Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną
- Автор: Maslowska Dorota
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną». Краткое содержание книги:
Książka ukazuje się z rekomendację znanego poety Marcina Świetlickiego, który podsumował ją następująco: Podejrzewam, że Masłowska jest ruskim szpiegiem. Książkę tę napisała po to, by bezkarnie poruszać się w naszej polskiej rzeczywistości i zamydlić nam, Polakom, oczy. Nigdy w życiu nie chciałbym się z nią osobiście spotkać, albowiem obawiam się, że wyssie ze mnie wszystko co najcenniejsze i na swój szpiegowsko-rosyjski sposób przetworzy to dla siebie. Z drugiej jednak strony, jeżeli chodzi o tę książkę, to jestem bardzo zadowolony. Tutaj nie nasuwa się pytanie, czy jest to proza kobieca, czy męska. Jest to kawał lekko nadpsutego literackiego mięsa i, zdaje się, warto było żyć 40 lat, aby wreszcie coś tak interesującego przeczytać.
A kiedy to tak sobie myślę, wyobrażam, widzę to oczami duszy swojej, to naraz otwierają się drzwi. I wychodzi z nich facet jakiś, który właściwie to nie ma nic do całej sprawy, gdyż jest niby to zwyczajnym jednym z wielu statystów, którzy pracują w tym filmie. Ale ja go od razu zauważam, iż coś jest z nim nie tak i to ma bezpośredni związek z tym pokojem, wszedł pewnie uśmiechnięty, pełen optymizmu i o prostym kręgosłupie, a jak już wychodzi to postępująca skolioza i garb pełen zapasowej wody na moralnego kaca, a wszystko, cała jego zmiana, to była kwestia wejścia na ten jeden właśnie pokój dwajścia dwa. Lampę mu w oczy, tortury psychiczne, przyzna się czy nie przyzna się do faktu, iż ma u Ruskich kuzynostwo, mamy na to dowody, mamy twoje zdjęcia, tu niby patriota, a wkłady do ołówków automatycznych kupowało się dzieciom ruskie, ot, za to mu lampa w oczy, za to mu skolioza. Za maszyną siedzi jakaś ściemniona maszynistka i spisuje wszystko, co powiedział, ale tak, jak jej pasuje do formularza, jakkolwiek pytanie by było sprekonfigurowane, to ona wpisze: tak. Tak, żywi orientację proruską, tak: chce zaboru, tak: przysięga na Polskę, iż to nie Ruscy wpuścili zasolenie do Niemenu. A wszystko tylko dlatego, iż „nie” w tej maszynie nie działa, ten wyraz akurat został wyeliminowany z czcionki. I to jeszcze zanim rozpętała się wojna, wyrwali je już, jak przesłuchiwali artystów plastyków o ciągotach solidarnościowych.
No ale jak słyszę „następny” i tam włażę, to stwierdzam, iż tej maszynistki akurat nie można oskarżyć o fałszowanie wyników wyborów moralnych ze stanu wojennego, gdyż obliczam sobie w pamięci, iż ona wtedy nawet nie wiedziała, co to tak, a co nie, gdyż ona wtedy prawdopodobnie jeszcze nie żyła ot co i nawet się na nią nie zanosiło. Gdyż na oko to ma maksimum trzynaście lat.
Dzień dobry – mówię z góry, żeby być uprzejmym dla niej, to może raptem nauczy się pisać „nie”. Ta nie odpowiada, to od razu zaczynam podejrzewać, że jest między nami brak respektu, szczególnie iż ona ma krzesło wyższe niż moje. Za mną zaraz wchodzi ten suk i mówi: te zeznania, Masłoska, to masz potem zanieść razem z kawą i ciastkiem do komendanta, tak on mówi, i sama też masz do niego przyjść na dłuższą chwilę na poważną gawędę, on tak mówi. Na to Masłoska mówi głośno: tak, panie sierżancie, a równocześnie stereo coś mruczy do siebie, jakieś wulgaryzmy, coś o ZHP. Jak to słucham co ona mówi, kiedy tak gapi się w te klawisze i celuje w jeden po drugim jednym palcem, a drugi ogryza paznokieć, to od razu zdaje mi się, iż to ja tu powinienem prędzej siedzieć za tą maszyną i spisywać jej historię choroby. Umysłowej zresztą.
Nazwisko – ona mówi. No to ja nic. Robakowski – mówię. Imię? Andrzej, bardzo mi miło dodaję a ty?
