Maski czasu [The Masks of Time - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-7120-058-7
- Переводчик: Slawomir Dymczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Maski czasu [The Masks of Time - pl]». Краткое содержание книги:
— Niech to cholera — mruknął. — Niech to ciężka, zaraźna cholera!
Przemierzał pomieszczenie wielkimi krokami, przystawał co jakiś czas przy oknie, spoglądając na pokryte śnieżnym całunem wieżowce.
— Macie tu coś do picia? — spytał wreszcie.
— Rum, burbon, szkocka — oznajmiła Helen. — Nie krępuj się.
Kolff podszedł do stołu, gdzie stały na wpół opróżnione butelki, wybrał burbona i pociągnął łyk, który mógłby swobodnie powalić hipopotama. Potem wziął jeszcze kilka podobnych łyków, przechylając coraz wyżej denko flaszki, a na końcu cisnął nią o podłogę. Stał pewnie na obu nogach i tarł w zamyśleniu ucho. Usłyszałem, jak przeklina, zapewne w staroangielszczyźnie.
— Dowiedziałeś się czegoś ciekawego? — spytała Aster.
— Owszem. Całkiem sporo — odparł Kolff, opadł na fotel i uruchomił wibrator. — Dowiedziałem się mianowicie, że Vornan nie jest oszustem.
Heymanowi opadła szczęka z wrażenia. Helen sprawiała wrażenie mocno zaskoczonej, a nie sądziłem dotąd, aby cokolwiek było w stanie wytrącić ją z równowagi.
— Co chcesz przez to, u diabła, powiedzieć, Lloyd? — wybuchnął Fields.
— Vornan rozmawiał ze mną… w swoim własnym języku — odparł Kolff. — Przez bite pół godziny. Wszystko mam skrzętnie nagrane. Jutro oddam taśmę do komputerowej analizy. Ale już teraz mogę z całą pewnością powiedzieć, że to nie żaden numer. Jedynie geniusz mógłby wymyślić podobny język.
Kolff potarł nerwowo czoło.
— Dobry Boże! Człowiek z innego czasu! Kto by pomyślał?
— Rozumiałeś, co mówi? — zapytał Heyman.
— Dajcie mi jeszcze pić — zażądał Kolff.
Wziął od Aster kolejną butelkę burbona i przytknął ją do ust. Później poklepał się po brzuchu i zamachał dłonią przed oczami, jakby chciał odgarnąć pajęczyny. Wreszcie podjął przerwany wątek.
— Nie, nie zrozumiałem co mówi. Ale poznałem sam szkielet języka. Vornan używa angielskiego, lecz jest to angielski równie nam odległy, co ten, którym spisano kroniki anglosaksońskie. Mnóstwo w nim naleciałości azjatyckich. Rozpoznałem ślady perskiego, bengalskiego, japońskiego. Jestem również pewien paru wyrazów z arabskiego i malajskiego. To istny tygiel językowy.
Tutaj Kolff urwał i głośno czknął.
— Sami wiecie, że nasz angielski to także niezły tygiel. Wiele u nas naleciałości z duńskiego, francuskiego, saksońskiego, okropny bałagan, dwa główne korzenie: germański i łaciński. Mamy więc wiele synonimów: preface i foreword, perceive i know, power i might. Jednakże oba te korzenie wychodzą z jednego pnia, starego prajęzyka indoeuropejskiego. W czasach Vornana wszystko uległo przemieszaniu. Do użytku weszły słowa z zupełnie obcych grup. Co za język! Wszystko można w nim wyrazić! Dosłownie wszystko! Lecz tak głęboko sięgają tylko korzenie! Same słowa są wygładzone niczym otoczaki w rwącym strumieniu, zniknęła cała szorstkość. Gdy Vornan wypowiada dziesięć słów, to tak, jakbym ja wypowiedział dwadzieścia zdań. Gramatyka — pewnie i pięćdziesiąt lat nie wystarczy, aby rozpracować gramatykę tego języka. Następne pięćset, aby zrozumieć. Ale zostawmy w spokoju gramatykę — kocioł dźwięków, tygiel języków. Niesamowite, niesamowite! Vornan mówi… jakby recytował poezję. Metafizyczną poezję niezrozumiałą dla innych. Rozpoznałem jedynie fragmenty… niewielkie strzępy…
Kolff zamilkł i poklepał się po wydatnym brzuszysku. Był poważny jak nigdy.
Wreszcie Fields przerwał ciszę.
— Skąd ta twoja pewność, Lloyd? Nie potrafisz zrozumieć języka, ale wiesz o nim już tak wiele! Jak sam przyznałeś, nie znasz przecież gramatyki — może nasz gość robi z ciebie balona?
— Jesteś idiotą — odparł spokojnie Kolff. — Powinieneś wreszcie wziąć swoją głowę pod pachę i wysypać te wszystkie śmieci ze środka. Ale wówczas czekałaby cię śmierć z powodu wrodzonej pustoty czaszki.
