowania paliwa?
— Wystarczy trochę wody — odparła Hutch. — Tak. Właśnie to możemy zrobić.
— Tam w pobliżu była rzeka — wtrącił Nightingale.
— Cóż, może się uda. — rzekł MacAllister. — Chociaż raz mamy szczęście.
Nightingale pozwolił sobie na uwagę, która miała wyrażać pogardę dla niewiedzy MacAllistera.
— Miejsca lądowania egzobiologów są zawsze blisko wody. Na plażach, koło jezior i tak dalej. Tam zbierają się zwierzęta.
— A pilotów szkoli się, żeby lądowali w takich miejscach — dodała Hutch — jeśli tylko się da. Dzięki temu mogą napełnić zbiorniki.
— A na czym pracuje reaktor? — spytał Nightingale. — Z jakiego paliwa korzysta?
— Z boru — odparła Hutch.
Zgromadzeni posmutnieli.
— A skąd weźmiemy bor?
— Powinno być trochę w lądowniku. Musi być.
— Ile nam potrzeba? — spytał Nightingale.
Rozstawiła kciuk i palec wskazujący w odległości kilku centymetrów.
— Niedużo. Myślę, że parę łyżeczek wystarczyłoby do naszych celów. Sprawdzimy dane później.
MacAllister złożył ręce.
— W takim razie do roboty — rzekł. — Musimy dotrzeć do lądownika i wydostać się stąd. — Zwrócił się do Chianga. — Chiang, muszę ci powiedzieć, że przez chwilę naprawdę się o ciebie martwiłem.
— Cóż — rzekła Hutch — jeszcze nie wydostaliśmy się z tego bagna. Dzięki silnikom będziemy mieli wystarczającą moc, żeby tu się poruszać. Ale żeby się stąd wydostać…
— …żeby się stąd wydostać, będziemy potrzebowali antygrawitacji — dokończyła Kellie.
— Można przypuszczać — rzekła Hutch — że po tylu latach kondensatory będą zużyte. Poważnie zużyte. Potrzebujemy sprawnych kondensatorów, żeby skorzystać z antygrawitacji.
— Chce pani powiedzieć — spytał MacAllister — że nie będziemy w stanie dostać się na orbitę?
— Otóż to.
— To o czym my w ogóle rozmawiamy?
Hutch spojrzała w dół, na lądownik „Gwiazdy”.
— Potrzebujemy nowych kondensatorów. Jakiś pomysł, skąd możemy je wziąć?
Komora silnikowa lądownika „Wildside” spłonęła, ale z lądownikiem „Wieczornej Gwiazdy” sprawy miały się zupełnie inaczej. Tkwił zaklinowany w rozpadlinie jak gigantyczny, czarno-biały owad.
— Marcelu — zawołała Hutch — to jest duże. Ile ważą kondensatory?
Nastąpiła długa cisza.
— Hm.
— Żadnych „hm”. Mów.
— Na Deepsix 43,4 kilograma. Każdy. — Sama prawie tyle ważyła.
Transportowanie ich drogą naziemną nie było sensowne.