Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 138
Перейти на страницу:

— Potrzebuję forsy, a nie kogoś do ucierania cholernego nosa! Nie marnuj mego czasu. — Sięgnął przez ramię i podrapał się z grymasem.

Popatrzyła na jego zadrapania.

— To cud, że ktokolwiek chce się zbliżyć, by coś tu wsadzić. — Wskazała na puszkę. — Co zrobisz, gdy którejś nocy te ciuchy z ciebie spadną?

— Wolisz sama je dzisiaj ściągnąć, kochanie? — Spytał lubieżnie.

Zacisnęła usta i zmusiła się do uśmiechu.

— Nie jesteś w moim typie, łamago. Całą brudną robotę odstawi za mnie Polluks. Przywykł do wleczenia martwych towarów.

— Jak powiedziałaś, Tor — zabrzęczał dobrotliwie Polluks. Bezbarwny głos wyraźnie sugerował pochwałę. Z lekkim niepokojem odsunęła się od niego. Czasami z trudem przypominała sobie, że to tylko z góry zaprogramowane urządzenie załadowcze.

— Będziesz miał jedzenie i schronienie dopóty, dopóki będziesz dla mnie coś wart, Herne. Zgódź się albo nie. — Zgódź się albo nie, cholero. Obojętnie co wybierzesz, będę załatwiona.

— Nie będę wiedział, co się dzieje, jeśli nie zacznę niuchać. Muszę mieć na to pieniądze, sposoby by…

— Dostaniesz co trzeba, dopóki i ja będę dostawać. — Dopóki Dawntreader będzie z nami handlował.

Odchylił się z brzydkim uśmiechem na przystojnej twarzy.

— A wiec masz doradcę, kochanie. — Wyciągnął ostrożnie ręce.

— Mam wielkiego pryszcza na tyłku. — Podniosła jego poobijaną puszkę i wysypała monety na swą dłoń. — Dobra, Polly, zabierz go do domu.

19

Bezkresny brak światła i życia otulał zmysły Moon tłumiącym wszystko całunem, pozbawiał ją wszelkich doznań. Spadając w bezdenną studnię, czuła się ostatnią drżącą iskierką życia we wszechświecie, w którym nieograniczoną władzę sprawowała Śmierć… pociecha Śmierci, wysysającej z niej siłę i zdrowie niewidzialnymi objęciami. Szukając utraconej miłości, dotarła w miejsce poza życiem, przeszła bramę, którą pokonywała po wielekroć, ale tym razem zabłądziła, nikt nie odpowiadał na jej krzyki, żadne uszy ich nie słyszały, żaden głos nie przekazywał Zabierzcie mnie do domu…

— Zabierzcie mnie do domu! — Moon usiadła na łóżku, jej głos odbił się od ciasnych ścian pokoiku.

— Moon, Moon… to tylko koszmar. Nic już nam nie grozi. Nic. — Elsevier objęła ją ramionami, uspokajając tak samo, jak dawno temu Babcia koiła w nocy dziecko.

Pokój wypełnił jej mokre, mrugające oczy boleśnie sztucznym dniem. Umieszczony w ścianie trójwymiarowy telewizor tryskał hałasem i ruchem — tak jak przed zapadnięciem przez nią w niespokojny sen. Od próby ognia Czarnych Wrót nie mogła przebywać w ciemnym pokoju. Przełknęła grudkę bolesnego żalu i położyła głowę na miękkiej tkaninie okrywającej ramię Elsevier. Poczuła zimny przeciąg z tyłu wilgotnej koszuli nocnej. Świat powoli tężał wokół niej, uspokajając, że ma w nim miejsce; serce przestało wyrywać się jej z piersi. Spostrzegła, że wsłuchuje się w dźwięki morza.

— Wszystko dobrze. Już wszystko ze mną dobrze. — Głos miała nadal cienki i nieprzekonujący… koszmarny brak sił i panowania nad sobą stał się częścią jej jawy. Usiadła ponownie, odsunęła się od uspokajającej ją Elsevier, schowała za uszy kosmyki mokrych włosów. — Przepraszam, że znowu cię obudziłam, Elsie. Nie mogę… — Umilkła, wstydząc się swej bezsilności, żałośnie trąc oczy. Paliły ją, jakby były pełne wwianego piasku. Trzecią noc z rzędu dręczące sny przebijały się przez cienkie ścianki mieszkania. Widziała, jak zmarszczki na twarzy Elsevier pogłębiały się co dzień ze znużenia i smutku. — To głupie. — Zacisnęła dłonie. — Przepraszam, że nie śpisz przez moje głupie…

— Nie, droga Moon. — Elsevier pokręciła głową; Moon przestała się dziwić, gdy w jej oczach barwy indyga dostrzegła czułość. — Nie przepraszaj mnie. Zniosę chętnie wszystko, co zrobisz. To ja powinnam błagać cię o wybaczenie; przeze mnie masz te sny, przeze mnie nie możesz nosić koniczynki… — Spojrzała na oznakę sybilli, leżącą w opuszczeniu na jedynej tu szafce. — Z radością przejęłabym od ciebie wszystkie lęki; byłoby to skromną karą za zło, jakie ci wyrządziłam. — Odwróciła wzrok, masując jej ramię.

