Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Серия: Kroniki Majipooru #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Z wyniosłą miną odwróciła się i podeszła pod drzewo do wielkiego owocu. Wyciągnęła miecz, ucięła trzy wielkie plastry miąższu i pchnęła je pogardliwie w stronę dwóch Skandarów, którzy, nie czując się zbyt pewnie w tym sam na sam z olbrzymką, szybko włożyli przysmak do wiklinowego kosza.
— Wszyscy do wozu! — krzyknął Zalzan Kavol. — Pośpieszcie się! Do Mazadone jeszcze kawał drogi!
— Nie zajedziecie dzisiaj daleko — powiedziała Lisamon Hultin patrząc za odjeżdżającymi. — Zaraz tu wrócicie, o ile w ogóle uda się wam przeżyć.
Rozdział 5
Valentine myślał o zatrutych strzałach leśnych braci przez kilka następnych mil. Nie pociągała go nagła okrutna śmierć, która być może czaiła się za każdym mijanym drzewem. A las był gęsty, tajemniczy, obfitujący w bujną pierwotną roślinność, pełen wielkich krzewów paproci o liściach upstrzonych srebrnymi pochewkami zarodników, skrzypów wysokości kilkunastu stóp, wielkich kolonii grzybów o wyblakłych i popękanych ze starości kapeluszach, i kto wie, czy jeszcze nie czegoś gorszego.
Ale sok z owocu dwikka zrobił swoje. Podzielony przez Vinorkisa i puszczony w obieg granulkowaty miąższ miał niezwykły, słodki zapach i wprost rozpływał się w ustach, a zawarte w nim alkaloidy były wchłaniane przez krew i mózg, działając szybciej niż najmocniejsze wino. Valentine czuł krążące w żyłach ciepło i ogarniający go bezwład. Oparł się o ścianę kabiny mieszkalnej, jedną ręką objął Carabellę, a drugą Shanamira. Zalzan Karol, który jak zwykle pełnił dyżur na koźle, chyba też nie poskąpił sobie pachnącej słodyczy, bo wbrew własnym surowym zasadom poganiał wierzchowce coraz częściej, nadając wozowi zawrotne tempo. Zwykle opanowany Sleet dzielił teraz następną część owocu i śpiewał hałaśliwą piosenkę:
Pędzący wóz zatrzymał się tak nagle, że na kolanach Valentine'a wylądował rozochocony żongler, a na jego twarzy plaster miękkiego wilgotnego owocu. Valentine śmiał się, zupełnie oślepiony. Kiedy wytarł oczy, zobaczył, że wszyscy podróżni tłoczą się przy koźle Skandara.
— Co się stało?
— Ptasie sidła — odezwał się nagle wytrzeźwiały Vinorkis. — Blokada drogi. Olbrzymka mówiła prawdę.
Rzeczywiście. Dziesiątki lepkich czerwonych nici przeciągniętych w poprzek drogi od jednego drzewa do drugiego tworzyły silny sprężynujący łańcuch, równie gruby, co szeroki. Las był także nie do przebycia — ptasie sidła wisiały wszędzie. Nie było przejazdu.
— Czy nie można przeciąć pnączy? — spytał Valentine.
— Miotaczem zrobilibyśmy to w pięć minut, ale tylko popatrz — powiedział Zalzan Karol.
— Leśni bracia — szepnęła Carabella.
Las roił się od nich; byli wszędzie, ale nie zbliżali się do wozu. Nagie kościste ciała, prawie pozbawione tkanki tłuszczowej, obciągnięte niebieskoszarą gładką skórą. Cienkie kończyny i zapadnięte piersi. Bezwłose wąskie i długie czaszki o cofniętych czołach kolebały się na długich, wątłych szyjach. Wszystkie osobniki, zarówno płci męskiej, jak i żeńskiej, miały uwiązane przy pasach dmuchawki ze strzałami.
Podróżni niewątpliwie stanowili ośrodek zainteresowania leśnych braci. Całe to towarzystwo na wyścigi pokazywało sobie wóz i trajkotało zajadle, wydając przy tym mnóstwo syczących i gwiżdżących dźwięków.
— I co teraz? — Zalzan Kavol zwrócił się z pytaniem do Deliambera.
— Myślę, że trzeba wynająć olbrzymkę.
— Za nic w świecie!
— W takim razie przygotujmy się do obozowania w wozie aż do końca dni naszych albo wróćmy do Dulornu i tam poszukajmy drogi wiodącej w innym kierunku.
