Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną
- Автор: Maslowska Dorota
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną». Краткое содержание книги:
Książka ukazuje się z rekomendację znanego poety Marcina Świetlickiego, który podsumował ją następująco: Podejrzewam, że Masłowska jest ruskim szpiegiem. Książkę tę napisała po to, by bezkarnie poruszać się w naszej polskiej rzeczywistości i zamydlić nam, Polakom, oczy. Nigdy w życiu nie chciałbym się z nią osobiście spotkać, albowiem obawiam się, że wyssie ze mnie wszystko co najcenniejsze i na swój szpiegowsko-rosyjski sposób przetworzy to dla siebie. Z drugiej jednak strony, jeżeli chodzi o tę książkę, to jestem bardzo zadowolony. Tutaj nie nasuwa się pytanie, czy jest to proza kobieca, czy męska. Jest to kawał lekko nadpsutego literackiego mięsa i, zdaje się, warto było żyć 40 lat, aby wreszcie coś tak interesującego przeczytać.
Ej, Silny – słyszę szept w całkowitej konfidencji i zostaję popchnięty bardziej w głąb łóżka, co mnie już nawet nie zdziwi. Gdyż jestem do niego szczerze przywiązany, jest moim dodatkowym organem w ramach kompensacji całej reszty narządów, które mi być może odpadły. Nie umieraj jeszcze, na razie jeszcze żyj. To ja, Magda.
Nie kłam – mówię lub też mi się zdaje być może, że mówię, granice są w płynie, granice są w proszku, przesypują się po planszy i nie wiadomo, czy jestem jeszcze na polu czerwonym, czy już na białym, lecz to nie obchodzi mnie. Gdyż ten lizak po obu stronach ma dla mnie smak całkowitej goryczy. Nie kłam, Magda, iż niby przyszłaś. W chuja mnie robisz, „jestem tu, Silny, przyszłam, ale prima aprilis i wcale mnie nie ma”. Koniec. Mogłaś przyjść.
Mogło być jeszcze wszystko dobrze. Ale nie przyszłaś.
No, Silny, głupku – mówi Magda wtedy i samodzielnie otwieram oczy bez udziału rąk. I przerażam się, bo rzeczywiście niby ona, ale może to tylko jej makieta, jej atrapa zakupiona dla mnie przez Barmana w zestawie ze strzałkami do rzucania. Palant z tego Barmana, czy on nie jarzy, że kurwa ja mam nogi i ręce w awarii, że oni mnie tu obwiązali różnymi rurkami i tylko dzięki temu jedynie trzymam się kupy. Zastanawiam się, jak ja na dłuższą metę będę w ten sposób żyć. Bo łaź teraz wszędzie z tym całym osprzętowaniem, butle jakieś, jakiś radar, kable się plączą pod nogami, poruszaj się teraz w promieniu metra od ściany, nurkuj w powietrzu na głębokość metra i jeszcze nie pomyl wtyczek, bo wtedy zwarcie i osobiste użyźnienie gleby.
Silny, to ja Magda – mówi Magda i macha do mnie ręką z odjeżdżającego autobusu na wakacje. To ja, Magda, wpadłam tak ot, pogadać. Kupiłam ci malborasy, mentole, pomyślałam, że się ucieszysz. I gazetę o motocyklach, „Świat Motocykli”, żebyś tu do reszty nie zdumiał.
Fajnie jest, myślę. Jedziemy autobusem. Mnóstwo pyłu jest, ale jest fajnie, silnik furczy, wszystko się trzęsie, białe pola, plantacja kredy, muzeum interaktywne, tyle zrobili pyłu, że nie widać eksponatów. Może to zresztą amfa unosi się w powietrzu, bo to jest akurat czas kwitnienia amfy, pełno pyłków lata w powietrzu, powszechna akcja narodowa alergia, zatrudnienie dla bezrobotnych.
Słuchaj teraz tak – słyszę ze strony Magdy – nie bądź, Silny, głupi. Nie daj się tak zrobić, przecież oni chcą tu z ciebie wyhodować rododendron sobie na korytarz.
Wtedy wyciąga z torebki „Świat Motocykli” i próbuje tak zrobić, żebym mógł sobie poczytać. Lecz co ona jedną rękę mi zaciska, to druga się rozwiera i gazeta więdnie. Wtedy Magda wyprowadzona takim moim zachowaniem z równowagi zdejmuje z półki radar, co do niego jestem podłączony i aż dziwię się, że jak ona go bierze, to mnie to nie boli. I buch mi go na brzuch, co aż prawie samego siebie z bólu wyplułem, lecz moje zdolności sprzeciwu są ograniczone.
