Maski czasu [The Masks of Time - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-7120-058-7
- Переводчик: Slawomir Dymczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Maski czasu [The Masks of Time - pl]». Краткое содержание книги:
Wszystkie te zmiany odnotowałem podczas pierwszych kilku minut po przyjeździe, kiedy to wrażenia są zazwyczaj najbardziej wyraziste. Ewentualny komentarz zostawiłem jednak na później. Pierwszy ruch wykonał Jack.
— Jesteś chyba mocno zmęczony, Leo. Ta nowa praca musi cię wiele kosztować.
Potem Shirley.
— Tak, biedaczysko. Ciągle w bezsensownych rozjazdach. Potrzebujesz odpoczynku. Nie mogłeś wynegocjować dłuższego urlopu?
— Taki ze mnie wrak? — spytałem.
— Arizońskie słońce potrafi czynić cuda — odparła Shirley i roześmiała się hałaśliwie.
Pierwszego dnia leżeliśmy na tarasie, skąpani w słońcu. Po tylu tygodniach mroźnej zimy, prawdziwą rozkoszą było czuć na gołej skórze ciepło świata. Oni jak zwykle taktowni, nie zadawali pytań. Leżeliśmy więc na słońcu, rozleniwieni, czasami rzucając jakąś nieistotną uwagę. Wieczorem zjedliśmy kotlety z rusztu, popijając lampką Chambertin rocznik 88. Kiedy znad pustyni zaczął napływać wieczorny ziąb, zaciągnęliśmy grube kotary i słuchaliśmy Mozarta. Wspomnienia ostatnich tygodni odeszły w dal.
Następnego ranka zerwałem się bardzo wcześnie, gdyż mój wewnętrzny zegar ciągle wskazywał czas innej strefy. Wyszedłem na pustynię. Kiedy wróciłem ze spaceru, Jack też już wstał. Siedział na kupce suchego prania i rzeźbił coś w kawałku drewna. Kiedy podszedłem bliżej, spytał niespokojnie:
— Dowiedziałeś się czegoś o…
— Nie.
— …przemianie energii? Pokręciłem głową.
— Próbowałem, Jack. Ale z Vornana nie można nic wydusić. Nie podaje żadnych konkretów. Milczy jak zaklęty.
— Jestem w kropce. Możliwość, że mój wynalazek zniszczy światowy ład…
— Zapomnij o tym, dobrze? Wytyczasz nowe szlaki, Jack. Opublikuj swoje prace, zainkasuj Nobla i do diabła ze społeczeństwem. Ty prowadzisz tylko badania. Po co obciążać głowę konsekwencjami?
— Człowiek, który wynalazł bombę atomową, tłumaczył się pewnie podobnie — mruknął Jack.
— Czy ostatnio spuszczono jakieś bomby? A tymczasem twój dom funkcjonuje dzięki reaktorowi. Gdyby tamci faceci zarzucili wówczas badania nad syntezą jądrową, musiałbyś dzisiaj palić w piecu.
— Ale ich dusze… ich dusze… Straciłem cierpliwość.
— Mamy gdzieś ich cholerne dusze! Byli naukowcami, robili swoje. A że przy okazji zmienili oblicze świata, to nie ich wina. Była wojna. Cywilizacja stanęła w obliczu zagłady. Ich wynalazek znacznie ułatwił rozwiązanie wielu spraw. Twój wynalazek na razie nie istnieje. Są tylko równania. Podstawy. A ty już rozpaczasz nad losem ludzkości, oskarżasz się o zdradę! Zrobiłeś jedynie użytek ze swojego mózgu, Jack. Jeśli to jest według ciebie zdrada, to lepiej…
— Masz rację, Leo — przerwał mi słabym głosem. — Robię z siebie mordercę i ofiarę. Zmieńmy lepiej temat. Co sądzisz o Vornanie? Mówi prawdę? Kłamie? Znasz go przecież najlepiej.
— Naprawdę, nie wiem co myśleć.
— Stary, dobry Leo. Na wszystko masz zgrabną odpowiedź!
— To nie takie proste, Jack. Widziałeś Vornana w telewizji?
— Jasne.
— Sam wiesz, że trudno opisać go jednym słowem. Drań kuty na cztery łapy, śliski jak piskorz.
— Na pewno jednak masz jakieś wewnętrzne przeczucie.
— Mam.
— Tajemnica?
Zwilżyłem usta i splunąłem na piach.
— Intuicja podpowiada mi, że Vornan jest tym, za kogo się podaje.
