Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pierworodni [Firstborn - pl]
Pierworodni [Firstborn - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pierworodni [Firstborn - pl]

Электронная книга - «Pierworodni [Firstborn - pl]». Краткое содержание книги:

Pierworodni po raz pierwszy dali znać o sobie wywołując Nieciągłość, w wyniku której Ziemia została rozbita na fragmenty pochodzące z różnych epok. Jednym z rozbitków na tak odmienionej planecie, którą nazwano Mirem, była kobieta, imieniem Bisesa Dutt. Z przyczyn, których nie była w stanie zrozumieć, udało jej się nawiązać osobliwy kontakt z zagadkowym artefaktem i kryjącą się za nim potęgą, która odesłała ją z powrotem na Ziemię. Po powrocie odegrała zasadniczą rolę w podjętej przez całą ludzkość próbie powstrzymania katastrofy, potężnej burzy słonecznej, wywołanej przez Pierworodnych, która miała unicestwić wszelkie życie na całej planecie. Groźbie tej udało się wprawdzie zapobiec, ale straty, jakie poniosła Ziemia, były niewyobrażalne.
Teraz, w dwadzieścia lat później, Pierworodni wracają. Tym razem zastosowali broń ostateczną: w stronę Ziemi zmierza „bomba kosmologiczna”, urządzenie, którego działania ziemscy naukowcy właściwie nie pojmują i którego nie da się zatrzymać ani zniszczyć. Całemu światu grozi zagłada.
Rozpaczliwie poszukując ratunku, Bisesa udaje się na Marsa, a następnie na Mir, którego koniec także jest bliski. Ale kiedy wychodzą na jaw szokujące cechy natury Pierworodnych i ich mrożące krew w żyłach plany dotyczące rodzaju ludzkiego, z odległych o wiele lat świetlnych otchłani kosmosu przybywa nieoczekiwany sprzymierzeniec.
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 91
Перейти на страницу:

— A potem? A jeśli znajdą Pierworodnych?

— Wtedy — z nieskrywaną wściekłością powiedział Arystoteles — ludzie także ich uratują.

Atena rzekła:

— Nie poddawaj się, Świadku. Przyłącz się do nas.

Świadek zastanowił się. Lód zamarzającego oceanu zamknął się wokół niego, przenikając chłodem jego starzejące się ciało. Ale w głębi jego jestestwa wciąż tliła się iskra sprzeciwu.

Zapytał:

— Od czego zaczniemy?

CZĘŚĆ TRZECIA

Spotkania

26. Kamienny człowiek

Rok 32 (Mir)

Konsul z Chicago wyszedł po Emeline White na pociąg przybyły z Aleksandrii.

Emeline wysiadła z odkrytego wagonu. Na początku pociągu inżynierowie w kombinezonach ze znakami Szkoły Othica sprawdzali zawory i tłoki ogromnej opalanej olejem lokomotywy. Emeline starała się nie wdychać gryzącego dymu buchającego z komina.

Niebo było jasne, czyste, światło słoneczne jaskrawe, ale powietrze było ostre.

Konsul podszedł do niej z kapeluszem w dłoni.

— Pani White? Miło mi panią poznać. Nazywam się Ilicius Bloom. — Był ubrany w suknię i sandały jak Azjata, choć miał chicagowski akcent podobnie jak ona. Pomyślała, że ma około czterdziestu lat, chociaż mógł równie dobrze być starszy; miał ziemistą skórę i lśniące czarne włosy, a brzuszysko tworzyło coś w rodzaju namiotu na jego długiej fioletowej szacie.

Obok Blooma stał jeszcze jeden gość, ciężkiej budowy, z pochyloną głową, a jego potężne czoło błyszczało od brudu. Nic nie powiedział i nie poruszył się, po prostu stał, istna kolumna mięśni i kości, a Bloom nawet nie próbował go przedstawić. Coś w jego wyglądzie było bardzo dziwne. Ale Emeline wiedziała, że przeprawiwszy się przez ocean do Europy, znalazła się w dziwnym miejscu, jeszcze dziwniejszym niż skuta lodem Ameryka.

— Dziękuję, że pan po mnie wyszedł, panie Bloom.

Bloom powiedział:

— Jako konsul z Chicago, staram się witać wszystkich gości z Ameryki. Ułatwiając życie wszystkim zainteresowanym. — Uśmiechnął się. Zęby miał w paskudnym stanie. — Nie towarzyszy pani mąż?

— Josh zmarł rok temu.

— Bardzo mi przykro.

— Pański list do niego o tym telefonie dzwoniącym w świątyni — pozwoliłam sobie go przeczytać. Mąż często opowiadał o okresie spędzonym w Babilonie, o tych pierwszych latach po Znieruchomieniu. Zawsze nazywał ten okres Nieciągłością.

— Tak. Pani chyba nie pamięta owego dziwnego dnia…

— Panie Bloom, mam czterdzieści jeden lat. Tamtego dnia miałam dziewięć lat. Tak, pamiętam. — Pomyślała, że Bloom zamierza złożyć wyrazy współczucia, ale jej gniewne spojrzenie go powstrzymało. — Wiem, że Josh chciałby tu przyjechać — powiedziała. — Ale nie może, a nasi dorośli synowie są zajęci własnymi sprawami, więc jestem sama.

— Rozumiem i serdecznie witam w Babilonii.

