Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 141
Перейти на страницу:

Wierzchowiec przemierzył obszar porośnięty drzewami dwikka i pogalopował przed siebie gościńcem. Wóz, kiedy się do niego zbliżyli, nadal był szczelnie zamknięty, a leśni bracia, tańcząc i trajkocząc zawzięcie, okupowali drogę i las wokół.

Zeskoczyli na ziemię. Lisamon Hultin bez cienia lęku wyszła przed wóz i rzuciła parę słów wysokim, przenikliwym głosem. Od strony drzew nadeszła odpowiedź w podobnym tonie. Zawołała jeszcze raz i jeszcze raz dostała odpowiedź. Wywiązała się długa gorączkowa dyskusja, przerywana częstymi wykrzyknikami.

Wreszcie olbrzymka wróciła do Valentine'a.

— Uchylą wam wrót, ale za opłatą.

— Ile chcą?

— Nie chcą pieniędzy. Chcą świadczeń w naturze.

— A czegóż się po nas spodziewają?

— Powiedziałam im, że jesteście żonglerami, i wyjaśniłam, czym żonglerzy się zajmują. Pozwolą wam przejechać, jeśli urządzicie im pokaz. W przeciwnym razie zamierzają was zabić i zrobić zabawki z waszych kości, ale nie dzisiaj, bo dzisiaj jest ich święto, a w święto nie mają zwyczaju nikogo zabijać. Radzę wam, żebyście dali przedstawienie, ale to już wasza sprawa. Trucizna, której używają, nie działa szczególnie szybko — dodała jeszcze.

Rozdział 6

Zalzan Kavol był oburzony. Występować przed małpami? Występować bez zapłaty? Deliamber przypomniał jednak, że leśni bracia to stworzenia o wyższym niż małpy współczynniku inteligencji, Sleet dodał, że jeszcze dzisiaj nie ćwiczyli i że próba dobrze im zrobi, a Erfon zamknął sprawę argumentem, że przedstawienie to nic innego jak handel wymienny, uzyskują w ten sposób przejście przez niebezpieczny odcinek lasu. Był jeszcze jeden argument, najważniejszy: nie mieli wyboru. Nie namyślając się dłużej, wyszli na drogę z maczugami, piłkami i sierpami. Pochodni nie wzięli, gdyż Deliamber sugerował, że pochodnie mogą przestraszyć leśnych braci, co pociągnęłoby za sobą nieobliczalne następstwa. Znaleźli przestronne miejsce i zaczęli żonglować.

Leśni bracia przyglądali się występowi z zachwytem. Coraz to nowe setki małpich stworów wychodziły z lasu i kucały wzdłuż drogi, gryząc z przejęcia palce i długie chwytne ogony oraz wymieniając między sobą ciche, piskliwe uwagi. Nad Skandarami unosiły się w powietrzu sierpy, noże, maczugi, topory, Valentine wywijał maczugami, Sleet i Oarabella popisywali się wdziękiem i gracją. Mijała godzina za godziną, słońce chowało się w morzu za miastem Pidruid, artyści żonglowali, publiczność trwała na swych miejscach, a w sprawie odblokowania drogi nic się nie działo.

— Czy będziemy zabawiać to towarzystwo przez całą noc? — zaczął się niecierpliwić Zalzan Karol.

— Cicho! — powiedział Deliamber. — Nie obrażaj ich. Nasze życie jest w ich rękach.

Żonglerzy widząc, że ich popisom nie ma końca, postanowili wykorzystać ten czas na doskonalenie techniki. Skandarzy ćwiczyli numer z podkradaniem sobie nawzajem rzucanych przedmiotów, co zważywszy na ich potężne sylwetki i gwałtowność ruchów wyglądało nader komicznie, Valentine trenował ze Sleetem i Carabellą wymianę maczug, potem Sleet i Carabellą zwiększyli tempo, dziewczyna zaczęła fikać koziołki, następnie przyłączył się do nich Shanamir wykonując przewroty na rękach i na tym minęła trzecia godzina.

— Ci leśni bracia obejrzeli przedstawienie warte pięć rojali — zrzędził Zalzan Karol. — Kiedy to się skończy?

— Wy żonglujecie bardzo zręcznie, a im się to bezgranicznie podoba — stwierdziła Lisamon Hultin. — Mnie zresztą też.

— Jak to miło z twojej strony — odrzekł kwaśno Zalzan Karol.