Ja Dorota – mówi ona i na mnie dziwnie patrzy, że aż dostaję halun na bańkę, iż ona wszystko jak gdyby o mnie wie. Lecz o co chodzi. Patrzę na nią, czy może ją gdzieś kiedyś już spotkałem, na jakiejś dyskotece w Luzinie czy w Choczewie latem, lecz trudno mi to poznać, gdyż ma na sobie niebieski kombinezon, kostium pod tytułem „kierowca autobusu Neoplan”, za duży zresztą. Zegarek ma ze złą godziną ustawione, na lewej ręce napisane ma długopisem „L” jak lewy, a na prawej „P” jak pinda, co pisząc lub robiąc cokolwiek, często gęsto sprawdza.
Imię matki… – ona szemrze do siebie – jo, imię matki kurwa…Ma…ci…ak…Iz., a…b., ela… i jedno „l”, a po mężu…Ro… ba… kos… ka… kurwa.
I wtedy coś mnie tchnęło. Coś mnie tyka wielkim palcem, e, Silny, obudź się, jakiś grubszy halun się kręci na twoich oczach, oto siedzi tu ta maszynistka, nawet nie wiesz sam jeszcze, czy chciałbyś ją przelecieć, czy nie, a raptem zna imię i nazwisko twojej rodzonej matki. Obudź się, Silny, bo kręci się tu coś, o czym nie wiesz, pod spodem, w ścianach poukrywane czyjeś są tajne, jasnowidzące oczy.
Pracujesz? Uczysz się? – zagaduję ją, by trochę się oderwać od tego chorego filmu, co mi został wkręcony i zamyślam się, czy to przypadkiem nie początek jakichś tortur.
Ta pisze dalej, ma tak wolny zapłon, a jak wtem nie powie raptem: co? do mnie, to sam aż się jej boję, gdyż wygląda na raczej nienormalną, jakby całkowicie nie z tego osiedla była co ja, tylko z innego. No i wtedy jakby zrozumienie tekstu mówionego przez nią z jej strony, ma dziewczyna tą zaletę przynajmniej, że rozumie po polsku, choć najprawdopodobniej mówi jakimś własnym narzeczem wewnętrznym śródlądowym, w który zalicza się również palenie papierosów. Nawiasem mówiąc, jak ona tak pisze na tej maszynie, to najwyraźniej toczy ze sobą jakieś grubsze potyczki słowne w myślach, jakąś śródwewnętrzną wojnę domową i walki bratobójcze na noże do smarowania chleba, jakieś wewnętrzne obliczenia na własnych liczbach niewymiernych. No ale po polsku też jako tako się porozumiewa, to mówi do mnie tak: Jo. I to, i tamto też. Wszystkie. Odpowiedzi. Są Prawidłowe. Wygrałeś. Tę nagrodę.
Wtedy bierze, wyrywa z maszyny literkę „n” i do mnie rzuca. Ale nie trafia, bo pewnie pomyliły jej się strony.
No to wtedy ja już postanawiam nie popuścić, bo nić przyjaźni między nami została nawiązana, a kto wie, jak to będzie, od słowa do słowa, fajny film widziałem wczoraj, potem ona się rozkręci, da mi swój numer na komórkę, ja od Kacpra pożyczę jego golfa, to po nią przyjadę, pojedziemy gdzieś nad jezioro czy na kawę, herbatę, a raptem w międzyczasie okaże się, iż literki „n”, „i” oraz „e” się odnalazły i zaczęły gwałtem działać, i cisną jej się pod palce jak oszalałe w odpowiedniej konfiguracji, konfiguracji „nie”, proruski? – ona wpisuje: nie, alkoholik? – ona wpisuje: nie, winny? – ona wpisuje: NIE.
No to mówię do niej tak: a gdzie się uczysz? Gimnazjum, ekonomik, maturka zaocznie?
Ona na to coś tam majstruje przy tej maszynie raczej agresywnie, tłucze w nią ręką. NIE, odpowiada raczej z niezadowoleniem, jakby żalem. Wtedy znów ładuje się ten suk, mówi do Masłoskiej, by się pospieszyła z tą kawą i ciastkiem, bo komendant się nudzi i by się nauczyła jakichś nowych dowcipów i kawałów, bo tamte już się komendantowi podobno znudziły. I ma jeszcze natychmiast rzucić palenie, bo to jej szkodzi na kaszel czy coś, a to komendanta denerwuje. Ta znowu mówi: tak, panie sierżancie, a pod nosem coś burczy do siebie, złorzeczy coś znowu o ZHP i obozach koncentracyjnych.
Wtedy jeszcze coś tam niby klepie niczym by grała na jakimś instrumencie klawiszowym w zespole nurtu regres, a potem raptem odsuwa tą maszynę z wielkim hałasem tak bardzo, iż ta maszyna ledwie co się na mnie nie zjebie i latają przez to różne papiery, kartki, jak białe, pierdolnięte ptactwo jej domowe, które ona żywi okruszkami z kanapek. Takiej palniętej jeszcze nie widziałem.