— Hm. — Rozejrzała się. Wokół rozciągały się pola i rowy, zapewne kanały nawadniające, chociaż rowy te wyglądały na zapchane, a pola wyblakłe i pokryte pyłem. W pobliżu nie było żadnego miasta, żadnego śladu domostw, nic oprócz lepianek, których bezładne skupisko widać było na niskim wzgórzu oddalonym o jakieś ćwierć mili. I było zimno, nie tak zimno jak w domu, ale zimniej, niż oczekiwała. — To nie jest Babilon, prawda?

Roześmiał się.

— Niezupełnie. Samo miasto jest parę mil na północ stąd. Ale tutaj kończy się linia kolejowa. — Pomachał w stronę wzgórza. — Tamte lepianki to miejsce, które Grecy nazywają Gnojowiskiem. Miejscowi mają na to własną nazwę, ale nikogo to nie obchodzi.

— Grecy? Myślałam, że ludzie króla Aleksandra to Macedończycy.

Bloom wzruszył ramionami.

— Grecy, Macedończycy. Jednak pozwalają nam korzystać z tego miejsca. Obawiam się, że będziemy musieli poczekać. Mam zamówiony powóz, który zawiezie panią do miasta w godzinę i wtedy mam się spotkać z drugą grupą przybywającą z Anatolii. Tymczasem zapraszam do środka. — Wskazał pobliską ruderę.

Straciła cały zapał. Ale powiedziała:

— Dziękuję.

Usiłowała wydobyć bagaż z wagonu. Był to zawiązany sznurem tobołek z futra bizona, z którym przepłynęła Atlantyk.

— Chwileczkę. Mój chłopak pani pomoże. — Bloom obrócił się i pstryknął palcami.

Dziwny milczący mężczyzna wyciągnął masywną dłoń i podniósł tobołek z łatwością, mimo że trzymał go na końcu wyprostowanej ręki. Jeden z pasków zaczepił się o ławkę i trochę się rozerwał. Bloom z roztargnieniem trzepnął go w głowę. Sługa w ogóle nie zareagował, tylko obrócił się i ciężko ruszył w stronę wioski z tobołkiem w dłoni. Idąc z tyłu, Emeline widziała jego barki wystające ze złachmanionego ubioru; pomyślała, że przypominają barki goryla, a jego wielka głowa wydawała się przy nich nieproporcjonalnie mała. Emeline szepnęła:

— Panie Bloom, pański sługa…

— O co chodzi?

— On nie jest człowiekiem, prawda?

Spojrzał na nią.

— Ach, zawsze zapominam, jak ludzie przybywający na ten mroczny, stary kontynent są zaskoczeni widokiem naszych przodków. Grecy nazywają tego chłopaka Kamiennym Człowiekiem, ponieważ przez większość czasu jest nieruchomy i milczący, jak gdyby był wykuty z kamienia. Myślę, że archeologowie na Ziemi, przed Znieruchomieniem, zapewne zwali go neandertalczykiem. Kiedy się tutaj zjawiłem, przeżyłem z tego powodu mały wstrząs, ale można się przyzwyczaić. Nie ma takich w Ameryce, co?

— Nie. Tylko my.

— No cóż, tu jest inaczej — powiedział Bloom. — Mamy tutaj cały zwierzyniec, od małpoludów do tych zwalistych osobników i rozmaite inne gatunki świata zwierząt. Wiele z nich to ulubieńcy dworu Aleksandra uczestniczący w rozmaitych rodzajach sportu, jeżeli uda się je schwytać.

Dotarli do małego wzgórka i zaczęli piąć się w górę. Ziemia była tutaj nierówna, pomieszana z piaskiem, pełna kawałków ceramiki i popiołu. Emeline odniosła wrażenie, że miejsce to jest bardzo stare, że tę ziemię uprawiano od wieków.

— Witamy w Gnojowisku — powiedział Bloom. — Proszę patrzeć pod nogi.

Zbliżyli się do pierwszego domostwa. Była to po prostu buda z wyschniętego błota, całkowicie zamknięta, pozbawiona okien i drzwi. O ścianę była oparta prymitywna drewniana drabina. Bloom poszedł przodem, wspinając się po drabinie na dach i śmiało krocząc po jego szczycie. Kamienny Człowiek po prostu podskoczył i jednym susem znalazł się na dachu wznoszącym się siedem czy osiem stóp nad ziemią.

Emeline z nieprzyjemnym uczuciem podążyła za nimi. Miała dziwne wrażenie, stąpając po dachu domu kogoś obcego.

Powierzchnia dachu z wyschniętego błota była gładka i pomalowana na biało jakąś farbą. Z wydrążonego otworu unosiły się kłęby dymu. Ten przysadzisty dom stał bardzo blisko drugiego, którego ściany były oddalone od sąsiednich domów zaledwie o parę cali. Kiedy Bloom zamaszystym krokiem przeszedł na dach następnego domu, Emeline, nie mając wyboru, podążyła za nim.

Całe zbocze pagórka pokrywała mozaika stłoczonych domów. Ludzie chodzili po dachach; były to głównie kobiety, niskie, przysadziste i ciemne, które korzystając z otworów w dachach, przenosiły zawiniątka z odzieżą i kosze wypełnione drewnem z jednego domu do drugiego. Wszystkie pomieszczenia mieszkalne były jednakowe, zwykłe prostokątne bloki z wyschniętego błota, położone zbyt blisko siebie, aby znalazło się miejsce dla ulic, i do środka można się było dostać tylko wchodząc na dach.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 91
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)