Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 141
Перейти на страницу:

— Chodźmy już — powiedział Shanamir. — Spakujemy się w pół godziny, a z nadejściem nocy będziemy daleko stąd. Zajmij się pakowaniem, a ja zorganizuję dwa wierzchowce, wyprowadzę je za drzewa, w dół stoku, do małego jeziorka, które mijaliśmy jadąc tutaj i spotkamy się przy lasku drzew kapuścianych. — Przejęty, gestykulował gorączkowo. — Tylko się pośpiesz! Muszę wyprowadzić wierzchowce, dopóki w pobliżu nie ma żadnego Skandara.

Shanamir zniknął między drzewami. Valentine stał jak skuty lodem. Odjechać teraz, tak nagle, nie mając czasu na oswojenie się z nową sytuacją? A co z Carabellą? Żadnego pożegnania? A Deliamber? A Sleet? Ruszył w stronę wozu, by zebrać swój niewielki majątek, ale zatrzymał się jeszcze, dotknął obumarłej rośliny, oderwał z niej zeschłe liście, jakby chciał pobudzić ją do życia. Może to zrządzenie losu, zaczął się zastanawiać, bo gdyby pozostał z żonglerami, mógłby o miesiące, a nawet lata opóźnić konfrontację z rzeczywistością, która wcześniej czy później i tak by go dopadła. A Carabella? Jeśli rodzące się między nimi uczucie jest szczere, i tak nie znalazłoby miejsca dla siebie w nowej rzeczywistości. No cóż, wypada mu tylko odsunąć na bok zmartwienia, otrząsnąć się z nagłego szoku i ruszyć na gościniec, który zaprowadzi go do Piliploku i na statek pielgrzymów. Ruszże się, powiedział do siebie, pozbieraj swoje rzeczy, w lasku kapuścianym czeka Shanamir z wierzchowcami.

Zwlekał jeszcze, kiedy nadbiegła w podskokach Carabella. Jej twarz promieniała radością.

— Wszystko załatwione — oznajmiła. — Posłużyłam się Deliamberem. Trochę popracował nad Skandarem. No wiesz, drobna sztuczka tu, drobna sztuczka tam, delikatne dotknięcie macek, czary jak czary, normalne. No i Zalzan Karol zmienił zamysł. Czy też my zmieniliśmy za niego.

— To znaczy, że mogę zostać? — z ulgą w głosie spytał Valentine.

— Pod warunkiem, że pójdziesz do niego i poprosisz o przebaczenie.

— Przebaczenie za co?

— To nie ma znaczenia — roześmiała się Carabella. — Wilgotne futro, zimny nos, obraził się, bogowie wiedzą za co. On jest Skandarem, Valentine. Ma własne poczucie dobra i zła. Nie musi myśleć tak samo jak ludzie. Wprawiłeś go w złość, więc cię odprawił, ale jeśli go grzecznie poprosisz, to przyjmie cię z powrotem. Idź, tylko szybko.

— Tak… ale…

— Jakie ale? Teraz z kolei ty wbijasz się w dumę? Chcesz być nadal zatrudniony u Skandara, czy nie? — Jasne, że chcę.

— No to idź! — powiedziała. Chwyciła go za ramię usiłując zmusić do zrobienia pierwszego kroku, lecz w tym samym momencie przypomniała sobie, z kim się szamoce, odskoczyła niepewna, czy nie powinna uklęknąć i prosić go o przebaczenie. — Proszę cię — powiedziała cicho po chwili wahania. — Proszę cię, idź do niego. Jeśli opuścisz trupę, ja też ją opuszczę, a wcale bym tego nie chciała. Idź. Proszę!

— Dobrze — zgodził się Valentine.

Zalzan Karol siedział na schodkach wozu z posępną miną, skulony, spowity w purpurową mgłę niczym w strojny płaszcz. Valentine podszedł do niego i odezwał się głosem, w którym brzmiała szczerość:

— Nie miałem zamiaru cię rozgniewać. Wybacz mi, proszę. Zalzan Kavol warknął z cicha.

— Naprzykrzasz mi się — powiedział. — Dlaczego miałbym ci wybaczyć? Od tej chwili masz się do mnie nie odzywać, dopóki cię o to nie poproszę. Rozumiesz, co się do ciebie mówi?

— Rozumiem — odpowiedział Valentine.

— I nie będziesz się starał wpływać na kierunek dalszej podróży.

— Rozumiem — potwierdził Valentine.

— A jeśli jeszcze raz wyprowadzisz mnie z równowagi, zwolnię cię bez żadnej odprawy i będziesz miał dziesięć minut na to, by zejść mi z oczu, nawet gdybyśmy obozowali pośrodku rezerwatu Metamorfów i gdyby zbliżała się noc, rozumiesz?

