Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Planeta śmierci 2 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Planeta śmierci 2

Электронная книга - «Planeta śmierci 2». Краткое содержание книги:

Ścigany listem gończym międzyplanetarny szuler Jason dinAlt zostaje schwytany przez szalonego fanatyka. Mikah Samon zamierza dostarczyć swojego jeńca na Cassylię, gdzie czeka go sąd i pewna śmierć. W czasie podróży Jasonowi udaje się doprowadzić do awarii pokładowego komputera nawigacji. Pozbawiony systemów sterowania statek rozbija się na tajemniczej planecie…
The Ethical Engineer also known as Deathworld II finds our hero Jason dinAlt captured to face justice for his crimes, but the ever-wily gambler crashes his transport on a primitive planet populated by clans that hoard knowledge. It’s a difficult situation for a guy who just wants to get back to Pyrrus.
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 46
Перейти на страницу:

— Jesteś potworem! — wykrztusił Mikah przez zaciśnięte zęby. — By zaspokoić swoją próżność, jesteś nawet gotów rozpocząć wojnę i skazać tysiące niewinnych istot na śmierć. Powstrzymam cię, choćby za cenę mego życia!

— Co mówisz? — wybełkotał Jason unosząc głowę. Zdrzemnął się, pokonany przez zmęczenie i ukołysany tęczowymi wizjami.

Ale Mikah nie odpowiedział. Odwrócił się i schylił nad aparatem destylacyjnym. Twarz miał zaczerwienioną, przygryzał dolną wargę tak silnie, że wąski strumyczek krwi spływał mu po podbródku. W końcu nauczył się, że w pewnych sytuacjach warto jest zachować milczenie, choćby związany z tym wysiłek nieomal go zabijał.

W podwórcu twierdzy Perssonoj znajdował się wielki, kamienny zbiornik wypełniony wodą przepompowywaną z barek. Tu spotykali się niewolnicy przychodząc po wodę i tu właśnie znajdowało się centrum plotek i intryg. Mikah czekał W kolejce, by napełnić wiadro wodą płynącą z kranu, a jednocześnie uważnie wpatrywał się w twarze innych niewolników poszukując tego, który zaczepił go kilka tygodni wcześniej i którego wówczas zignorował. Wreszcie zobaczył go, jak niesie kawałek drewna i podszedł do niego.

— Pomogę — szepnął Mikah mijając go. Niewolnik uśmiechnął się krzywo.

— Wreszcie zmądrzałeś. Wszystko zostanie przygotowane.

Nadeszła pełnia lata. Dni były gorące, wilgotne i dopiero po zmierzchu powietrze stawało się nieco chłodniejsze. Prace Jasona nad katapultą parową osiągnęły już stadium prób. W ostatniej chwili postanowił, że przeprowadzi testy dopiero wieczorem, gdyż żar buchający od kotła był za dnia nie do zniesienia.

Mikah poszedł po wodę, by napełnić nią zbiornik w kuchni — zapomniał zrobić to wcześniej — i Jason nie dostrzegł go, gdy schodził po obiedzie do swej pracowni. Asystenci utrzymali ogień pod kotłem i właściwe ciśnienie pary — próby się rozpoczęły. Syk uciekającej pary, hałasująca maszyneria sprawiły, że pierwszym znakiem, iż coś jest nie tak, był widok żołnierza w skrwawionej kurtce, ze strzałą sterczącą w ramieniu, który krzycząc wpadł do warsztatu.

— Trozelligoj, atakują!

Jason zaczął wykrzykiwać polecenia, ale został zupełnie zignorowany. Wszyscy rzucili się do drzwi. Klnąc dziko zatrzymał się wystarczająco długo w warsztacie, by wygasić ogień i spuścić parę z kotła. Potem podążył w ślad za innymi. Po drodze minął półkę z okazowym egzemplarzem doświadczalnej broni i nie zatrzymując się, schwycił niedawno skonstruowany morgensztern — grubą rękojeść, do której na łańcuchu przymocowana była kula z brązu nabijana stalowymi kolcami.

Ciemnymi korytarzami pobiegł w stronę odległych nawoływań, które zdawały się dobiegać z podwórca. Gdy mijał schody prowadzące na górne piętra, odniósł niejasne wrażenie, że z wyższych kondygnacji dobiega go jakiś hałas i stłumiony okrzyk. Kiedy dotarł do szerokiego głównego wejścia prowadzącego na podwórzec, dostrzegł, że walka dobiega końca i zostanie wygrana bez jego pomocy.

Lampy hakowe zalewały podwórzec ostrym światłem. Morska brama prowadząca do basenu była częściowo rozwalona przez barkę o ostro zakończonym dziobie, wciąż jeszcze tkwiącym w zdruzgotanych wrotach. Trozelligoj, nie mogąc przedostać się na podwórzec, zaatakowali wzdłuż murów i zlikwidowali większość broniących się tam strażników. Zanim jednak osiągnęli podwórzec i zdołali sprowadzić posiłki zza muru, kontratak przebudzonych obrońców powstrzymał ich. Osiągnięcie sukcesu stało się już niemożliwe i Trozelligoj wycofywali się wolno, prowadząc walki osłonowe. Ludzie wciąż jeszcze ginęli, ale bitwa była już zakończona. W wodzie unosiły się ciała, przeważnie naszpikowane bełtami z kusz, wynoszono rannych. Dla Jasona nie było już nic do roboty i mimowolnie zaczął zastanawiać się, co za sens miał ten atak o północy.

