Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]
Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]

Электронная книга - «Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]». Краткое содержание книги:

Służba na Straży Nocnej bynajmniej nie należy do zajęć zapewniających splendor i powszechny szacunek, a cóż dopiero mówić o dowodzeniu tą formacją.
Niestety, kapitan Vimes nie ma wyboru, szuka więc pociechy na dnie butelki, jego dwóm podwładnym nie pozostaje zaś nic innego jak starannie unikać miejsc, gdzie może zostać popełnione jakiekolwiek przestępstwo. Wszyscy zdążyli przywyknąć do tej sytuacji, lecz pewnego dnia wybucha potworne zamieszanie: oto do Ankh-Morpork przybywa gigantyczny krasnolud Marchewa i postanawia zostać najlepszym strażnikiem w historii miasta — akurat wtedy, gdy do miasta przybywa smok.
Powieść tłumaczy, dlaczego z pewnych względów można to uznać za zdarzenie pozytywne, z innych za negatywne. Marchewa nie ma co do tego wątpliwości.
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 78
Перейти на страницу:

— Wszyscy powariowali! — zawołał Vimes. — Co się tam dzieje, Marchewa?

— Na środku placu stoi jakiś chłopak na koniu. Ma taki błyszczący miecz, wie pan. W tej chwili właściwie nic nie robi. Vimes przecisnął się w sąsiedztwo lady Ramkin.

— Królowie — wysapał. — W Ankh. I trony. Są?

— Co? A tak. Kiedyś byli — przyznała lady Ramkin. — Setki lat temu. Bo co?

— Jakiś dzieciak twierdzi, że jest dziedzicem tronu.

— Zgadza się — potwierdził Gardło, który podążał za Vimesem w nadziei na finalizację sprzedaży. — Wygłosił długą mowę o tym, jak to zabije smoka, obali uzurpatorów i naprawi wszelkie krzywdy. Wszyscy wiwatowali. Gorące kiełbaski, dwie za dolara, zrobione z prawdziwej świni; może kupi pan jedną dla damy?

— Czy mówi pan o wieprzowinie? — zapytał Marchewa, zerkając na lśniące kiełbaski.

— Kwestia nazwy, kwestia nazwy — odpowiedział szybko Gardło. — Ale z pewnością są to świńskie produkty. Z prawdziwej świni.

— W tym mieście wszyscy wiwatują na cześć każdego, kto wygłasza mowę — burknął Vimes. — To jeszcze nic nie znaczy.

— Kupujcie świńskie kiełbaski, pięć za dwa dolary! — zawołał Gardło, który nigdy nie pozwalał, by rozmowa przeszkodziła mu w handlu. — Taka monarchia może być dobra dla interesów. Świńskie kiełbaski! Świńskie kiełbaski! W bułce! I naprawa wszelkich krzywd. Uważam, że to bardzo rozsądna idea. Z cebulą!

— Czy wolno mi zaproponować pani kiełbaskę? — odezwał się Nobby.

Lady Ramkin spojrzała na tacę zawieszoną na szyi Gardła. Tysiące lat wychowania przyszly z pomocą i na jej twarzy pojawiła się tylko delikatna sugestia zgrozy.

— Och, smakowicie wyglądają. Cóż za doskonałe danie.

— Czy wytwarzają je mnisi na jakiejś tajemniczej górze? — spytał Marchewa.

Gardło rzucił mu niechętne spojrzenie.

— Nie — odparł pobłażliwie. — Wytwarzają je świnie.

— Jakie krzywdy? — nie ustępował Vimes. — No, wytłumacz mi. Jakie krzywdy on chce naprawiać?

— No… Są na przykład te, no, podatki. — Gardło miał dość przyzwoitości, by zrobić zakłopotaną minę. W jego świecie płacenie podatków zdarzało się tylko innym.

— To prawda — wtrąciła się stojąca obok starsza kobieta. — I jeszcze w moim domu potwornie cieknie rynna, a właściciel nic nie robi. To krzywda.

— I przedwczesna łysina — dodał mężczyzna przed nią. — To też krzywda.

— Król znajdzie na to radę, to pewne — stwierdził inny proto-monarchista.

— Zupełnym przypadkiem — rzekł Gardło, szperając w swoim worku — została mi jedna butelka tej oto przedziwnej maści, wytwarżanej… — zerknął gniewnie na Marchewę — …przez starożytnych mnichów, żyjących na górze…

— Nie mogą się kłócić — ciągnął monarchista. — Po tym się poznaje, że pochodzą z królewskiego rodu. Zupełnie nie są do tego zdolni. To ma jakiś związek z łaskawością.

— Dziwne — uznała kobieta z cieknącą rynną.

— Są też pieniądze — mówił dalej monarchista, zadowolony z powszechnego zainteresowania. — Oni ich nie noszą. Po tym zawsze można poznać króla.

— Dlaczego? Przecież nie są ciężkie — zdziwił się mężczyzna, który rzadkie włosy rozkładał na czaszce niby resztki pobitej armii. — Ja tam mogę nosić choćby setki dolarów. Żaden problem.