Fields poczerwieniał. Heyman wstał gwałtownie i zaczął chodzić po pokoju kołysząc się jak pingwin. Stanęliśmy w obliczu kolejnego wewnętrznego kryzysu. Osobiście czułem się potwornie nieswojo. Bo jeśli Kolff — ostatni niedowiarek — skapitulował, to czyż możemy mieć jeszcze jakieś wątpliwości, co do tożsamości Vornana? Dowody świadczyły na jego korzyść. A może wszystko było tylko wytworem chorej wyobraźni Kolffa? Może Aster błędnie zinterpretowała wyniki badań? Może. Może. Niech Bóg nade mną czuwa — ja nie chcę uwierzyć w Vornana, bo cóż byłyby wówczas warte moje osiągnięcia naukowe! I tak nieustannie nękała mnie świadomość, że pogwałciłem kodeks prawdziwego naukowca, gdyż postawiłem diagnozę opierając się jedynie na przeczuciach. Tak czy inaczej jednak, mur sceptycyzmu musi rozpaść się w pył. Jak długo jeszcze mogę dawać odpór faktom? Kiedy wreszcie zaakceptuję stan rzeczy, kiedy ruszę w ślady Aster i Kolffa? Dopiero gdy Vornan na moich oczach dokona transformacji czasu?
— Możesz puścić nam tę kasetę? — spytała słodko Helen.
— Tak, oczywiście. Kaseta.
Wydobył z kieszeni niewielki sześcian i drżącymi dłońmi umieścił go w odtwarzaczu. Uruchomił odczyt i nagle cały pokój wypełniły delikatne, kojące dźwięki. Słuchałem z zapartym tchem. Vornan mówił bardzo śpiewnie, starannie, wyraźnie, perfekcyjnie operował wysokością i tembrem głosu, dzięki czemu mowa bardziej przypominała śpiew. Raz po raz wydawało mi się, że rozumiem pojedyncze słowa, lecz było to tylko złudzenie. Kolff zetknął opuszki palców na wysokości brody, kiwał z uśmiechem głową, parę razy zamajtał nerwowo nogami, coś do siebie pomruczał.
— No i co? Teraz widzicie sami.
Jedyne, co zobaczyłem, a w zasadzie usłyszałem, to dźwięki: zrazu perłowe, potem lazurowe, wreszcie ciemnoturkusowe. Wszystkie tajemnicze, wszystkie nieznane — mimo to wcale nie rozwiały moich wątpliwości. Kiedy zapis dobiegł końca, siedzieliśmy jeszcze dłuższą chwilę w milczeniu, zasłuchani w melodię, która wciąż — jak się zdawało — wisi w powietrzu. Wreszcie Kolff dźwignął się z fotela i schował sześcian z powrotem do kieszeni.
— Chodź — poprosił Helen, która trwała w bezruchu z dziwacznie wykrzywioną twarzą — jakby przed momentem obejrzała fragment mrocznej ceremonii. — Chodź — powtórzył, kładąc jej na ramieniu swoją wielką dłoń — pora już spać. Ale taka dziś noc, że smutno samemu.
Wyszli razem. Nadal brzmiał mi w uszach głos Vornana, recytującego coś w języku, który miał narodzić się dopiero za stulecia albo który był stekiem bzdur dła naiwnych. Poczułem senność owiany dźwiękami przyszłości, a może tylko bełkotaniem oszusta.
Dwunasty
Nasza karawana opuściła zasłane śniegiem Denver i ruszyła na zachód, w stronę słonecznej Kalifornii, lecz już beze mnie. Poczułem ogromny niepokój ducha, przemożną chęć chociaż chwilowej ucieczki z magicznego kręgu Vornana, Heymana, Kolffa i całej reszty. Byłem z nimi już od ponad miesiąca i ogarnęło mnie narastające znużenie. Poprosiłem Kralicka o krótki urlop i dostałem go bez problemu. Wyruszyłem na południe do Arizony z zamiarem złożenia wizyty Jackowi i Shirley. Po tygodniu miałem zamiar z powrotem dołączyć do grupy w Los Angeles.
Ostatni raz widziałem się z Brayantami w styczniu; teraz mieliśmy luty, rozłąka trwała więc bardzo krótko. Jednak i dla mnie, i dla nich, był to szmat czasu. Widziałem, jak bardzo się zmienili. Jack był wymizerowany i przygnębiony, jakby ostatnio niedosypiał. Poruszał się gwałtownie i nerwowo, przypominał dawnego Jacka — bladego chłopaka, z którym przed laty wspólnie pracowałem. Uleciał z niego cały spokój pustyni. Również Shirley sprawiała wrażenie dziwnie spiętej. Blask jej złotych włosów zmatowiał, a figura straciła wiele powabu. Widziałem jej żylastą szyję. Usiłowała pokryć zdenerwowanie nadmiarem wesołości. Śmiała się za często i zbyt głośno. Jej głos, nienaturalnie wysoki, wibrował w powietrzu. Wydawała mi się dużo starsza. Jeszcze w grudniu dałbym jej najwyżej dwadzieścia pięć lat, teraz — co najmniej czterdzieści.