— Rozumiem.

Nie odszedł jednak, zastanawiając się, czy teraz Skandar nie każe mu bić przed sobą pokłonów, całować w owłosione palce albo czołgać się po ziemi. Stojąca z boku Carabella wstrzymała oddech, bojąc się, że scena, w której władca Majipooru prosi o przebaczenie wędrownego Skandara, zakończy się wielką awanturą.

Zalzan Karol spoglądał na Valentine'a tak, jakby patrzył na talerz z nieświeżą rybą w zakrzepłym już sosie. W końcu przemówił z kwaśną miną:

— Nie jestem zobowiązany udzielać moim pracownikom informacji, które ich nie dotyczą. Powiem ci jednak, że moim rodzinnym miastem jest Piliplok, że wracam do niego od czasu do czasu i że i tym razem zamierzam w końcu tam dotrzeć. Kiedy to nastąpi, jeszcze nie wiem. Będzie to zależało od umów na występy, jakie zawrę po drodze, ale wiedz, że nasza trasa w zasadzie biegnie na wschód, chociaż możemy z niej tu i tam zbaczać, chcąc zarobić na chleb. Kiedy już znajdziemy się w Piliploku, będziesz mógł odejść z mojej trupy i robić co zechcesz, lecz gdybyś wtedy zamierzał odłączyć od zespołu kogokolwiek poza pastuchem, zaskarżę cię w sądzie Koronala i zażądam najwyższej kary. Rozumiesz, co się do ciebie mówi?

— Rozumiem — odpowiedział Valentine, choć nie przejmował się zbytnio groźbą Skandara.

— I jeszcze jedno — kontynuował Zalzan Kavol. — Chcę, żebyś wciąż pamiętał, że dostajesz wystarczająco dużo koron na tydzień nie licząc premii i tego, co łożę na twoje utrzymanie. Więc jeśli przyłapię cię na zaprzątaniu sobie głowy myślami o Pani i służbie dla niej albo o czymkolwiek innym poza tym, jak rzucać maczugami czy piłkami jak je łapać, by zabawić publiczność, zerwę z tobą umowę. I tak już przez parę ostatnich dni nie byłeś w najlepszej formie, Valentine. Musisz się zmienić. Potrzebuję do swojej trupy troje człowieczych istot, ale niekoniecznie tych, które mam teraz. Rozumiesz, co się do ciebie mówi?

— Rozumiem — odpowiedział Valentine po raz któryś z rzędu.

— No to możesz odejść!

Kiedy znaleźli się poza zasięgiem wzroku i słuchu Skandara, Carabella odezwała się nieśmiało:

— Czy to było dla ciebie strasznie nieprzyjemne?

— To musiało być strasznie nieprzyjemne dla Zalzana Kavola.

— On jest tylko owłosionym zwierzęciem!

— Nie — glos Valentine'a brzmiał poważnie. — On jest istotą rozumną, tak samo jak my. Skandar tylko wygląda jak zwierzę. Kiedy obcujesz z istotami wrażliwymi na punkcie honoru i dumy, najmądrzej jest dostosować się do ich wymagań, zwłaszcza jeśli mają dwa i pół metra wzrostu i zapewniają ci zarobek łącznie z utrzymaniem. Z tego punktu widzenia bardziej ja potrzebuję Zalzana Kavola niż on mnie.

— A pielgrzymka? — spytała Carabella. — Naprawdę zamierzasz ją odbyć? Kiedy się zdecydowałeś?

— W Dulornie. Po rozmowie z Deliamberem. Mam pewne wątpliwości co do siebie, które powinienem wyjaśnić. Może mi w tym pomóc jedynie Pani Wyspy. Dlatego pójdę do niej, a przynajmniej będę usiłował tam dotrzeć. Ale to wszystko jest jeszcze daleką przyszłością, a dopiero co przysięgałem Zalzanowi Kavolowi nie myśleć o tych sprawach. — Ujął dłoń dziewczyny. — Dziękuję ci za załagodzenie sporu między mną a Skandarem. Zupełnie nie byłem przygotowany na odejście z trupy ani na stracenie ciebie zaraz po tym, jak cię odnalazłem.

— Dlaczego sądzisz, że straciłbyś mnie, gdybyś odszedł od Skandara? Odeszłabym z tobą.

— Za to też ci dziękuję, Carabello. Teraz powinienem zejść do lasku drzew kapuścianych i kazać Shanamirowi zwrócić wierzchowce, które dla nas ukradł.

Rozdział 4

W miarę upływu dni krajobraz za oknami wozu stawał się coraz bardziej obcy i Valentine dziękował losowi za to, że nie wyruszył w podróż we dwójkę z Shanamirem.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)