Nikt nie skuma – szepcze mi Magda z otuchą i kładzie „Świat Motocykli” gazetę na radarze, co cały czas pika i być może jest to moje sztuczne serce, które teraz już zawsze będę musiał nosić ze sobą w reklamówce, to więc niech ona się z tym obchodzi ostrożnie, żeby nie zepsuć. Widzę teraz prosto przed twarzą różne literki idące przez strony do swojego mrowiska. I żałuję iż tak szybko się ruszają, bo to może jest tekst piosenki o mnie i moim bólu, którą mógłbym teraz wszystkim zaśpiewać. Lecz to jeszcze nie koniec tej modernizacji, gdyż Magda najwyraźniej zdecydowała się polepszyć moje warunki bytowe i sanitarne. Wyjmuje paczkę fajek już napoczętą i kategorycznym gestem wkłada mi jednego do ust, co on mi od razu wypada, ale ona go wtyka na powrót głębiej, prawie prosto mi do gardła.
Tu się nie pali – odzywa się słabo jakiś głos z daleka, zapewne automatycznie włączająca się akcja antynikotynowa, co zaraz powie, co sądzi na temat papierosów i ich skutków.
Jakiś problem? – mówi zaraz Magda głośno – ja pana nie częstowałam.
Wtedy Magda patrzy na mnie, widząc iż coś jest niezupełnie tak z tym paleniem.
Co oni chcą od ciebie, żebyś ty nagle zaczął mówić stereo i podbicie basów? – mówi, bierze i wyszarpuje ze mnie te wszystkie wtyczki od kabli, co ciągną się od mego nosa i z powrotem. Tak będzie ci dużo lepiej.
Wtedy jeszcze udaje mi się zobaczyć w przyspieszonym tempie, jak ona rzuca te rurki na podłogę, podpala mi papierosa, a potem już niewiele widzę. Gdyż raptem coś ciężkiego na mnie spada na klatę, być może kamień, być może to moja własna powieka, być może to wiatrak oderwał się z sufitu, a być może to po prostu jakieś urwanie chmury z drugiego piętra, śnieg łóżek i pacjentów. Lecz już nad tym nie myślę więcej, gdyż możliwość myślenia również nagle tracę, co symbolizuje ostatecznie mój regres w kierunku roślinności.
Nie umieraj… – taką audycję nadają w radiu. „Nie umieraj, razem zwalczymy naszą wspólną śmierć” – społeczna akcja charytatywna radia Zet i polskich muzyków rockowych. – Nie umieraj – powtarza radio, a potem jakby spiker gubi wątek, bo pomyliły mu się kartki. Nie umieraj – mówi – to wszystko moja wina.
Wtedy znowu klamka uchyla się i pojawia się szpara, przez którą bezczelnie podglądywuję, co jest na zewnątrz. Być może nawet rodzę się właśnie, wyglądam na świat z mojej matki, lecz nie podoba mi się to, co tu się dzieje. Otóż nie jest to zwykły sufit, tylko sufit ruchomy, sufit przewija się na moich oczach, świetlówki znikają i pojawiają się na powrót, gdyż może jesteśmy teraz w interaktywnej fabryce świetlówek. I raptem są też różne twarze, jest hałas. To wszystko moja wina – tłumaczy ktoś z płaczem – będę teraz już tylko z tobą, tylko nie umieraj, przecież nie o to tu chodzi, tu chodzi, żeby się dobrze bawić… A to wszystko były takie żarty… tak naprawdę to nie byłam z nikim, ani z Lewym… ani z tym całym dźwiękowcem… zrozum to, tak tylko żartowałam, żeby cię rozzłościć, idioto… a teraz wszystko będzie dobrze…
Nie umieraj, Silny, to mówisz ty, Magda, mówisz to przez telefon, mówisz to przez megafon. Jest to kolejna twa fanaberia, kup mi fajki, kup mi rajtki, nie umieraj. Jeśli możesz, nie umieraj. Nie umieraj, jak chcesz, by było między nami fajnie. Bądź kolegą, nie umieraj, bo mam akurat umówione solarium, nie mam teraz czasu na grożenie, może później. Zadzwoń do mnie pod wieczór i przysięgnij, że tak żartowałeś i nie umarłeś, już zaraz dosłownie lecę, ale obiecaj wpierw, że to wszystko nieprawda.
