Gwiazdka Z Nieba
- Автор: Куинн Джулия
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Gwiazdka Z Nieba». Краткое содержание книги:
Po siedmiu latach Victoria i Robert spotykają się niespodziewanie w domu pewnej arystokratki, gdzie ona jest guwernantką, on zaś mile widzianym gościem. Czy mimo urazy i gniewu, jaki żywią do siebie, a także dzielącej ich przepaści towarzyskiej, ich miłość może się odrodzić?
Wiatr przybierał na sile, słone powiewy smagały jej policzki. Włosy zaczęły się kleić od wilgoci, nogi jej marzły. Gdzie u licha ten Robert? Czy pływanie przy takiej pogodzie jest bezpieczne? Wstała, rozejrzała się i jeszcze raz go zawołała. W końcu, gdy już myślała, że gorzej być nie może, poczuła na policzku zimną kroplę deszczu.
Zauważyła, że trzęsą jej się ręce, ale zdała sobie sprawę, że to wcale nie z zimna. Ogarniało ją przerażenie. Jeżeli Robert utonął…
Nawet nie była w stanie dokończyć myśli. Była na niego zła za cały poprzedni tydzień i wcale nie miała pewności, czy chce za niego wyjść, ale nie dopuszczała myśli, że mógłby na zawsze zniknąć z jej życia.
Padało coraz bardziej. Cały czas wołała Roberta, ale wiatr nie niósł jej słów w stronę morza. Czuła się bezradna. Nie było najmniejszego sensu wchodzić do wody Robertowi na ratunek, bo po pierwsze, Victoria słabo pływała, a po drugie, nie miała pojęcia, gdzie go szukać. Jeszcze raz wykrzyknęła jego imię. Nie liczyła, że Robert ją usłyszy, ale nic innego nie mogła zrobić.
A bezczynność nie wchodziła w grę.
Niebo złowrogo ciemniało, a Victoria z przerażeniem słuchała coraz groźniejszych zawodzeń wiatru. Starała się równo oddychać, chociaż serce jej biło w obłędnym tempie. I nagle, gdy już myślała, że bezradność ją rozsadzi, ujrzała w oddali różową plamkę. Podbiegła bliżej wody.
– Robert!!! – krzyczała. Minęła minuta, zanim się upewniła, że poruszający się w wodzie obiekt to rzeczywiście człowiek.
– O, Robert! Dzięki Bogu! – odetchnęła i wbiegła po kolana do wody. Była zbyt daleko, aby mu pomóc, ale nie mogła się powstrzymać, żeby nie ruszyć w jego stronę.
Weszła dalej, poczuła wodę na udach. Wysokie fale zasłaniały horyzont, napawając ją strachem. Robert musiał zmagać się z tymi falami. Widziała go teraz z bliższej odległości. Nadal nie sprawiał wrażenia osłabionego, ale zaczynał płynąć chaotycznie. Był zmęczony.
Znów zawołała go po imieniu. Tym razem na moment znieruchomiał i spojrzał przed siebie. Poruszył ustami. Victoria była pewna, że wykrzyczał jej imię.
Z powrotem zanurzył głowę i zaczął płynąć. Być może tylko tak jej się wydawało, ale miała wrażenie, że przyspieszył tempo. Uniosła ręce do góry i zrobiła jeszcze krok do przodu. Dzieliło ich teraz około dziesięciu metrów.
– Robert, już prawie jesteś! – krzyknęła. – Uda ci się!
W jednej chwili woda sięgała jej do pasa, a w następnej nagła, wielka fala przykryła jej głowę. Przewróciła się, przekoziołkowała i przez moment nie wiedziała, gdzie jest. Nagle w cudowny sposób złapała grunt pod nogami i wynurzyła głowę na powierzchnię. Zobaczyła, że stoi przodem do brzegu, więc odwróciła się i zobaczyła brnącego w jej stronę Roberta. Był nagi do pasa, bryczesy oklejały mu uda. Niemal upadł na nią.
– Mój Boże, Victoria – zipnął. – Gdy zobaczyłem, że znikasz pod wodą… – Nie dokończył zdania, pochylił się tylko i wciągał powietrze.
Victoria złapała go za rękę i pociągnęła za sobą.
– Musimy wyjść na brzeg.
– Nic… Nic ci się nie stało?
Patrzyła na niego przez rzęsisty deszcz.
– To ty mnie o to pytasz? Odpłynąłeś tak daleko od brzegu. Nawet cię nie widziałam. Byłam przerażona. Ja… – Przerwała. – Musimy o tym teraz rozmawiać?
Ruszyli powoli. Zmarznięta i osłabiona Victoria z trudem stawiała kroki, a wyczerpany Robert opierał się o nią.
– Victoria – sapnął.
– Nic nie mów. – Za wszelką cenę starała się dotrzeć do brzegu, a potem do ścieżki.
