Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
Dopilnuję, żeby Pan Dzwoneczek trafił do ciotki, która przysłała Delacroix wielką torbę miętówek, powiedziałem. Oddam jej kolorową szpulkę, a także “mysi dom” – zrzucimy się po parę centów i przekonamy Tu-Tuta, żeby zrzekł się swoich roszczeń do pudełka po cygarach. Nie, to nie jest dobre wyjście, odparł po dłuższym namyśle Delacroix (w tym czasie zdążył rzucić pięć razy szpulkę, którą Pan Dzwoneczek popychał na zmianę nosem lub łapami). Ciotka Hermione jest za stara, nie zrozumie figlów Pana Dzwoneczka i co będzie, jeśli on ją przeżyje? Co się z nim wtedy stanie? Nie, nie, ciotka Hermione po prostu się nie nadaje.
Więc może weźmie go któryś z nas, zapytałem. Któryś ze strażników? Moglibyśmy trzymać go tutaj, na bloku E. Nie, odparł Delacroix, bardzo mi dziękuje za troskę, certainement, ale Pan Dzwoneczek jest myszą, która zasłużyła sobie na to, żeby przebywać na wolności. On, Eduard Delacroix, wie o tym, ponieważ Pan Dzwoneczek – chyba już zgadliście – powiedział mu to do ucha.
– W porządku, w takim razie któryś z nas weźmie go do domu. Może Dean. Ma małego chłopca, który na pewno polubi tresowaną mysz.
Delacroix zbladł na samą myśl o takim rozwiązaniu. Małe dziecko ma opiekować się takim mysim geniuszem jak Pan Dzwoneczek? Jak można w ogóle oczekiwać od małego chłopca, że będzie z nim regularnie ćwiczył, nie mówiąc już o nauczeniu go nowych sztuczek? A jeśli dzieciak straci do niego serce i nie będzie go karmił przez dwa albo trzy dni z rzędu? Delacroix, który upiekł sześć osób żywcem, aby zatrzeć ślady swojej pierwszej zbrodni, mówiąc to drżał z oburzenia niczym zagorzały przeciwnik wiwisekcji.
W porządku, oznajmiłem, w takim razie sam go wezmę (trzeba obiecać im wszystko, pamiętajcie; w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin trzeba obiecać im wszystko). Co o tym sądzi?
– Nie, panie Edgecombe – odparł przepraszającym tonem, po czym ponownie rzucił szpulkę. Uderzyła w ścianę, odbiła się i potoczyła; Pan Dzwoneczek dopadł jej sekundę później i popchnął z powrotem do Delacroix. – Serdecznie panu dziękuję… merci beaucoup… ale pan mieszka w lesie, a Pan Dzwoneczek będzie się bał żyć dans la forêt. Wiem, bo…
– Chyba się domyślam, skąd to wiesz, Del – przerwałem mu.
Delacroix uśmiechnął się i pokiwał głową.
– Ale na pewno coś wymyślimy. Zobaczy pan!
Rzucił szpulkę. Pan Dzwoneczek pobiegł za nią, drobiąc pazurkami. Zacisnąłem usta.
Uratował nas Brutal. Przez jakiś czas siedział przy biurku patrząc, jak Dean i Harry grają w karty. Był tam także Percy i Brutal próbował nawiązać z nim rozmowę, ale usłyszał w odpowiedzi tylko kilka niechętnych pomruków. W końcu podszedł do celi Delacroix, obok której siedziałem na swoim stołku, i przysłuchiwał nam się przez chwilę ze skrzyżowanymi na piersi rękoma.
– A co powiecie na Mouseville? – zapytał, przerywając pełną zadumy ciszę, która zapadła po zdyskwalifikowaniu przez Dela mego nawiedzanego przez duchy puszczańskiego domu. Wygłosił tę uwagę nie zobowiązującym luźnym tonem.
– Mouseville? – powtórzył Delacroix, spoglądając ze zdziwieniem i zainteresowaniem na Brutala. – Co to jest Mouseville?
– To taki ośrodek turystyczny na Florydzie. Chyba w Tallahassee. Dobrze mówię, Paul? W Tallahassee?
