Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7469-088-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]». Краткое содержание книги:
Niestety, kapitan Vimes nie ma wyboru, szuka więc pociechy na dnie butelki, jego dwóm podwładnym nie pozostaje zaś nic innego jak starannie unikać miejsc, gdzie może zostać popełnione jakiekolwiek przestępstwo. Wszyscy zdążyli przywyknąć do tej sytuacji, lecz pewnego dnia wybucha potworne zamieszanie: oto do Ankh-Morpork przybywa gigantyczny krasnolud Marchewa i postanawia zostać najlepszym strażnikiem w historii miasta — akurat wtedy, gdy do miasta przybywa smok.
Powieść tłumaczy, dlaczego z pewnych względów można to uznać za zdarzenie pozytywne, z innych za negatywne. Marchewa nie ma co do tego wątpliwości.
Koń zatańczył nerwowo po bruku. Chłopiec zeskoczył z siodła, machnął mieczem i zwrócił się w stronę przeciwnika.
Wygląda na pewnego siebie, pomyślał Vimes. Ale w jaki sposób umiejętność zabijania smoków daje kwalifikacje władcy? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach?
Z pewnością miecz ma bardzo błyszczący. To trzeba przyznać.
Zbliżała się druga w nocy następnego dnia. I wszystko było w porządku, jeśli nie liczyć deszczu. Znowu zaczęło padać.
Są w multiyersum miasta, wierzące, że potrafią się bawić. Takie jak Orleans albo Rio, gdzie wszystkim się wydaje, że nie tylko potrafią zepchnąć łódź na wodę, ale jeszcze podpalić port. Jednak w porównaniu z Ankh-Morpork w szalonych chwilach przypominają raczej walijską wioskę w deszczowe niedzielne popołudnie.
Sztuczne ognie strzelały i rozbłyskiwały w wilgotnym powietrzu nad gęstym błotem rzeki Ankh. Na ulicach pieczono rozmaite zwierzęta hodowlane. Tancerze w podskokach przechodzili od domu do domu, często przy okazji zabierając ze sobą jakieś nie umocowane ozdoby. Widziało się przejawy pijaństwa. Ludzie, którzy w normalnych okolicznościach nawet by o tym nie myśleli, teraz krzyczeli „Hurra!”.
Vimes wędrował smętnie po zatłoczonych ulicach, czując się jak jedyna marynowana cebulka w sałatce owocowej. Dał swoim ludziom wolny wieczór.
Wcale nie uważał się za rojalistę. Co prawda nic nie miał przeciwko królom jako takim, ale widok wymachujących flagami ankh-morporczyków dziwnie go niepokoił. W ten sposób zachowywali się tylko niemądrzy, poddani czyjejś władzy ludzie w innych krajach. Poza tym czuł obrzydzenie na samą myśl o królewskim pióropuszu na swoim hełmie. Nigdy nie lubił pióropuszy. Pióropusz tak jakby, no, zawłaszcza człowieka, ogłasza wszystkim, że właściciel nie należy już do siebie. Z pióropuszem będzie wyglądał jak papuga. Ta kropla przepełniła czarę.
Zbłąkane stopy doprowadziły go z powrotem do Yardu. W końcu gdzie jeszcze mógł pójść? Mieszkanie miał ponure, a gospodyni narzekała na dziury, jakie — mimo ciągłego strofowania — wypalał w dywanie Errol. I na zapach Errola. A nie mógł przecież iść się upić do tawerny, ponieważ zobaczyłby tam sceny, które zirytowałyby go bardziej niż to, co zwykle widywał po pijanemu.
W Yardzie panowała cisza i spokój, chociaż przez okno dobiegały odległe dźwięki zabawy.
Errol zsunął mu się z ramienia i zaczął wyjadać węgiel z kominka.
Vimes usiadł i wyciągnął nogi na biurko.
Co za dzień! I co za walka! Uniki, zwody, krzyki tłumu, młody człowiek, mały i odsłonięty, smok nabierający tchu w sposób tak dobrze Vimesowi znany…
Nie zionął ogniem. To zaskoczyło Vimesa. Zaskoczyło tłum. Z pewnością zaskoczyło smoka, który usiłował spojrzeć zezem na własny nos i rozpaczliwie drapał się w przewody ogniowe. Pozostał taki zdumiony aż do chwili, kiedy chłopak przemknął pod szponem i pchnął mieczem.
Wtedy huknął grom.
Można by się spodziewać, że zostanie gdzieś parę kawałków smoka.
Vimes wyjął kartkę i spojrzał na notatki z wczorajszego dnia.