Nadchodził zmierzch, a wraz z nim leśne stworzenia zaczęły wreszcie tracić zainteresowanie podziwianym od kilku godzin występem. Piątka leśnych braci, wyróżniających się prezencją i autorytetem, wysunęła się do przodu i zaczęła zrywać pnącza ptasich sideł. Ich małe dłonie o cienkich, szponiastych palcach szybko poradziły sobie z zasupłanymi lepkimi pędami. Droga stała się przejezdna już po kilku minutach, a całe leśne towarzystwo nie przerywając ani na moment trajkotania zniknęło w ciemniejącym lesie.

— Nie macie wina? — spytała Lisamon Hultin, kiedy żonglerzy zebrawszy swój sprzęt szykowali się do odjazdu. — To podziwianie was całkiem mnie wysuszyło.

Zalzan Karol zaczął mętnie tłumaczyć, że zapasy są na wyczerpaniu, ale było już za późno. Carabellą, spojrzawszy ostro na swego pracodawcę przyjęła na siebie rolę gospodyni i podała olbrzymce butelkę. Lisamon Hultin przechyliła ją, opróżniła jednym długim łykiem, wytarła usta rękawem koszuli i czknęła.

— Niezłe — powiedziała. — Dulorneńskie?

Carabella skinęła potakująco głową.

— Ci żmijowaci Ghayrogowie znają się na trunkach. W Mazadone czegoś takiego nie znajdziecie.

— A więc mówisz, że trzy tygodnie żałoby, tak? — Zalzan Karol zmienił temat.

— Ani dnia mniej. Zakazano wszelkich publicznych rozrywek. Na drzwiach każdego domu wiszą żółte żałobne szarfy.

— Na co umarł książę? — spytał Sleet. Olbrzymka lekceważąco wzruszyła ramionami.

— Jedni mówią, że śmiertelnie go przestraszyło przesłanie od Króla Snów, drudzy, że zadławił się kęsem nie dogotowanego mięsa, a jeszcze inni, że pofolgował sobie w uciechach z trzema nałożnicami. Ale czy to takie ważne? Pewne, że jest martwy, co nas obchodzi reszta.

— Więc nie dostaniemy żadnej roboty — powiedział przygnębiony Zalzan Karol.

— Nie, nie znajdziecie niczego aż do Thagobaru i nawet dalej.

— Całe tygodnie bez dochodów — utyskiwał Skandar.

— Trudna sprawa — powiedziała Lisamon Hultin. — Ale ja wiem, gdzie mógłbyś znaleźć niezłe zarobki, nie tak daleko od Thagobaru.

— Pewnie w Khyntorze — powiedział Zalzan Karol.

— Nie, w Khyntorze nastały ciężkie czasy, jak słyszałam. Nie obrodziły im tego lata klennety, kupcy cofnęli kredyty, więc myślę, że nie mają pieniędzy na rozrywki. Nie, ja mówię o Iliriroyne.

— Co takiego?! — krzyknął Sleet, jakby go raził piorun. Valentine szukał przez chwilę w pamięci takiej nazwy, jak zwykle bez rezultatu, więc szeptem zapytał Carabellę: — Gdzie to jest?

— Na południe od Khyntoru.

— Ale na południe od Khyntoru leży terytorium Metamorfów.

— Właśnie.

Ponure rysy Zalzana Karola rozpogodziły się po raz pierwszy od przeprawy z leśnymi braćmi. Odwrócił się do Lisamon Hultin i spytał:

— Jaką tam możemy dostać robotę?

— W przyszłym miesiącu Zmiennokształtni urządzają u siebie festyn — odpowiedziała Lisamon Hultin. — Będą dożynki, różnego rodzaju popisy, zabawy. Słyszałam, że czasami zjeżdżają do nich zespoły z królewskich prowincji i że zarabiają olbrzymie sumy. Zmiennokształtni nie przywiązują znaczenia do pieniędzy i łatwo je wydają.

— Och tak — powiedział Zalzan Karol. — Słyszałem już o tym, ale nie przyszło mi do głowy, żeby się przekonać, ile jest w tym prawdy.

— Możesz się przekonać, ale beze mnie — włączył się do rozmowy Sleet.

— Mówiłeś coś? — Skandar obrzucił go niechętnym spojrzeniem.

Sleet miał zbielałe i zaciśnięte usta oraz nieruchome, nienaturalnie błyszczące oczy. Okazywał takie zdenerwowanie jak po żonglowaniu z zawiązanymi oczami.

— Jeśli pojedziesz do Ilirivoyne — odezwał się głosem, w którym drżało napięcie — nie licz na moje towarzystwo.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)