– Zgadza się – odparłem bez wahania, dziękując Bogu, że zesłał mi Brutusa Howella. – W Tallahassee. Niedaleko tego uniwersytetu dla psów.
Brutalowi zadrżała lekko warga i przez chwilę obawiałem się, że zepsuje wszystko, wybuchając śmiechem, ale on opanował się i kiwnął głową. Wiedziałem, że podejmie temat uniwersytetu dla psów trochę później.
Tym razem Del nie rzucił szpulki, chociaż stojący na jego kapciu Pan Dzwoneczek podniósł w górę przednie łapki, dając do zrozumienia, że ma ochotę na dalszą zabawę. Oczy Francuza pobiegły najpierw ku mnie, a potem ku Brutalowi.
– Co takiego robią w Mouseville? – zainteresował się.
– Myślisz, że zgodziliby się wziąć Pana Dzwoneczka? – zapytał mnie Brutal, ignorując Dela i jednocześnie wciągając go do gry. – Uważasz, że ma odpowiednie warunki?
Udałem, że się nad tym namyślam.
– Wiesz – odparłem po chwili. – Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej podoba mi się ten pomysł. – Kątem oka dostrzegłem, że Percy podchodzi do nas, omijając szerokim łukiem celę Whartona. Zatrzymał się przy sąsiedniej pustej celi, oparł o nią ramieniem i przysłuchiwał się z pogardliwym uśmieszkiem na ustach naszej rozmowie.
– Co to jest Mouseville? – zapytał Del, nie mogąc usiedzieć w miejscu z ciekawości.
– Mówiłem już, to taka atrakcja turystyczna – stwierdził Brutal. – Mają tam, no, nie wiem, może ze sto myszy. Jak myślisz, Paul?
– Teraz już chyba ze sto pięćdziesiąt – odparłem. – Odnieśli wielki sukces. Interes kręci się tak dobrze, że zamierzają, zdaje się, otworzyć drugi ośrodek w Kalifornii i nazwać go Mouseville West. Nie wiem dlaczego, ale tresowane myszy cieszą się teraz wielkim powodzeniem u wyrafinowanej publiczności.
Del wpatrywał się w nas, siedząc z kolorową szpulką w ręku. Jego własna sytuacja nie miała w tej chwili dla niego najmniejszego znaczenia.
– Biorą tam tylko najsprytniejsze myszy – ostrzegł Brutal – te, które znają jakieś sztuczki. I nie przyjmują białych, bo to są myszy ze sklepów zoologicznych.
– Sklepowe myszy, oczywiście – potwierdził skwapliwie Delacroix. – Nienawidzę sklepowych myszy!
– Mają tam – ciągnął dalej Brutal, przymykając lekko oczy, kiedy to sobie wyobrażał – specjalny namiot, do którego się wchodzi…
– Tak, tak, dokładnie jak w cyrku. Czy trzeba płacić przy wejściu?
– A coś myślał? Jasne, że trzeba płacić. Dorosły dychę, dzieciaki dwa centy. A w środku jest całe miasteczko zbudowane z bakelitowych pudełek i rolek papieru toaletowego z oknami ze szkła krzemowego, żeby można było zobaczyć, co robią.
– Tak! Tak! – Delacroix był teraz w ekstazie. – Co to jest szkło krzemowe? – zapytał mnie.
– To takie szkło, które umieszczają z przodu piekarnika, żeby móc zajrzeć przez nie do środka.
– No jasne! Takie szkło! – Delacroix machnął ręką na Brutala, żeby opowiadał dalej. Utkwione w kolorowej szpulce małe paciorkowate oczy Pana Dzwoneczka o mało nie wyszły z orbit. Było to całkiem zabawne. Percy podszedł bliżej, jakby chciał nam się lepiej przyjrzeć, i zobaczyłem, że John Coffey krzywo na niego patrzy, ale zbyt zajęła mnie opowieść Brutala, żebym zwrócił na to większą uwagę. Brutus Howell podnosił sztukę rozmowy ze skazańcem na nowe wyżyny i szczerze go podziwiałem.