Mistrz Zagadek z Hed [The Riddle-Master of Hed - pl]
- Автор: МакКиллип Патриция
- Серия: Mistrz Zagadek #1
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-87968-50-1
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Mistrz Zagadek z Hed [The Riddle-Master of Hed - pl]». Краткое содержание книги:
Ale oto przeciwko Morgonowi sprzysięgły się starożytne siły zła. Zmiennokształtni zajęli miejsce przyjaciół i nikomu już nie można było ufać. Tak więc Morgon ucieka z wrogich mu królestw i wyrusza w drogę do tajemniczej Góry Erlenstar, w której rządy sprawuje Najwyższy.
Podczas wyprawy towarzyszy mu Deth — Harfista Najwyższego. Przed nimi mrożące krew w żyłach przygody i osobliwe spotkania. Nie odstępuje ich też największa z nierozwiązanych zagadek — zagadka znamienia w postaci trzech gwiazdek na czole Morgona, w których, jak wszystko wskazuje, zapisane jest jego przeznaczenie.
Zostali z tym stadem, jedli ze zwierzętami i spali, czekali w nadziei, że dołączy do niego ta na wpół oślepiona vesta, która utrwaliła się w pamięci zwierząt. Hugin, nękany tym obrazem, oddalał się często od stada i na własną rękę przeczesywał usianą jeziorami i wzgórzami okolicę. Księżyc na niebie zaokrąglił się, schudł i znowu zaczął pęcznieć. Morgona ogarniał coraz większy niepokój. Sam zaczął się zapuszczać między niskie wzgórza na północnej granicy. Pewnego dnia przeszedł na ich drugą stronę i ujrzał płaskie jak stół pustkowie. Wiatr podrywał tumany śniegu i roznosił je jak piasek po tej bezkresnej równinie. Nie uświadczyło się tu śladu jakiegokolwiek życia, samo niebo było puste i bezbarwne. Daleko na zachodzie rysował się szczyt góry Erlenstar, dalej ciągnęła się płaska, biała kraina. Morgon wzdrygnął się przejęty dziwnym chłodem i zawrócił do Osterlandu.
Schodząc ze wzgórz, natknął się na samotną szarobiałą ze starości vestę, której rogi uwięzły w czymś, co przykrywał śnieg. Stała z opuszczonym łbem i prężąc barki i zad, usiłowała uwolnić się z potrzasku. Nie widziała zbierającej się za nią watahy szarych wilków. Morgon wyczuł na wietrze ich silny, kwaśny odór. Puścił się pędem w tamtą stronę, wydając dźwięki, których nigdy dotąd u siebie nie słyszał.
Wilki rozpierzchły się ze skamleniem i pochowały pośród skał. Jednak jeden, oszalały z głodu, ugryzł Morgona w pysk i skoczył na uwięzioną vestę. Dziwna wściekłość ogarnęła Morgona. Stanął dęba i wierzgnął przednimi nogami, trafiając wilka kopytem w łeb. Chrupnęła miażdżona czaszka, krew bryznęła na śnieg. Morgon poczuł mdlący zapach; nagła dekoncentracja wyrwała go z postaci vesty. Stał boso w śniegu, walcząc z podchodzącym do gardła żołądkiem.
Odwrócił się twarzą pod wiatr, przykląkł przy veście i zanurzył ręce w śniegu. Wymacał tam gałąź, pod którą uwięzły rogi zwierzęcia. Pogładził vestę po łbie, żeby ją uspokoić, i dopiero teraz zauważył, że ta jedno oko ma ślepe.
Usiadł w kucki. Wiatr przenikał cienką tunikę, mroził nagie ciało, ale Morgon nie zwracał na to uwagi. Sięgnął ciekawie umysłem w ślepe oko zwierzęcia i po chwili wiedział już wszystko, co chciał wiedzieć.
— Suth? — Vesta wpatrywała się weń nieruchomym zdrowym okiem. — Szukam cię.
Ciemność spowiła mu umysł. Walczył z nią desperacko, usiłując uwolnić się od pojedynczego, natarczywego rozkazu, który tłukł mu się po głowie jak ptak po mrocznej jaskini. Jego ręce same wsunęły się w śnieg, chwyciły ukrytą pod nim gałąź. I nagle rozkazujący impuls zanikł. Morgon poczuł sondę przeszukującą mu myśli i nie ruszył się, dopóki ten obcy umysł nie wycofał się, a wtedy znowu usłyszał rozkaz: Uwolnij mnie.
Dźwignął gałąź. Vesta wyprostowała się, odrzuciła w tył łeb. I zniknęła. Przed Morgonem stał wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna, siwe włosy powiewały mu na wietrze, jego jedyne oko miało szarozłotą barwę.
Przesunął dłonią po czole Morgona, odsłaniając widniejące na nim gwiazdki; wziął Morgona za dłoń, odwrócił ją wnętrzem do góry, spojrzał na bliznę i coś w rodzaj u uśmiechu rozbłysło mu w oku.
Położył ręce na ramionach Morgona, jakby chciał się ponapawać jego ludzkością.
— Hed? — zapytał z niedowierzaniem.
— Morgon z Hed.