Fajnie tu masz, przytulnie – zagajam strachliwie, by coś jeszcze gorszego nie przyszło jej do głowy, by mnie przykładowo zabić, zakłuć ostrzem długopisu i ołówka, bo widać po niej, że jest do tego zdolna. Nawiasem mówiąc jest ruda. Ale ma odrosty. Na parapecie wszystkie kwiaty są na amen zwiędnięte, pionowe żaluzje produkcji ruskiej na amen zaciągnięte, plus jeszcze szklanka porośnięta drobnymi, nieruchawymi zwierzętami wodnymi, plus na biurku są rozłożone różne wykresy, co ona robi cały czas, nawet podczas rozmowy ze mną. I jak ona tak siedzi, to ja tylko zdanżam podejrzeć, że pionowa kreska igrek oznacza kurwicę, a pozioma iks upływ czasu. Funkcja jest rosnąca. Teraz, w stosunku do obecnej godziny, jest poziom kurwicy bardzo wysoki.
No to ona zapala, mi też nawet daje, co czuję, iż będzie jeszcze między nami dobrze.
A gdzie się uczysz? – nalegam.
Studium. Zaoczne. Nauczania. Początkowego – mówi ona takim tonem „ja tu zostawiam swój pionek, dalej grajcie sami”. Dla osób. Bez. Matury.
A co zrobiłaś, zawodówkę? – naciskam.
Nie – ona mówi – liceum. Zrobiłam. Ale na maturze. Mnie oblali.
O, do chuja pana – ja na to mówię, niby, że oburzony, z nią zsołidary-zowany, ramię w ramię idący na gmach MEN-u wywozić prawicę na taczkach – a czemuż to?
Czemuż? – ona mówi gorzko – bo mam moralność. Ujemną. Minusową.
Wtedy ona zaczyna coś niby odpowiadać mi. Że niby tam wygrała jakiś konkurs, coś gdzieś, jakaś gazeta, „Ty i Styl”, czy „Kobieta i Życie”, że niby wygrała to dwa lata temu, ale teraz nadrukowali dopiero, gdyż wcześniej mieli dużo pilnych reklam do drukowania. I jeśli nie zgubiłem wątek, to chodziło o to, iż tam był wydrukowany jej niby jakiś dziennik lub pamiętnik. Ja pierdolę, co za historia – mówię, by nie być wzięty za głupka, że niby nie rozumiem i z rozpaczą kręcę głową. No zamknij się – ona się jak gdyby rozżala i pstryka na wyścigi długopisem, kto będzie pstrykał szybciej, ona, czy ja szyję nogą. To jest jeszcze pikuś, a teraz dopiero będzie hardkor, co się dalej stało.
I opowiada. Że ten dziennik to niby przeczytała jakaś jej nauczycielka czy coś, i wtedy jak ona poszła na maturę, to ta nauczycielka była dla niej z gruntu nieprzyjemna, wrogo i podchwytliwie nastawiona. Bo chodziło, że ona coś w tym dzienniku napisała nie tak, że pali na przykład, że różne rzeczy się działy w jej życiu natury immoral, i ta nauczycielka przechwyciła ten dziennik i to po chamsku przeczytała. Tak to rozumiem, tą całą historię.
I oblałam – ona mówi, waląc głową w biurko – z religii oblałam.
Serialnie? – pytam, niby że to z zainteresowaniem, bo z wariatami należy ostrożnie, należy ich obchodzić na palcach, cicho sza, jesteś całkiem normalna, tylko nieco inaczej niż wszyscy.
No serialnie – ona mówi załamanym głosem i z rozpaczy obwija sobie twarz papierem do maszynopisania – Serialnie, ustną z religii. Zapytała mnie ta kobieta, czy Bóg jest. To ja całkiem zgłupiałam z nerwów, w końcu strzelałam, że odpowiedź A, że jest. Ale ona była na mnie tak cięta za ten dziennik, za wszystko tam opisane, palenie papierosów, pokazywanie majtek, że i tak mnie oblała, powiedziała wobec komisji, że niby że zrzynałam, że sama tego niby nie wiedziałam, tylko zrzynałam od kogoś. I oblała mnie.
Co za suka – mówię dobitnie, by wiedziała, iż się z nią całoliniowo zgadzam i jeszcze jestem skłonny przyjść z ekipą do tej nauczycielki na osiedle i jej najszczać na drzwi, a także jej dzieciom przemówić do rozumu, by więcej się nie pokazywały ani na klatce schodowej, ani na dworzu, ani na drabinkach.