Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
Zobaczyła Beatrycze Burgundzką, księżną Ostenburga, jak siedzi pod oknem i czyta Poemat o róży i rycerzu, a promień słońca pada ukośnie zza jej ramion, oświetlając iluminowane stronice. Zobaczyła, że jej ręka w kolorze kości słoniowej, z lśniącym w owym promieniu pierścieniem, drży delikatnie niczym liść na gałęzi podczas lekkiego zefiru. Może kochała i była nieszczęśliwa, a duma nie pozwalała jej zapomnieć, że ów mężczyzna śmiał odmówić jej tego, czego nie odmówił królowej Ginewrze sam Lancelot z Jeziora… Ale mogło też być inaczej: najemny kusznik miał pomścić urazę, jaka została po dawnych uniesieniach, po ostatnim pocałunku, po bezwzględnym pożegnaniu… Nad odległym krajobrazem pędziły chmury po niebieskim flamandzkim niebie, a dama wciąż siedziała pogrążona w lekturze książki trzymanej na podołku. Nie. To było niemożliwe, przecież Ferdynand Altenhoffen w życiu nie złożyłby hołdu zdradzie, a Pieter van Huys nie włożyłby w swoje dzieło całej maestrii i wiedzy… Raczej należałoby podejrzewać, że oczy nie patrzyły przed siebie, bo starały się ukryć łzę. Ze czarny aksamit był kirem po własnym sercu, przeszytym tym samym grotem, który zaświstał przy fosie. Sercu, które ustąpiło przed racją stanu, przed zaszyfrowanym listem jej kuzyna, księcia Burgundii, Karola: złożonym na kilka razy pergaminem ze złamaną pieczęcią, który, oniemiała z rozpaczy, zmięła zimnymi dłońmi, a później spaliła w płomieniu świecy. Listem poufnym, przekazanym przez zauszników.
Intrygi i spiski knute wokół księstwa i jego przyszłości, która była także przyszłością Europy. Stronnictwo francuskie, stronnictwo burgundzkie. Cicha wojna gabinetowa, równie bezlitosna, jak najsroższa bitwa w polu: bez bohaterów, za to z katami w koronkach, których bronią byty sztylet, trucizna i kusza… Zew krwi, powinność, jakiej domagała się rodzina, nie zakładały niczego, czego później nie wybaczyłby dobry spowiednik. Co najwyżej tego, żeby stanęła właściwego dnia i o właściwej godzinie w oknie wieży Wrót Wschodnich, gdzie co wieczór pokojówka czesała jej włosy. W oknie, pod którym dzień w dzień o tej samej porze przechadzał się Roger d'Arras, rozmyślając samopas o swej niemożliwej miłości i o swoich tęsknotach.
Tak. Może czarna dama miała oczy spuszczone, wbite w książkę na podołku, wcale nie dlatego, że czytała, ale ponieważ płakała. Ale mogło też być i tak, że nie śmiała spojrzeć w oczy malarza, przez które bacznie przyglądały jej się Wieczność i Historia.
Zobaczyła Ferdynanda Altenhoffena, nieszczęsnego księcia, targanego wichrami ze wschodu i z zachodu, szalejącymi po Europie, która zmieniała się stanowczo zbyt szybko. Stał zrezygnowany i bezradny, więzień własnego miejsca i czasu, bił zamszowymi rękawicami o jedwabne pludry i trząsł się z wściekłości i rozpaczy, nie mogąc ukarać zabójcy jedynego przyjaciela, jakiego miał w życiu. Oparty o kolumnę w sali udekorowanej gobelinami i sztandarami, wspominał lata młodości, wspólne marzenia, własny podziw dla młodzieńca, który poszedł na wojnę i wrócił okryty bliznami i chwałą. W murach zamku wciąż rozbrzmiewał jego śmiech, jego spokojny, rozważny głos, jego rzucane na stronie ważkie uwagi, wytworne komplementy pod adresem dam, stanowcze rady, echo i ciepło jego przyjaźni… Ale oto go zabrakło. Odszedł w mroki.
“A najgorsze, mistrzu van Huysie, najgorsze, stary przyjacielu, stary malarzu, któryś miłował go prawie tak jak ja, najgorsze, ze nie można go pomście; i ona, i ja, i on sam, jesteśmy igraszkami w rękach możnych, w rękach tych, co mocą własnych pieniędzy i wpływów postanawiają, że czas wymaże Ostenburg z map, które kreślą kartografowie… Nie mogę żadnej głowy ściąć na grobie mego druha, choćbym nawet wiedział, którą. Tylko ona wiedziała, ale zataiła. Zabiła go swym milczeniem, zezwoliła, by stawił się jak co wieczór – ja też opłacam dobrych szpiegów – przy fosie Wrót Wschodnich, zmamiony niemym śpiewem syrenim, który pcha mężczyzn w objęcia przeznaczenia. Przeznaczenia, co uśpione albo ślepe się zdaje, lecz pewnego dnia otwiera oczy i patrzy na nas.
