Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
Wszyscy zamarliśmy w miejscu; jedynym dźwiękiem, dochodzącym do nas w przejmującej ciszy, był świszczący, podobny do szlochu oddech Percy’ego. Nagle przerwał ją rechotliwy śmiech, tak niespodziewany i szalony w swoim brzmieniu, że poczułem, jak przechodzi mi po plecach dreszcz. Wharton, pomyślałem w pierwszej chwili, ale to nie był on. W otwartych drzwiach swojej celi stał Eduard Delacroix. Stał i pokazywał palcem Percy’ego. Mysz usiadła mu z powrotem na ramieniu i Delacroix wyglądał z nią jak mały złośliwy czarownik ze swoim skrzatem.
– Patrzcie na niego, zeszczał się w spodnie! – ryczał. – Popatrzcie, co się przytrafiło temu ważniakowi! Okłada innych pałą, mais oui jakiś mauvais homme, ale kiedy ktoś go dotknie, leje w portki jak dziecko!
Śmiał się i pokazywał go palcem, wyładowując w tym jednym ataku szyderczego śmiechu cały swój strach i nienawiść do Wetmore’a. Percy spiorunował go wzrokiem, najwyraźniej jednak nie potrafił wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Wharton podszedł z powrotem do krat i przyjrzał się ciemnej plamie na jego spodniach. Była mała, lecz widoczna i nie ulegało wątpliwości, skąd się wzięła. Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Ktoś musi kupić temu twardzielowi pieluszkę – oznajmił i tłumiąc śmiech, usiadł z powrotem na pryczy.
Brutal ruszył w stronę Delacroix, ale zanim tam dotarł, Francuz dał nurka do celi i położył się na pryczy.
Wyciągnąłem rękę i dotknąłem ramienia Wetmore’a.
– Percy… – zacząłem i tyle mniej więcej zdążyłem powiedzieć. Percy oprzytomniał i strącił moją dłoń. Spojrzał w dół na przód swoich spodni, zobaczył rozszerzającą się plamę i oblał się ciemnym krwistym rumieńcem. Popatrzył z powrotem na mnie, a potem na Harry’ego i Deana. Pamiętam, że dziękowałem Bogu, iż stary Tu-Tut już sobie poszedł. Gdyby został razem z nami, całe Cold Mountain wiedziałoby nazajutrz, co się stało. A biorąc pod uwagę nazwisko Percy’ego – niezbyt w tym kontekście fortunne [1] – historię powtarzano by z radością przez długie lata.
– Jeśli któryś z was piśnie choćby słówko, za tydzień będzie stał w kolejce do garkuchni – syknął.
W innych okolicznościach strzeliłbym go może w pysk za podobną odzywkę, ale teraz zrobiło mi się go tylko żal. Myślę, że zdał sobie z tego sprawę i to chyba jeszcze bardziej go zabolało – tak jakby ktoś smagnął go w otwartą ranę pokrzywą.
– To, co się tutaj dzieje, nie wychodzi poza te ściany – powiedział cicho Dean. – Nie musisz się o nic martwić.
Percy zerknął przez ramię w stronę celi Delacroix. Brutal zamykał właśnie jej drzwi i ze środka wciąż dobiegał wyraźny chichot Francuza. Spojrzenie Percy’ego było ciemne jak burzowa chmura. Chciałem powiedzieć, że jak sobie ktoś pościele, tak się wyśpi, po chwili uznałem jednak, że to chyba nie najlepsza pora na wygłaszanie podobnych mądrości.
– Co do niego… – zaczął i urwał w pół zdania, po czym ruszył ze spuszczoną głową do magazynu, żeby poszukać suchej pary spodni.
– Jest taki śliczny – mruknął rozmarzonym głosem Wharton, lecz Harry kazał mu zamknąć jadaczkę, grożąc, że w przeciwnym razie powędruje z powrotem do izolatki. Wharton skrzyżował ręce na piersi, zamknął oczy i udał, że śpi.
9
Noc przed egzekucją Delacroix była gorętsza i parniejsza niż poprzednie – kiedy odbijałem kartę o szóstej, na termometrze za oknem budynku administracyjnego było dwadzieścia siedem stopni. Pomyślcie tylko: dwadzieścia siedem stopni pod koniec października i dobiegający od zachodu, niczym w środku lipca, pomruk burzy. Po południu tego dnia spotkałem na mieście mojego współwyznawcę, który zapytał mnie absolutnie serio, czy nie sądzę, że niezwykłe upały mogą być zapowiedzią końca świata. Zapewniłem go, że tak nie jest, ale potem przyszło mi do głowy, że koniec świata rzeczywiście zbliża się dla Eduarda Delacroix. Rzeczywiście się zbliża.
W drzwiach na spacerniak stał, popijając kawę i paląc papierosa, Bill Dodge.
– Kogo ja widzę – mruknął na mój widok. – Paul Edgecombe, zupełnie jak żywy i dwa razy brzydszy niż w rzeczywistości.
– Jak minął dzień, Billy?
– W porządku.
– Delacroix?