— Może należy spróbować pertraktacji — powiedział Skandar. — Wyjdź do nich, czarodzieju. Porozmawiaj z nimi w języku snów, Vroonów, małp, obojętne w jakim, bylebyś się dogadał. Powiedz im, że mamy do załatwienia w Mazadone sprawę nie cierpiącą zwłoki, że musimy występować na pogrzebie księcia i że jeśli nas zatrzymają, zostaną srogo ukarani.
— Ty im to powiedz — odrzekł spokojnie Deliamber. — Ja?
— Ten, kto pierwszy wychyli się z wozu, zostanie podziurawiony strzałami. Wolę nie dostąpić takiego zaszczytu. Być może podziałają na nich twoje wielkie rozmiary i obwołają cię swoim królem. A może nie.
— Odmawiasz wyjścia? — Oczy Zalzana Kavola zapłonęły gniewem.
— Martwy czarodziej nie zaprowadzi cię daleko — stwierdził Deliamber. — Wiem coś niecoś o tych stworzeniach. Są bardzo groźne i nigdy nie można przewidzieć, jak się zachowają. Wyślij do nich innego mediatora, Zalzanie Karolu. Nasza umowa nie zobowiązuje mnie do nadstawiania za ciebie karku.
Z gardzieli Zalzana Karola wyrwał się dobrze wszystkim znany warkot niezadowolenia, ale na tym się skończyło. Skandar zostawił czarodzieja w spokoju.
Zbici w gromadkę i zmartwieni siedzieli w milczeniu długie minuty. Leśni bracia, oswoiwszy się z sytuacją, zaczęli schodzić z drzew, uważali jednak, by nie znaleźć się zbyt blisko wozu. Niektórzy z nich zaczęli tańczyć na drodze w rytm ni to melodii, ni to buczenia owadów.
Kłopotliwą ciszę przerwał wreszcie Erfon Karol.
— Podmuch z miotacza energii na pewno by te stworzenia rozpędził. I nie zabrałoby nam dużo czasu spalenie pnączy. A potem…
— A potem te stworzenia będą za nami gonić wydmuchując strzały, ilekroć zobaczą choćby cień naszych twarzy — zaoponował Zalzan Kavol. — Nie. Ich liczba idzie pewnie w tysiące. Widzą nas doskonale, a same, schowane za drzewami, pozostają niewidoczne. Nie możemy pokonać ich siłą. — Wielki Skandar rzucił się żarłocznie na ostatni kawałek owocu dwikka, pomilczał chwilę, popatrzył spode łba w kierunku maleńkich ludzików tarasujących mu drogę, pogroził im pięścią i wreszcie odezwał się cierpko: — Do Mazadone mamy jeszcze kilka dni drogi, a tamta kobieta powiedziała, że i tak nie dostaniemy żadnej pracy, wobec tego może udalibyśmy się do Borgax albo do Thagobaru. Co ty na to, Deliamberze? Czas upływa, żadnych widoków na zarobek, a my siedzimy spokojnie w pułapce zastawionej przez te małe małpy z zatrutymi strzałami. Valentine?
— Słucham — odezwał się zaskoczony Valentine.
— Chcę, żebyś wymknął się chyłkiem z wozu i wrócił do olbrzymki. Zaproponuj jej trzy rojale za wyprowadzenie nas stąd.
— Mówisz serio? — spytał Valentine.
— Nie! Tylko nie on! Ja pójdę za niego! — zaprotestowała gwałtownie Carabella.
— Co to ma znaczyć? — spytał zirytowany Skandar. — Valentine jest… on jest… on się zgubi… on jest roztargniony,
on jej…
— Absolutne bzdury — przerwał Skandar wymachując niecierpliwie rękami. — Droga jest prosta, poradzi sobie, a poza tym szkoda by było, gdybyś ty podjęła to ryzyko, Carabello, zbyt sobie cenię twoje umiejętności. To on musi iść.
— Nie rób tego — szepnął Shanamir.
Valentine jeszcze się wahał. Niezbyt był zachwycony pomysłem Opuszczenia w miarę bezpiecznego wozu i samotnego marszu przez rojący się od śmiercionośnych stworzeń las. Ale ktoś musiał to zrobić, t przecież nie żaden z powolnych, ociężałych Skandarów ani płaskostopy Hjort. Dla Zalzana Karola on, Valentine, nie przedstawia wielkiej wartości i może Skandar nie jest w tym daleki od prawdy. Może on, Valentine, znaczy niewiele nawet dla samego siebie.