Chcę coś myśleć, lecz nie. Żadnego myślenia, mam zabronione myślenie, co mam chęć coś pomyśleć w jakimś temacie, to radio z wyrwaną anteną nadaje ekstraciekawą przyrodniczą audycję o wietrze, że wiatr wieje. Że wieje. To jest relacja live nadawana z miasta, początkowo był jakiś reporter na żywo, proszę państwa, nie słyszą mnie państwo, lecz jesteśmy świadkiem niezwykłego zjawiska, w całym mieście wieje wiatr. Pojawił się z zachodu i wyrwał już wszystkie flagi biało-czerwone. Mimo iż mnie państwo nie słyszą lub nie słyszą mnie wcale, zaznaczę, że już osiem osób utraciło włosy, a liczba osób, które zostały zaginione jest ciągle nie znana. Wiatr skręca właśnie w lewo, odrywa balkony od wieżowców. Pojawiły się pogłoski i nadinterpretacje, jakoby wiatr ten został skonstruowany przez Niemców, którzy chcą urządzić tu poligon, a na pozostałościach domów urządzić ścianki alpinistyczne dla oddziałów specjalnych. Wiatr wieje na niespotykaną skalę, nie da się porównać nawet z wiatrem z 1997, o którego nasłanie na Polskę rząd obciąża Moskwę.
Tu relacja urywa się, może redaktor się przewrócił, to nic, dostanie medal, dostanie pośmiertnie Order Uśmiechu i kompas od polskiego rządu na uchodźstwie za szczególny nonkonformizm w służbie prawdy. Wiatr strąca radio z szafki i teraz wyemitowany zostaje wielogodzinny przegląd przez wszystkie rodzaje wiatru, jakie istnieją. Bardzo ciekawe, każdy wieje w inną stronę i wyrywa co innego, czego nie widać, ale słychać.
Jak stąd wyjdę, to jak Boga kocham. Kupię sobie taki wiatr może. wpierw amatorsko, a później już profesjonalnie zawodowo, jak ktoś mi nie podpasuje, temu nasię wiatr na chatę, i do widzenia, instalacja zerwana, sprzęt RTV wywiane, kobiecie widać majtki, dzieci z przewianym uchem, a ja siedzę i steruję dżojstikiem, popijam browcem, Magda się rozbiera, lecz ja mówię, no gdzie, weź się lecz z tym tyłkiem, nie widzisz, że teraz jestem poważnie zajęty, zarabiam pieniądze, odzyskuję dług jednemu kolesiowi?
To są moje marzenia, wszystkie utrzymane w tonacji biało-białej, ktoś mógłby z tego film zrobić i sprzedawać jako uniwersalny film video „Moja Pierwsza Komunia”. Na tym można by zrobić interes, wkładu tyle, co z offu doprawić jakiś podkład muzyczny, pochodzić po parafiach, posprzedawać, nikt by nawet nie wyczaił, że to nie jego dzieci, gdyż wszystko by było białe równomiernie, niby że takie na maksa zbliżenie.
Nie trzeba było umierać, mówię sobie, teraz nawet nie wiem, na czym stoję. I gdyby choć jedna uczciwa osoba by się znalazła, co by mi powiedziała, kurwa, prawdę. Czy żyję. Jak żyję, to spoko. Jak nie żyję, to owszem, zaboli, będzie przykro, lecz jakoś to zniosę. Lecz w ten sposób, nie wiedziawszy w ogóle, o co tu chodzi, dłużej nie wyrobię. Iż me sny, me haluny, co sobie dobrze zdaję sprawę, że wykipiały całkiem, zalały wszystko wokół, teraz już tu mamy granicę ruchomą i święto ruchome mogące pojawić się w dowolnym miejscu i momencie niczym wysypka. Już nic nie czaję, czy to jest prawda, czy nie, cokolwiek wyciągnę rękę i pomacam, jest zrobione z prześcieradła, dokładnie to już wybadałem. Jak oni mnie tu robią w chuja, posiali na mnie prześcieradło, gleba jasna, ale żyzna i teraz prześcieradło pięknie się rozrasta, salowa przychodzi i obcina regularnie, lecz ono i tak zarosło już wszystko, wypełzło przez okno i uderza na miasto.