— To nie twoja wina. Zawiniłam sama, okazałam się za słaba na bycie sybillą. — Moon zacisnęła szczęki, aż zabolały ją zęby. Z Czarnych Wrót i Przekazu wyszła obca, dręczona przez rozdartą rzeczywistość. Zanim dotarli na Kharemough, mogła już funkcjonować, stała się niemal człowiekiem; nadal jednak, gdy zamykała oczy i przestawała panować nad myślami…

Mogła swobodnie nosić koniczynkę w krążącym na orbicie portowym mieście, patrzyła zadowolona, jak uśmiechami i ukłonami witają ją całkowicie obcy ludzie z planet, o których istnieniu nigdy nie słyszała. Potem ktoś podszedł do niej i poprosił o odpowiedź na swe pytanie. Odwróciła się od niego z obłędnym lękiem i odmówiła — odmówiła. Elsevier odciągnęła ją; ale wiedziała już, że nigdy nie zdoła odpowiedzieć na żadne pytanie…

— Wszystko… wszystko będzie dobrze, gdy wrócę do domu, na Tiamat. — Gdzie nocne niebo płonie słońcami, nie jest, jak tu, czarną, gorzką pustką, która pochłonęła siły życiowe gwiazd, skurczonych do lodowatych, bezsilnych drobin. Gdzie czeka na dokonanie jedyna rzecz, która znaczy dla niej równie wiele jak to, co zniszczyła, przybywając tutaj, i jedyny człowiek, który zrozumiałby, czym jest dla niej utrata największego pragnienia.

Sparks — musi go odnaleźć. — Jak długo jeszcze…? — Starała się nie zadawać tego pytania, odkąd tu jest, bo się bała; chciała je zadawać co dzień, co godzinę.

— Naprawdę nie chcesz zostać? Po wszystkim, co tu widziałaś? — Serce Moon zabolało od głębi zawiedzionej nadziei, jaką wyczuła w głosie Elsevier. Widziała, jak bardzo stara się ona wypełnić jej czas i myśli niewiarygodnymi cudami miasta-portu gwiezdnego, płynącego przez kosmos na niewidzialnej wędce, trzymanej przez leżącą w dole planetę. Myślała, że Elsevier robi to tylko dlatego, by odciągnąć ją od lęków, ale zrozumiała teraz, że miała i inny powód.

— Naprawdę… chcesz, bym została z tobą na zawsze?

— Tak. Bardzo chcę, moja droga. — Elsevier uśmiechnęła się niepewnie. — Nigdy nie mieliśmy dzieci, wiesz, TJ i ja…

Moon spuściła wzrok, gotując się na sprawienie następnego zawodu.

— Wiem. Gdyby chodziło tylko o mnie, gdybym była kimś innym, zostałabym z tobą, Elsie.

Pojęła, że to prawda, choć czuła się jak dziecko zagubione podczas Święta na tej niezrozumiałej, nieskazitelnej wyspie obracającej się na niebie. Elsevier starała sieją wciągnąć we wszystko, co widziała, aż zaczęła czuć beztroską dumę pozaziemców, dla których statek kosmiczny był czymś równie naturalnym jak żaglowy, którzy straszliwe, cudowne rzeczy przyjmowali za zwykłe. Dzięki cierpliwemu podsuwaniu przez Elsevier kolejnych drobnych dziwów techniki nauczyła się nad sobą panować, zaczęła mniej lękać się wielkich, aż wreszcie zdołała stanąć na balkonie ich mieszkania i spojrzeć w dół na Targ Złodziei, jakby była prawdziwą pozaziemką, obywatelką Hegemonii, czującą się zupełnie swobodnie w tej międzygwiezdnej społeczności.

Wtedy jednak uderzyła ją myśl, że wreszcie zrozumiała to, czego zawsze starał się nauczyć ją Sparks; zrozumiała, czym dla niego byłoby stanie tam, gdzie ona; przypomniała sobie, iż porzuciła go w potrzebie.

— Sparks jest nadal w Krwawniku; muszę do niego wrócić. Nie mogę tu zostać bez niego. — Wygnana na wyspę otoczoną martwą pustką. — Przycisnęła dłoń do trójlistnego tatuażu na gardle. — Opuściłam mój świat, choć nie powinnam była tego robić. Porzuciłam swe obowiązki, porzuciłam Sparksa, porzuciłam Pani nie wysłuchuje mych modlitw. Jestem zagubiona, dlatego zagubiłam Jej głos. — Spuściła z łóżka bose stopy, postawiła na chłodnej podłodze. — To źle, nie przynależę tutaj. Należę do Tiamat… — Nagle poczuła to, mówiąc z niezwykłą wprost mocą. Spojrzała w oczy Elsevier, pragnęła, by ta zrozumiała jej potrzeby, jej tęsknotę — i jej smutek.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)