Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną

Электронная книга - «Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną». Краткое содержание книги:

ojna polsko-ruska… to pierwsza polska powieść dresiarska. W głównej warstwie narracyjnej opowiada o przygodach dresiarza Silnego z pięcioma kolejnymi dziewczętami. Jednocześnie stanowi nadrealistyczną alegorię polskiej tożsamości narodowej w rzeczywistości małego miasta w województwie pomorskim. Wątki kryminalne przeplatają się w niej z nadzwyczaj dojrzałą egzystencjalną refleksją. Trzeba tu dodać, że jest to utwór dość brutalny, uświadamiający jak wielkim zagrożeniem jest dla człowieka narkotyk (w tym wypadku amfetamina), niszczący osobowość i generujący niebezpieczne urojenia. Uwagę zwraca zwłaszcza doskonale stylizowany język podkultury marginesu społecznego.

Książka ukazuje się z rekomendację znanego poety Marcina Świetlickiego, który podsumował ją następująco: Podejrzewam, że Masłowska jest ruskim szpiegiem. Książkę tę napisała po to, by bezkarnie poruszać się w naszej polskiej rzeczywistości i zamydlić nam, Polakom, oczy. Nigdy w życiu nie chciałbym się z nią osobiście spotkać, albowiem obawiam się, że wyssie ze mnie wszystko co najcenniejsze i na swój szpiegowsko-rosyjski sposób przetworzy to dla siebie. Z drugiej jednak strony, jeżeli chodzi o tę książkę, to jestem bardzo zadowolony. Tutaj nie nasuwa się pytanie, czy jest to proza kobieca, czy męska. Jest to kawał lekko nadpsutego literackiego mięsa i, zdaje się, warto było żyć 40 lat, aby wreszcie coś tak interesującego przeczytać.
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 38
Перейти на страницу:

Suszy mnie, kurwa nędza – mówię mu, mój głos wydobywając się spośród zwałów śliny w stanie stałym. A gdybym przykładowo nie miał na tyle kultury, by po chamsku splunąć, lecz nie robię tego. Gdyż obawiam się, co by na chodnik ni mniej ni więcej nie wyleciała ma ślina w kostkach lub tym bardziej płatach, może nawet zwojach. Zastanawiam się, czy to nie jest wina jakiegoś ściemnionego towaru od Wargasa. Jako że ten typ zawsze trzyma rzuty wewnątrz buta z nie wiadomo jakim innym tałatajstwem i o zatrucie nie jest w dzisiejszych czasach przez to trudno. Teraz może nawet zaraz skonam tu w męczarniach, gdyż całe wodę, jaką w sobie miałem, wyplułem wcześniej Lewemu na katanę i teraz nie ma już we mnie złamanej kropli, a krew w proszku przesypuje się na prawo i lewo z jednej do drugiej żyły.

To pij kurwa, a nie gadaj – mówi mi Lewy świetną poradę życiową, maksymę i przysłowie na całe życie do haftowania na makatce. Z kałuży pić nie będę, nie? – odpowiadam mu posępnie, gdyż również w nastroju na żarty, rebusy słowne i zagadki nie jestem. Wtedy on się lituje w miarę, gdyż on tu, jakby nie było, fundował towar i on tu teraz jest master of ceremony. on tu teraz zapuszcza kawałki, więc idziemy na Mc Donald's. I wchodzimy niczym dwuosobowa drużyna imienia Matki Amfetaminy. Duże kole -mówię w konwencji dość szorstkiej do kasjerki, że aż ona wychyla się podejrzliwie spod swego super firmowego daszka, po czym równie podejrzliwie jest skłonna na nasz widok zalepić kasę przylepcem. I również podejrzliwie idzie na zaplecze. Lewy jest dość tyle podkręcony, że cały czas zaczyna napiżdżać różne rzeczy w kierunku tej kasjerki, choć ogólnie rzecz biorąc ona nie ma szans tego na swym firmowym zapleczu usłyszeć, szczególnie iż swe firmowe uszy ma ściśnięte oraz zatkane firmowym daszkiem.