– Doskonale. Rozumie chyba, że to jutro, ale jednocześnie jakby tego nie rozumie. Wiesz, jak się na ogół zachowują, kiedy przychodzi ich czas.
Pokiwałem głową.
– A Wharton?
Bill roześmiał się.
– Co za błazen. Przy nim Jack Benny wydaje się kwakrem. Powiedział Rolfe’owi Wettermarkowi, że zlizywał dżem truskawkowy z cipki jego żony.
– I co Rolfe na to?
– Że nie ma żony. Że Wharton myślał chyba o swojej matce.
Roześmiałem się, i to zdrowo. Na swój prostacki sposób było to nawet śmieszne. I dobrze było się śmiać i nie czuć, że ktoś zapala bez przerwy zapałki w moich wnętrznościach. Bill śmiał się przez chwilę razem ze mną, a potem wylał resztkę kawy na dziedziniec, po którym kręciło się kilku starych, powłóczących nogami więźniów, garujących tu w większości od jakiegoś tysiąca lat. Gdzieś daleko przetoczył się grzmot i błyskawica rozświetliła ciemniejące nad naszymi głowami niebo. Bill podniósł z obawą wzrok i śmiech zamarł mu na ustach.
– Wiesz, co ci powiem? – mruknął. – Nie bardzo mi się podoba ta pogoda. Mam wrażenie, że coś się wydarzy. Coś złego.
I miał rację. Coś złego wydarzyło się tej nocy, mniej więcej kwadrans po dziesiątej. Wtedy właśnie Percy zabił Pana Dzwoneczka.
10
Z początku zdawało się, że mimo upału czeka nas całkiem spokojna noc – John Coffey jak zwykle nie sprawiał żadnego kłopotu, Dziki Bill chciał przekonać nas, że jest Billem Łagodnym, a Delacroix był w wyjątkowo dobrym humorze jak na człowieka, który za dwadzieścia cztery godziny miał spotkać się ze Starą Iskrówą.
Rozumiał, co go czeka, przynajmniej na najbardziej elementarnym poziomie; zamówił do ostatniego posiłku sos chili i poprosił, żebym przekazał instrukcje kucharzowi.
– Niech pan im powie, żeby polali wszystko tym pikantnym sosem – powiedział. – Tym, który naprawdę chwyta człowieka za gardło… zielonym, a nie tym łagodnym. Taki sos wywraca flaki na drugą stronę i następnego dnia człowiek nie może wstać z kibla, ale nie sądzę, żebym miał z tym jakieś kłopoty, n’est-ce pas?
Większość skazańców z jakąś tępacką zaciekłością martwi się o swoje nieśmiertelne dusze, ale Delacroix zbył byle czym moje pytanie o to, jakiej życzy sobie duchowej pociechy w ostatniej godzinie życia. Uznał, że skoro “ten Schuster” okazał się dobry dla Wielkiego Wodza Bitterbucka, będzie dobry i dla niego. Naprawdę niepokoiło go – jestem pewien, że już się tego domyśliliście – co stanie się z Panem Dzwoneczkiem, kiedy on, Delacroix, pożegna się z tym światem. Przywykłem spędzać wiele godzin ze skazańcami w noc poprzedzającą ich ostatni marsz, ale nigdy jeszcze nie zastanawiałem się razem z nimi nad losem myszy.
Del odrzucał scenariusz po scenariuszu, cierpliwie rozważając w swojej skołatanej mózgownicy różne możliwości. Myśląc na głos – pragnąc zapewnić swojej tresowanej myszy przyszłość, tak jakby była dzieckiem, które trzeba posłać do college’u – rzucał o ścianę kolorową szpulkę. Za każdym razem, kiedy to zrobił, Pan Dzwoneczek pędził za nią, łapał i toczył z powrotem do stóp Francuza. Po jakimś czasie zaczęło mi to działać na nerwy – najpierw uderzenie szpulki o ścianę, potem drobienie małych pazurków myszy. Sztuczka nie była głupia, ale po półtorej godziny zupełnie mi się przejadła. A Pan Dzwoneczek wydawał się niezmordowany. Przerywał co jakiś czas, żeby napić się wody ze spodeczka, który Delacroix trzymał specjalnie w tym celu, albo schrupać kawałek miętowego cukierka, po czym wracał do swoich harców. Kilkakrotnie chciałem powiedzieć Delacroix, żeby przestał, miałem to na końcu języka, ale za każdym razem przypominałem sobie, że na zabawę z Panem Dzwoneczkiem została mu tylko ta noc i jutrzejszy dzień. Pod koniec naprawdę coraz trudniej było mi się skupić – wiecie, jak to jest, kiedy wciąż słychać ten sam dźwięk. Człowieka zaczyna trafiać szlag. Otworzyłem usta, lecz nagle coś kazało mi się obejrzeć przez ramię. John Coffey stał w drzwiach swojej celi, patrzył na mnie i kręcił głową: w prawo, w lewo i z powrotem na wprost. Tak jakby czytał w moich myślach i radził mi, żebym się lepiej zastanowił.
[1] Wetmore, ang. bardziej mokry