Ale on stanął i zmusił ją do zatrzymania. Ignorując deszcz i wiatr, wziął jej twarz w dłonie i spojrzał prosto w oczy.
– Nic ci się nie stało? – zapytał.
Victoria patrzyła, nie dowierzając, że zatrzymuje się w środku burzy i zadaje takie pytanie. Dotknęła jego dłoni i powiedziała:
– Robert, nic mi nie jest. Tylko zmarzłam. Musimy iść do domu.
Victoria nigdy później nie mogła zrozumieć, jakim cudem udało im się pokonać ścieżkę. Ziemia namokła od deszczu i co chwila jedno z nich ślizgało się i upadało, a drugie je podnosiło. W końcu Victoria z poranionymi dłońmi wspięła się na wzgórze i upadła na zielony trawnik przed domkiem. Kilka sekund później dołączył do niej Robert.
Deszcz zamienił się w ulewę, a wiatr wył, jakby się ktoś powiesił. Wspólnie dowlekli się do wejścia. On chwycił za klamkę, szarpnął drzwiami i otworzył przed nią przytulne wnętrze. Gdy już obydwoje znaleźli się w środku, przez chwilę stali sparaliżowani nagłą ulgą.
Pierwszy doszedł do siebie Robert. Przytulił Victorię i ściskał ją mocno, chociaż nie mógł opanować drżenia rąk.
– Myślałem, że cię stracę – szepnął, przykładając usta do jej skroni. – Myślałem, że cię stracę.
– Nie bądź niemądry. Ja…
– Myślałem, że cię stracę – powtarzał, nie osłabiając uścisku. – Najpierw myślałem, że już… Że nie uda mi się wrócić… Boże… Ja nie chciałem umierać… Zwłaszcza teraz, gdy byliśmy już tak blisko… – Położył dłonie na jej twarzy, ścisnął mocno i starał się zapamiętać każdy szczegół, każdy pieg i każdy kształt. – A gdy zniknęłaś pod wodą…
– Robert, tylko na chwilę.
– Nie wiedziałem, czy umiesz pływać. Nigdy mi nie mówiłaś.
– Umiem. Nie tak dobrze jak ty, ale umiem… Co za różnica? Nic mi się nie stało. – Zdjęła jego dłonie ze swej twarzy i chciała go pociągnąć w stronę schodów. – Trzeba kłaść się do łóżek. Musisz się rozgrzać, bo się przeziębisz.
– Ty też – bąknął, puszczając ją przodem.
– Bóg wie, od jak dawna nie topiłam się w cieśninie Dover. Najpierw zajmiemy się tobą, a potem obiecuję, że się przebiorę w suche ubranie.
Niemal zaciągnęła go na schody. Co chwila się potykał, jakby nie udawało mu się podnieść nogi wystarczająco wysoko, aby trafić na schodek. Na piętrze pchnęła go do przodu.
– To na pewno twój pokój – powiedziała, wpuszczając go do środka.
Skinął głową.
– Rozbierz się – zakomenderowała.
Miał jeszcze dość siły, aby się uśmiechnąć.
– Ach, gdybyś wiedziała, ile razy marzyłem, że tak do mnie powiesz… – Spojrzał na swoje trzęsące się z zimna ręce. Paznokcie miał sine.
– Nie wygłupiaj się – skarciła go surowo, przeszła przez pokój i zapaliła świecę. Był dopiero wczesny wieczór, ale burzowe chmury niemal całkowicie zasłoniły słońce. Od – wróciła się i zobaczyła, że Robert stoi ubrany. – No, co jest? Mówiłam, żebyś się rozebrał. Bezradnie wzruszył ramionami.
– Nie mogę. Palce mi…
Spojrzała na ręce, którymi próbował sforsować zapięcie bryczesów. Palce tak mu się trzęsły, że nie mógł objąć guzików. Z troskliwością wyniesioną jeszcze z czasów, gdy pracowała jako guwernantka, odpięła mu bryczesy i ściągnęła, odwracając głowę.
– Zwykle robię lepsze wrażenie – zażartował. Po takiej uwadze nie mogła dalej odwracać wzroku.
– O – powiedziała zdumiona. – Tego się zupełnie nie spodziewałam.
– Ja też wolałbym wyglądać inaczej – burknął.
Zaczerwieniła się i odwróciła głowę.
– Do łóżka, ale już. – Nieudolnie starała się, aby jej glos zabrzmiał stanowczo.
On starał się tłumaczyć, gdy prowadziła go do łóżka:
– Gdy mężczyzna zmarznie, wtedy…
– Wystarczy. Dziękuję. Nie muszę już nic więcej wiedzieć.
Uśmiechnął się, ale szczękanie zębów zepsuło efekt.
– Zawstydziłaś się.
– Coś takiego! – Podeszła do szafy. – Masz dodatkowe koce?
– Tak. Jeden w twoim pokoju.