List Pożegnalny
- Автор: Zajdel Janusz Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «List Pożegnalny». Краткое содержание книги:
Аннотация
Zbiór zawiera 18 opowiadań o następujących tytułach:Ekstrapolowany koniec świata;
Druga strona lustra;
Towarzysz podróży;
Źle o nieobecnych;
Satelita;
Kolejność umierania;
Śmierć Karola;
List pożegnalny;
Inspekcja;
Pigułka bezpieczeństwa;
Błąd pilota;
Śmieszna sprawa;
Adaptacja;
Pełnia bytu;
Wyższe racje;
Utopia;
Chrzest bojowy;
Wyjątkowo trudny teren.
A ponadto:
Janusz Zajdel o sobie (napisane w kwietniu 1981 r., czyli 4 lata przed śmiercią);
fragmenty Drugiego spojrzenia na planetę Ksi;
kilka konspektów powieści napisanych i nienapisanych;
wspomnienie M. Parowskiego o Januszu oraz bibliografię twórczości J. Zajdla.
– Mogłaby?
– Tak, z całą świadomością użyłem trybu warunkowego. Wyprawa osiedleńcza, której los był przedmiotem zainteresowania wyprawy zwiadowczej naszego „Fotona", dotarła na planetę Ksi i mogłaby stworzyć tu wspaniałą, kwitnącą kolonię. Tymczasem od pięćdziesięciu lat ludzie żyją tutaj w utrwalonym stanie prowizorium, jakby na nie kończącym się harcerskim biwaku. Uciekli od cywilizacji, chcieli zbudować swoją własną, wśród nie tkniętej dotąd, lecz na ogół sprzyjającej ludziom przyrody planety Ksi. Niestety, znalazło się wśród nich paru wichrzycieli chorych na władzę, czy może po prostu trutni i nierobów. Trudno mi znaleźć jednoznaczne określenie ich motywacji.
– Aha… To znaczy, że ktoś tu zaprowadził własne porządki, w celu uszczęśliwienia bliźnich – domyślił się Leo. – Nic nowego pod słońcem, chociaż słońce inne… Zamach stanu, rewolta?
– Pospolity akt terroru, przygotowany skrupulatnie przed wyruszeniem z Ziemi. Terroryści przejęli kontrolę nad wyprawą jeszcze przed lądowaniem i witalizacją reszty osadników. Mieli przeciw sobie tylko zaskoczone załogi czterech jednostek konwoju.
– Jak to wygląda teraz, po pięćdziesięciu latach?
– Przeczytasz materiały, dokumenty, a potem sam zobaczysz.
– Zobaczę? – zdziwił się Leo.
– To dość proste. Omar właśnie jest wśród nich.
– No dobrze. Szczegóły zostawmy na później. Z jakimi zadaniami zostawił was komandor? I dlaczego odleciał?
Achmat powoli nabił fajkę, zapalił i pyknął kilkakrotnie. Smuga dymu owiała Leo nieznanym zapachem.
– Co ty palisz? Dziwnie pachnie.
– Tytoń z ziemskich zapasów, z domieszką miejscowego zielska – uśmiechnął się Achmat. – Czerpiemy z bogatych doświadczeń tubylców.
– Więc jakie mamy rozkazy?
– Żadnych. Raczej ograniczenia. Komandor nie chce żadnej rewolucji, przymusu, ofiar w ludziach. Poza tym możemy sami wymyślać sobie zadania. Chcemy znaleźć metodę polepszenia sytuacji ludzi na tej planecie, zanim ziemscy specjaliści zabiorą się do tego w sposób naukowy.
– Dlaczego komandor postanowił wracać na Ziemię?
– Znasz Slotha. Nigdy nie zdradza się do końca ze swymi pomysłami. Widzimy kilka powodów jego decyzji. Po 'pierwsze, miał prawo sądzić, że to, co się tutaj stało, jest tylko fragmentem szerzej zakrojonej akcji, która może dotyczyć także innych wypraw osiedleńczych. Jeśli to prawda, to trzeba działać przede wszystkim na Ziemi, gdzie prawdopodobnie znajduje się centrala terrorystycznych ugrupowań. Komandor nie chciał puścić w eter ani jednego zbędnego słowa, które mogłoby ostrzec tę centralę. Druga sprawa, to ludzie z załogi „Fotona". O tym, co rzeczywiście dzieje się na Ksi, wiemy tylko my i komandor. Reszta załogi nie ma pojęcia o wyniku rekonesansu. Komandor nałożył pełną blokadę informacyjną. Ludzie, których będzie zmuszony witalizować w czasie lotu powrotnego, pozostaną w przekonaniu, że konwój sprzed pół wieku uległ zagładzie w wyniku akcji terrorystycznej. W ten sposób komandor chce uniknąć jakiejkolwiek akcji ze strony ewentualnych terrorystów ukrytych wśród załogi „Fotona", na przykład – próby opanowania statku i zawrócenia go w kierunku Ksi. Ewentualni terroryści nie mają w tej sytuacji innego celu oprócz bezpiecznego powrotu na Ziemię.
– Czy sądzicie, że wśród personelu Kosmocentrum także mogą znajdować się współpracownicy terrorystów?