— Pewnie kiedy się jest królem, ręce człowiekowi słabną — stwierdziła z mądrą miną kobieta. — To chyba od machania.

— Zawsze uważałem… — monarchista wyjął fajkę i zaczął ją nabijać spokojnymi gestami człowieka, który zamierza wygłosić wykład — …że największym problemem królowania jest ryzyko, że ktoś nakłuje waszą córkę.

Zawiesił głos.

— A ona zapadnie w sen na sto lat — dokończył beznamiętnie.

— Aha… — odpowiedzieli pozostali, nie wiadomo czemu z ulgą.

— Zużywa się też sporo ziarnek grochu — dodał.

— No tak, na to nie ma rady — zgodziła się niepewnie kobieta.

— I trzeba ciągle na nich spać — dodał monarchista.

— Nie wspominając już o setkach materacy.

— Właśnie.

— Naprawdę? Chyba mógłbym mu je załatwić w cenach hurtowych — obiecał Gardło. Zwrócił się do Vimesa, który przysłuchiwał się tej rozmowie z kamienną twarzą. — Widzi pan, kapitanie? A pan znajdzie się pewnie w Straży Królewskiej. Dostanie pan pióropusz na hełm.

— Ech, gala… — Monarchista machnął fajką. — Bardzo ważna. Wszystkie te defilady i parady…

— Za darmo?

— Chyba… Ale za prawne to pewnie jednak trzeba płacić.

— Wszyscy powariowaliście! — nie wytrzymał Vimes. — Nic o nim nie wiecie, a przecież jeszcze nawet nie wygrał!

— To zwykła formalność — uspokoiła go kobieta.

— Przecież ma walczyć ze smokiem ziejącym ogniem! — tłumaczył Vimes, wspominając straszliwe nozdrza. — A to tylko chłopak na koniu, na miłość bogów!

Gardło stuknął go lekko w pancerz.

— Nie ma pan serca, kapitanie — rzekł. — Kiedy obcy przybywa do miasta będącego na łasce smoka i wyzywa go z błyszczącym mieczem w dłoni, no cóż, jest tylko jeden możliwy wynik, prawda? To pewnie przeznaczenie.

— Na łasce smoka?! — krzyknął Vimes. — Na łasce?! Ty złodziejski draniu, Gardło, przecież jeszcze wczoraj sprzedawałeś pluszowe smoki dla dzieci!

— Interes to interes, kapitanie. Nie ma się o co denerwować.

Wściekły i ponury Vimes wrócił do swoich ludzi. Cokolwiek by mówić o mieszkańcach Ankh-Morpork, zawsze byli ludźmi gorąco niezależnymi; dla nikogo nie rezygnowali ze swego prawa, by rabować, kraść, sprzeniewierzać i mordować jak równi równych. Zdaniem Vimesa, było to absolutnie słuszne. Nic nie różniło od siebie najbogatszego z ludzi i najnędzniejszego z żebraków — tyle że ten pierwszy miał mnóstwo pieniędzy, jedzenia, pięknych ubrań, i jeszcze zdrowie na dodatek. Ale przynajmniej nie był w niczym lepszy. Tylko bogatszy, grubszy, potężniejszy, lepiej ubrany i zdrowszy. I tak to trwało już od setek lat.

— A teraz wystarczyło im powąchać gronostajowy płaszcz i wszyscy stracili rozum — mruczał do siebie.

Smok powoli i czujnie krążył nad placem. Vimes wyciągnął szyję, by spojrzeć ponad głowami gapiów.

Rozmaite drapieżniki mają sylwetkę ofiary niemal wytrawioną w podświadomości. Możliwe, że kształt kogoś na koniu, z mieczem w ręku, wywołał ruch kilku trybów w mózgu smoka. Bestia okazywała silne, ale ostrożne zainteresowanie.

Vimes wzruszył ramionami.

— Nie wiedziałem nawet, że byliśmy królestwem.

— Nie byliśmy od wielu stuleci — odparła lady Ramkin. — Królów wypędzono i bardzo dobrze się stało. Potrafili być okropni.

— Ale pani pochodzisz z wyt… z arystokratycznej rodziny. Myślałem, że będzie pani wspierać królów.

— Niektórzy byli strasznymi draniami — stwierdziła swobodnie. — Żony po całym mieście, ucinanie ludziom głów, bezsensowne wojny… Jedli nożem, nie całkiem ogryzione kości rzucali za siebie i tak dalej. Nie z naszej sfery, wcale.

Tłum ucichł. Smok przeleciał na koniec placu i niemal znieruchomiał w powietrzu, jeśli nie liczyć powolnego ruchu skrzydeł.

Vimes poczuł, jak coś drapie go w plecy, a potem nagle Errol usiadł mu na ramieniu, ściskając je tylnymi łapami. Jego krótkie skrzydła uderzały w tym samym rytmie co u większego egzemplarza. Syczał cicho. Oczy wpatrywały się nieruchomo w zawieszonego nad ziemią olbrzyma.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)