W tej samej chwili ogarnęło go przeczucie dalszych kłopotów. Atak został odparty, ale mimo wszystko czuł, że coś, coś ważnego, jest nie tak. Wtedy właśnie przypomniał sobie odgłosy dobiegające z klatki schodowej — ciężkie kroki i brzęk broni. I okrzyk — urwany nagle. Kiedy słyszał te dźwięki, nie przydał im żadnego znaczenia. Nawet gdyby się nad nimi wówczas zastanawiał, uznałby, że to dalsi żołnierze spieszą do walki.

— Ale przecież wyszedłem ostatni! Nikt po mnie nie schodził po schodach! — Mówiąc to, podbiegł do schodów i popędził do góry, przeskakując po trzy stopnie.

Gdzieś z góry dobiegł łoskot i dźwięk metalu uderzającego o kamień. Jason wpadł do holu, potknął się o leżące ciało i uzmysłowił sobie, że odgłosy walki dobiegają z jego pokojów.

Wewnątrz był dom wariatów i rzeźnia zarazem. Ocalała tylko jedna lampa i w jej migocącym świetle żołnierze potykali się o szczątki mebli, walczyli i ginęli.

Wypełnione walczącymi ludźmi pomieszczenia jakby zmalały i Jason przeskoczył przez splątane w śmiertelnym uścisku zwłoki, by wesprzeć rzednące szeregi Perssonoj.

— Ijale! Gdzie jesteś? — zawołał i wyrżnął morgensz-ternem w hełm szarżującego żołnierza. Napastnik upadł, przewracając sąsiada i Jason wdarł się w powstałą lukę.

— To on! — krzyknął czyjś głos z tylnych szeregów Trozelligoj i niemal wszyscy atakujący rzucili się na niego. Było ich tak wielu, że przeszkadzali sobie nawzajem. Nacierali z szaleńczą furią. Starali się go obezwładnić, podciąć mu nogi lub przestrzelić ramię. Uderzenie mieczem, którego nie zdołał sparować, rozcięło mu udo, ramię bolało go od wysiłku, z jakim wymachiwał morgenszternem, tworząc przed sobą śmiercionośną zasłonę. Widział przed sobą jedynie atakujących go, zdesperowanych ludzi i nie zdawał sobie sprawy, że wieść o napadzie już się rozniosła. Obrońcom przybyły posiłki i żołnierze przed nim zostali zmieceni przez falę Perssonoj.

Jason otarł rękawem pot z czoła i na drżących nogach ruszył za nimi. Zapłonęły nowe pochodnie i w ich świetle dostrzegł, że nieliczni napastnicy bronią się ramię przy ramieniu osłaniając pozostałych, przeciskających się przez okna wychodzące na kanał. Jego pieczołowicie założone szyby zamieniły się w potłuczone odłamki, we framugi i ściany wbite były haki z umocowanymi do nich grubymi linami.

Wbiegł oddział kuszników i wystrzelał ostatnich żołnierzy z ariergardy. Jason podbiegł do okna. Ciemne kształty znikały, gorączkowo spełzając po sznurowych drabinkach. Wrzeszczący zwycięzcy zaczęli przecinać liny, ale Jason odtrącił ich wołając: — Nie, za nimi! — Przełożył nogę przez framugę okna. Schodził po kołyszącej się drabince, zaciskając w zębach rękojeść morgenszterna i klnąc pod nosem umykające szczeble.

Gdy dotarł na dół, zobaczył zanurzone w wodzie końce drabin i usłyszał niknący w ciemnościach odgłos pospiesznego wiosłowania. I nagle do jego świadomości dotarł ból w zranionej nodze i uczucie całkowitego wyczerpania. Nie miał zamiaru próbować wspinać się z powrotem na górę.

— Niech przyślą tu łódź! — powiedział żołnierzowi, który podążał za nim po drabince. Wisiał, trzymając się ramieniem szczebelka aż do chwili, kiedy pojawiła się łódź. Na jej dziobie, z obnażonym mieczem w dłoni, stał Hertug we własnej osobie.

— Co to był za atak? O co tu chodziło? — zapytał. Jason z trudem przedostał się do łódki i ciężko opadł na ławkę.

— Teraz jest to oczywiste. Cały ten atak został zorganizowany po to, żeby mnie porwać.

— Co? To niemożliwe…

— Możliwe, możliwe, jeżeli zastanowisz się przez chwilę. Atak na morską bramę wcale nie miał się udać. Powinien był tylko odwrócić uwagę, a w tym samym czasie druga grupa miała mnie porwać. Całe szczęście, że właśnie pracowałem, zazwyczaj o tej porze śpię…

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 46
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)