— A więc nadzieją, którą zobaczyłem przed z górą tysiącem lat, jest książę Hed? — Głos miał głęboki jak wiatr, dawno nie używany. — Widzę, że spotkałeś Hara; odcisnął na tobie swoje piętno. To dobrze. Będzie ci potrzebna wszelka pomoc, jaką zdołasz uzyskać.
— Potrzebuję twojej pomocy.
Cienkie wargi czarodzieja wykrzywiły się.
— Ja na nic ci się nie zdam. Har nie postąpił mądrze, wysyłając cię po mnie. Ma dwoje zdrowych oczu; powinien to widzieć.
— Nie rozumiem. — Morgon zaczynał odczuwać zimno. — Podyktowałeś Harowi zagadki, a ja chcę poznać odpowiedzi. Dlaczego odszedłeś z Lungold? Dlaczego ukryłeś się nawet przed Harem?
— A dlaczego ktoś ukrywa się przed głosem własnego serca? — Szczupłe dłonie potrząsnęły lekko Morgonem. — Nie rozumiesz? Nawet ty? Jestem uwięziony. Mówiąc do ciebie, jestem martwy.
Morgon milczał, wpatrując się w czarodzieja. Za takim samym, jak u Hara, płomieniem śmiechu w tym jednym oku rozpościerała się pustka rozleglejsza od pustkowia północnych rubieży.
— Nie rozumiem — odezwał się w końcu. — Masz syna. Har się nim opiekuje.
Czarodziej przymknął oczy i odetchnął głęboko.
— A jednak. Miałem nadzieję, że Har go odnajdzie. Takim zmęczony, takim zmęczony tym… Powiedz Harowi, żeby nauczył cię strzec się przymusu. Dlaczego ze wszystkich ludzi akurat ty, z trzema gwiazdkami na czole, bierzesz udział w tej śmiertelnej grze?
— Sam nie wiem — przyznał Morgon. — Widać tak mi sądzone.
— Chciałbym zobaczyć, jak to się skończy. Chciałbym zobaczyć… jesteś kimś tak nieoczekiwanym, że możesz w tej grze zwyciężyć.
— W jakiej grze? Suthu, co się działo przez tych siedemset lat? Co cię tu trzyma uwięzionego, żyjącego pod postacią zwierzęcia? Jak mogę ci pomóc?
— Ne możesz mi pomóc. Ja nie żyję.
— Zatem zrób coś dla mnie! Potrzebuję pomocy! Trzeci komentarz Ghisteslwchlohma brzmi: czarodziej, który, słysząc wołanie o pomoc, odwraca się, czarodziej, który, widząc zło, nie reaguje, czarodziej, który, szukając prawdy, odwraca od niej wzrok — to wszystko są fałszywi czarodzieje. Rozumiem ucieczkę, ale nie w sytuacji, kiedy nie ma dokąd uciekać.
Coś się zbudziło w pustce złotego oka. Suth uśmiechnął się, znowu krzywiąc wargi, tak jak Morgon widział to u Hara.
— Składam swoje życie w twe ręce, Naznaczony Gwiazdkami — powiedział dziwnie łagodnie. — Pytaj.
— Dlaczego uciekłeś z Lungold?
— Uciekłem z Lungold, ponieważ… — Suth urwał. Wyciągnął ramiona do Morgona, oddech miał rzężący, płytki. Morgon podtrzymał lejącego mu się przez ręce czarodzieja.
— Suthu!
Dłonie Sutha chwyciły go kurczowo za tunikę pod samą szyją, przyciągnęły bliżej do otwartych, wykrzywionych ust, z których z ostatnim tchnieniem uleciało słowo:
— Ohm…
Na własnym grzbiecie zaniósł martwego czarodzieja do Yrye. Hugin kroczył obok, to pod postacią vesty, to przez jakąś milę pod własną postacią — wysokiego, milczącego chłopca — podtrzymując Sutha przewieszonego przez grzbiet vesty. Kiedy przeprawili się przez góry, Morgon poczuł gdzieś głęboko w sobie znużenie postacią vesty, tak jakby już zbyt długo ją nosił. Leżała przed nimi otwarta, biała aż po horyzont kraina. Samo Yrye ledwo było widać spoza śnieżnych zasp. Kiedy w końcu tam dotarli, Har czekał już na nich na progu swego dworzyszcza.
Bez słowa zdjął ciało z grzbietu Morgona i patrzył, jak ten przeistacza się wreszcie w siebie, w mężczyznę o dwumiesięcznym zaroście i pobliźnionych dłoniach. Morgon otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie mógł dobyć z siebie głosu.
— On nie żyje od siedmiuset lat — powiedział cicho Har. — Wezmę go. Wchodźcie.
— Nie — odezwał się Hugin.
Har, pochylony nad ciałem Sutha, podniósł na niego wzrok.
— Pomóż mi zatem.
Ponieśli razem martwego czarodzieja na tyły domu. Morgon wszedł do środka. Ktoś zarzucił mu futro na ramiona; owinął się nim machinalnie, ledwie je zauważając, ledwie dostrzegając kilka obserwujących go z zaciekawieniem twarzy. Usiadł przy ogniu, nalał sobie wina. Przyłączyła się do niego Aia. Położyła mu dłoń na ramieniu i ścisnęła łagodnie.