Punkt: Ciężki jest Smok, a latać umie;
Punkt: Ogień gorący jest, a przecież z żywego stwora się dobywa;
Punkt: Bagienne smoki to Biedne Stworzenia, ale ta potworna odmiana Ma się doskonale;
Punkt: Skąd przybywa, tego nikt nie wie, ani też dokąd odchodzi i gdzie zamieszkiwa pomiędzy;
Punkt: Dlaczego spala tak celnie?
Przysunął sobie pióro i kałamarz, po czym szerokim, okrągłym pismem dodał:
Punkt: Czy smoka zniszczyć można, że jeno nicość pozostawał?
Zastanowił się chwilę i dopisał:
Punkt: Czemuż Wybuchnął tak, że nikt Go znaleźć nie zdołał, choć szukali pilnie?
Niezła zagadka. Lady Ramkin mówiła, że kiedy smok bagienny eksploduje, w efekcie wszędzie jest go pełno. To fakt, jego wnętrzności musiały być alchemicznym koszmarem, a mieszkańcy Ankh-Morpork powinni przez całą noc łopatami zbierać smoka z ulic. A nikt jakoś się tym nie przejął. Za to fioletowy dym rzeczywiście robił wrażenie.
Errol skończył z węglem i zabrał się za pogrzebacz. Jak dotąd zjadł dzisiaj trzy kamienie brukowe, gałkę u drzwi, coś nieokreślonego, co znalazł w rynsztoku i — ku powszechnemu zdumieniu — trzy kiełbaski Gardła Sobie Podrzynam, zrobione z autentycznych świńskich organów. Chrupanie pogrzebacza w paszczy zlało się z bębnieniem deszczu o szyby.
Vimes raz jeszcze spojrzał na kartkę i dopisał:
Punkt: Jakże Królowie znikąd przybywają?
Nie miał okazji przyjrzeć się chłopcu z bliska. Wydawał się dość przystojny, może nie wielki myśliciel, ale profil, który człowiek z przyjemnością oglądałby na drobnych monetach. Co prawda, po zabiciu smoka równie dobrze mógłby być zezowatym goblinem. Tłum w tryumfie poniósł go do pałacu Patrycjusza.
Lord Vetinari został zamknięty we własnym lochu. Podobno prawie nie stawiał oporu. Uśmiechał się tylko do wszystkich i szedł spokojnie.
Cóż za szczęśliwy przypadek, że akurat w chwili, gdy miasto potrzebowało bohatera do zabicia smoka, pojawił się król.
Vimes zastanawiał się nad tym przez chwilę. Sięgnął po pióro i zapisał:
Punkt: Cóż za przypadek szczęśliwy dla chłopca, który ma być Królem, że Smok się trafił akuratnie do zabicia, by ponad wątpliwość wykazać jego autentyczność.
To o wiele lepsze niż znamiona i miecze. Trudno zaprzeczyć. Przez chwilę bawił się piórem, po czym dodał:
Punkt: Smok nie był aparatem mechanicznym, wszelako żaden z magów nie ma dość mocy, by stworzyć istotę tak imp. imppon. ipponuj. Taką wielką. Punkt: Dlaczego, krótko mówiąc, nie zionął Ogniem”? Punkt: Skąd przybył? Punkt: Gdzie się podział?
Deszcz bębnił o szybę. Odgłosy zabawy stały się wyraźnie wilgotne, a potem ucichły całkowicie. Zamruczał grom.
Vimes kilka razy podkreślił „podział”. Po chwili namysłu dodał jeszcze dwa znaki zapytania: ??
Przez jakiś czas przyglądał się efektom swej pracy, po czyni zwinął papier w kulkę i cisnął ją do kominka, gdzie została złapana i zjedzona przez Errola.
Popełniono przestępstwo. Zmysły, z których posiadania Vimes nie zdawał sobie sprawy — pradawne zmysły policjanta — jeżyły mu włoski na karku i przekonywały, że popełniono przestępstwo. Zapewne przestępstwo tak niezwykłe, że nie wymieniono go w książce Marchewy. Ale popełniono. Kilka termicznych zabójstw było tylko pierwszym etapem. Odkryje tę zbrodnię i nada jej imię.
Po chwili wstał, z haka za drzwiami zdjął skórzaną pelerynę i ruszył w nagie miasto.
Tu właśnie odeszły smoki. Leżą…
Nie są martwe i nie są uśpione. Nie czekają, gdyż czekanie implikuje cel. Być może odpowiednim słowem jest… …gniewne.
Bestia pamiętała podmuch prawdziwego powietrza pod skrzydłami i czystą rozkosz płomienia. Pamiętała puste niebo nad sobą, a w dole ciekawy świat, pełen niezwykłych, uciekających stworzeń. Istnienie miało tam inną fakturę. Lepszą.
I właśnie kiedy zaczynała to doceniać, została okaleczona, nie mogła zionąć ogniem, została pchnięta z powrotem niczym jakiś kosmaty, psi ssak.