– Wśród załogi „Alfy" też był jeden, który odegrał kluczową rolę w opanowaniu statków konwoju. Inspiratorzy, którzy kierują akcjami terrorystów, z pewnością dołożyli wszelkich starań, by wyekspediować na „Fotonie" choćby jednego swojego agenta. Przecież to jedyny dostępny dla nich sposób przekonania się, jak naprawdę potoczyły się sprawy na planecie Ksi.
Milczeli przez chwilę, Achmat pykał fajkę, a Leo układał sobie w myślach uzyskane informacje.
– No dobrze – mruknął wreszcie. – Zostawmy Slothowi jego kłopoty i odpowiedzialność za losy Wszechświata. Co będziemy robić tutaj na tej planecie?
– Postanowiliśmy zagrać… – Achmat uśmiechnął się tajemniczo.
– Zagrać? W co?
– No, powiedzmy, w „żywe szachy". Sloth narzucił nam pewne reguły, co do reszty naszych poczynań pozostawiając pełną swobodę. Postanowiliśmy skrócić sobie czas rozgrywając indywidualny turniej z władzami osiedla na planecie Ksi. Możesz się do nas przyłączyć. Chyba że nie chcesz.
– Dobra. Na czym ma polegać ta gra?
– Gramy w wylosowanej kolejności, każdy indywidualnie. Pozostali trzej tylko kibicują i w razie ostatecznej konieczności przerywają grę w sposób nie naruszający podstawowych reguł. Celem gry jest naprawa stosunków w tej blisko dziesięciotysięcznej społeczności. Każdy obmyśla koncepcję rozegrania swojej partii i przedstawia pozostałym, w ogólnych zarysach oczywiście. Wygrywa ten, komu uda się w największym stopniu poprawić sytuację tego społeczeństwa. Komu się to nie uda w wyznaczonym czasie, przegrywa. Za naruszenie reguł grozi natychmiastowa dyskwalifikacja.
– A reguły?
– Rozkaz komandora ogranicza nasze działania, ale nie pęta nam rąk. Po pierwsze, nie wolno nam się ujawnić. Tutejsze władze nie mogą wiedzieć, że na planecie znajdują się ludzie z Ziemi. Po drugie, wskutek naszego działania nikt nie powinien ucierpieć na zdrowiu ani stracić życia. Po trzecie, nie możemy dopuścić do unicestwienia tych niedoszłych osadników, którzy do tej pory nie zostali wyprowadzeni z anabiozy i pozostają zmagazynowani i prawie już zapomniani w pojemnikach trans portowych. To właściwie wszystkie ograniczenia, jakim podlegamy. Poza tym wolno robić wszystko, co nam przyjdzie do głowy: udawać, łgać, aranżować różne wydarzenia, mącić umysły, siać wątpliwości… jeśli okaże się to celowe i pożyteczne.
– Podoba mi się ta zabawa… Tym bardziej, że wszyscy jesteśmy raczej… amatorami w tej dyscyplinie.
– Hm… Wydaje mi się, że każdy po trosze czuje się specjalistą od ulepszania świata. Tutaj mamy znakomity poligon do eksperymentów. A ponieważ żaden z nas nie zamierza wyciągać osobistych korzyści, rokowania dla osadników powinny być niezłe.
– Macie nade mną przewagę w zakresie informacji – zauważył Leo.
– Wprowadzimy cię w sytuację. Gra musi być uczciwa – zaśmiał się Achmat.
3.
Od strony zabudowań kosmoportu zbliżał się czerwony mikrobus. Sloth stał w cieniu statecznika rakiety, ściskając w dłoni rączkę nesesera. Czuł strugi potu spływającego po plecach pod lekką bluzą kombinezonu. Żar bił od rozgrzanej płyty lądowiska. Słońce – mimo wczesnego przedpołudnia – prażyło nieznośnie.
Narobiłem im trochę kłopotów, pomyślał nie bez odrobiny złośliwej satysfakcji, patrząc na szeroki krąg pustej powierzchni lądowiska, w którego środku precyzyjnie i sprawnie wylądował przed paroma minutami. Musieli usuwać wszystkie graty w promieniu dwóch kilometrów…
Znał to dobrze. Ilekroć wracał z dalekiej podróży, zawsze się powtarzało. Najpierw propozycje przysłania rakiety z pilotem, później – popłoch i odraczanie chwili lądowania, gdy przybysz upierał się przy samodzielnym zejściu z orbity. Obsłudze kosmodromu wydawało się najwyraźniej, że pilot, który opuścił Ziemię kilkadziesiąt lat temu, po powrocie reprezentuje poziom Neandertalczyka w porównaniu z nowo wyszkolonymi kosmonautami i nie potrafi prawidłowo osadzić na płycie nawet lekkiej rakiety ładowniczej…
Tym razem nie chodziło jednak o popisy. Sloth nie chciał w ogóle rozmawiać z dyspozytorem ani z kontrolą kosmoportu. Od razu wezwał dyżurnego Bezpieczeństwa Lotów i postawił swoje warunki. Nawet nie domagali się wyjaśnień. Dostał zgodę na samodzielne lądowanie, obiecano specjalną ekipę…