— Człowiekiem z roku 2999?
— Przybyszem z odległej przyszłości.
Za naszymi plecami rozległ się piskliwy śmiech Shirley.
— Cudownie, Leo! Nareszcie zrozumiałeś, że nie ma ucieczki przed prawdą, nawet tą najbardziej nierealną!
Stanęła za nami naga, bogini poranka, paraliżująco piękna, z włosami rozwianymi na wietrze. Tylko oczy miała zbyt lśniące.
— Nierealność to groźna pani — powiedziałem. — Nie chciałbym dzielić z nią łoża.
— Dlaczego uważasz, że Vornan mówi prawdę? — naciskał Jack.
Opowiedziałem o wynikach badań krwi i opinii Kolffa na temat języka przyszłości. Dodałem również kilka własnych spostrzeżeń. Shirley była w siódmym niebie, Jack siedział zamyślony.
— Wiesz coś na temat jego aparatu do podróży w czasie? — spytał w końcu.
— Zero. Vornan milczy jak zaklęty.
— Nic dziwnego. Nie chce ryzykować, że zwali mu się do domu z wizytą tłum kudłatych barbarzyńców.
— Może chodzi o… względy bezpieczeństwa — powiedziałem.
Jack przymknął oczy.
— Skoro Vornan rzeczywiście reprezentuje przyszłość, prawdą musi być również opowieść o ich systemie energetycznym. Istnieje zatem możliwość, że…
— Daj spokój, Jack — poprosiłem.
Z wyraźnym wysiłkiem zaprzestał snucia dalszych wizji. Shirley ujęła go za rękę.
— Co mamy dzisiaj na śniadanie? — spytałem.
— Co powiesz na pstrąga prosto z zamrażarki?
— Wspaniale.
Klepnąłem ją przyjacielsko w pośladek, zachęcając do powrotu w świat garnków i patelni. Jack odprowadził ją wzrokiem. Był już znacznie spokojniejszy.
— Chciałbym porozmawiać z Vornanem — oznajmił. — Najwyżej dziesięć minut. Dasz radę to załatwić?
— Wątpię. Prywatne wywiady to rzadkość. Rząd trzyma go krótko na smyczy, a w każdym razie usiłuje. Obawiam się, że jeśli nie jesteś biskupem, dyrektorem dużego przedsiębiorstwa albo sławnym poetą, to nie masz szans. Ale nie przejmuj się, Jack. I tak nie dowiedziałbyś się tego, czego pragniesz się dowiedzieć. Jestem pewien.
— A jednak chciałbym chociaż spróbować. Miej to na uwadze.
Obiecałem mu to solennie, ale nie rokowałem wielkich nadziei. Przy śniadaniu rozmowa zeszła na mniej istotne — tematy. Później Jack zniknął w swojej pracowni, a ja i Shirley wróciliśmy na taras. Powiedziała, że martwi się o Jacka — ma on wyraźną obsesję na punkcie tego, co powie o nim historia. Nie wiadomo jak reagować.
— Ta mania ciągnie się już latami, od chwili gdy go poznałam, od chwili gdy pracowaliście razem na uczelni. Ale gdy przybył Vornan, nastąpiło znaczne pogorszenie. Jack jest przeświadczony, że jego manuskrypt zmieni oblicze społeczeństwa. W zeszłym tygodniu powiedział nawet, że cieszyłby się, gdyby racja była po stronie apokaliptystów. On pragnie, aby świat przestał istnieć pierwszego stycznia. On jest chory, Leo.
— Rozumiem, w czym rzecz. Ale to jest choroba, przeciw której sam pacjent nie szuka lekarstwa.
Cichutko, niemal przytykając wargi do moich warg, szepnęła.
— Ukrywasz coś przed nim? Mnie możesz powierzyć prawdę. Co Vornan powiedział na temat energii?
— Nic, przysięgam.
— A ty naprawdę wierzysz, że on jest…
— W zasadzie tak. Nie mam jednak pewności. Nauka neguje jego teorię.
— Ale odrzucając te względy?
— Wierzę — powiedziałem.
Oboje zamilkliśmy. Wędrowałem wzrokiem po jej nagim ciele, od kształtnych piersi aż po gładkie uda. Palce u nóg miała podkurczone, jakby coś ją uwierało.
— Jack chce rozmawiać z Vornanem — oznajmiła po chwili.
— Wiem.
— Ja również marzę o spotkaniu z tym mężczyzną. Tobie mogę to powiedzieć, Leo — pragnę go całą sobą.