Jak widzisz, mistrzu van Huysie, nie ma miejsca na zemstę. Zawierzam ją więc tylko twym rękom i twemu geniuszowi, a nikt nie zapłaci ci za obraz tyle, ile ja ci zapłacę za ten. Żądam sprawiedliwości, choćby tylko dla mnie. Choćby po to, żeby ona wiedziała, że ja wiem, i żeby jeszcze ktoś oprócz Boga dowiedział się, gdy my, jak Roger d'Arras, w proch się obrócimy. Zatem namaluj ten obraz, mistrzu van Huysie. Na niebiosa, namalujże go. Niech znajdzie się na nim wszystko, niech to będzie twoje najlepsze, najstraszliwsze dzieło. Namaluj go, a potem niech Diabeł, któregoś kiedyś namalował na koniu u jego boku, porwie nas wszystkich”.
I wreszcie zobaczyła rycerza, jak spaceruje o zmroku koło fosy Wrót Wschodnich, w kaftanie z rozcięciami i w amarantowych pludrach, ze złotym łańcuchem na szyi i bezużytecznym sztyletem przypasanym do boku. Jest sam, giermek nie rozprasza jego rozmyślań. Zobaczyła, jak podnosi oczy ku ostrołukowemu oknu, a na jego twarzy pojawia się delikatny uśmiech, nieobecny i melancholijny. Uśmiech, który jest zwierciadłem wspomnień, chwil uniesienia i chwil grozy, a także przeczucia własnego losu. I może Roger d'Arras domyśla się kusznika, który stoi ukryty po drugiej stronie wyszczerbionego blanku, porośniętego bujnymi krzewami, naciąga cięciwę kuszy i mierzy mu w bok. A rycerz nagle pojmuje, że całe jego życie, ta długa droga, jaką przebył pośród bitew stoczonych w chrzęszczącej zbroi, spocony i zlany potem, pośród uścisków kobiet, owe trzydzieści osiem lat, jakie dźwiga niczym ciężki tobół, dopełnia się właśnie tu, w tym miejscu i w tej chwili, i że za tym ostatnim bólem nie będzie już nic. Ogarnia go dogłębna żałość nad samym sobą, bo zdaje mu się niesprawiedliwe, by tak skończyć między dwiema latarniami, zakłuty jak byle knur. Podnosi więc delikatną, piękną, męską rękę – widząc ją, natychmiast zastanawiamy się, którym mieczem wywijała, które cugle dzierżyła, które ciało pieściła, które pióro maczała w kałamarzu, nim skreśliła kilka słów na pergaminie… Podnosi tę rękę na znak protestu, o którym wie, że to protest daremny, przede wszystkim dlatego, że nie fest pewien, przed kim ma go złożyć. Chciałby krzyczeć, ale musi być wierny zasadom honoru. Dlatego przesuwa drugą dłoń ku sztyletowi, bo myśli, że nawet jeżeli nie wydobędzie klingi, nawet jeśli tylko zdoła go chwycić za rękojeść, będzie to bardziej rycerska śmierć… Słyszy toing cięciwy i przez ułamek sekundy przychodzi mu do głowy, że powinien zejść z toru lotu strzały. Ale przecież grot porusza się szybciej niż człowiek. I czuje, jak z jego duszy dobywa się powoli gorzki lament nad sobą samym, i rozpaczliwie szuka w pamięci jakiegoś Boga, przed którym mógłby okazać skruchę. I ze zdumieniem stwierdza, że nie odczuwa najmniejszej skruchy, chociaż nie jest do końca pewien, czy tego wieczoru jakikolwiek Bóg miałby ochotę go wysłuchać. Wreszcie czuje uderzenie. Tyle ich wcześniej otrzymał, do dziś nosi blizny. Ale wie, że po tym jednym blizny już nie będzie. Bólu też nie ma, tylko dusza po prostu ulatuje mu przez usta. W końcu nadchodzi nieubłagana noc, a on, pogrążając się w niej, wie, że tym razem będzie to noc wieczna. I kiedy Roger d'Arras krzyczy, nie jest już zdolny usłyszeć własnego głosu.
VIII. Czwarty gracz
Figury na szachownicy nie miały litości. Zatrzymywały
go i pochłaniały. Była w tym jakaś groza, ale i jedyna
w swoim rodzaju harmonia. Bo przecież czy istnieje na
świecie coś poza szachami?
Vladimir Nabokov, Zaszczita Łużyna