Co kurwa, lej tą kole i streszczaj się z tą masturbacją ekspres przez fartuch, bo Silnemu chce się pić, kurwa, a jak nie, to ja tam wejdę i ci pomogę, lecz tego byś nie chciała. A gdy on tak mówi, ja sobie uświadamiam, iż on ma prawdę i sporo racji w tym, że jest tak szorstki i oschły wobec kasjerki. Gdyż prawda jest taka, że w jedne taką kole jest naliczone również dla niej za jej pracę i uprzejmość obsługi z co najmniej dwadzieścia groszy i nie może być tak, iż ona ma akurat ciotę, to robi miny, fochy i feministyczne nalewanie koli przez pół godziny po gram na minutę, jak mi się akurat chce pić. Tak więc również się podkurwiam razem z Lewym i tak stoimy we dwóch i mówimy za pusty bar: dawaj, kurwo babilońska, nie rób loda Babilonowi, tylko dawaj tą kole, bo naszczujemy na twe skundlone dzieci kapitalistów, co im wpierw ogryzą rączki, potem nóżki, potem pisiolki, a na koniec ciebie same odgryzą i już ci nie będzie już tak lekko szło z przyczepnością, będziesz zapierdalać na chmurze i czynić cudy, uzdrawiać wiernych z biegunki.

Z pierdolonej wysypki! – ryczy Lewy, aż się wszystko trzęsie, wiatr wieje, a na tekturowym klaunie pojawiają się zmarszczki, pęknięcia.

A gdy ona wreszcie posłusznie się pojawia i niesie w jednej ręce kole, i zarówno jak ją lekko wystraszona mi podaje, a ręce jej się trzęsą mówiąc cztery złotych czterdzieści groszy, to Lewemu wtem coś odpieprzą i on mówi raptem do niej: e. A gdy ona podnosi głowę z lękiem, to on dodaje: Osama i tak cię zapierdoli.

Ja wtedy słucham tego. co on mówi i myślę, iż to jest mój dobry kumpel, wesoły, z poczuciem humoru, i że nie można tak dać Brukseli się robić w chuja. Więc podchwytuję wątek i mówię: Osama cię zajebie za robienie laskę eurocwelom.

Zarówno ja jak i Lewy jesteśmy wtedy śmiertelnie poważni, nawet oko przestało się puszczać Lewemu, co gdyby jak zwykle się puszczało, to mogłoby być cała sytuacja wzięte za głupi żart, lecz nie jest.

Toteż ze strony kasjerki konsterna. Cisza. Ręka drżąca na firmowym walkie-talkie. Daj mi to – mówi jej Lewy w tonie raczej wulgarnym, wskazując głową na słuchawkę – zawsze chciałem takie gówno mieć na Pierwszą Komunię.

A gdy tak mówi, z jego ust leci wiatr, co rozwiewa kasjerkę, podwiewa jej włosy, rozpina je fartuch. Ona trochę się waha, niczym by się miała co najmniej rozpłakać i zaraz możliwe, że nawet zapłakać gorzko: nie dam, nie dam, to moje, ja to dostałam od szefa. Lecz tak się nie dzieje, ona jakby z frustracją odpina z paska tą słuchawkę i ją Lewemu zgodnie z przykazaniem daje z miną niczym zarzynane zwierzę.

Lecz na tym się nie kończy, gdyż Lewy najwyraźniej jest całkiem podkręcony, zaangażował się totalnie i teraz postanowił doszczętnie zwalczyć wszystkie odciski palców tirówki euroamerykańskiej na ziemi polskiej. A teraz won na zaplecze – mówi do tej zdenerwowanej raczej kasjerki – i skołuj jeszcze jedne taką machinę dla Silnego. Tylko działająca żeby była, a nie żadna ściemniona, inaczej nie żyjesz.

Kasjerka patrzy na niego, raz to na mnie, ma trądzik. Patrzy jakby dostała co najmniej po łapach, co najmniej gałęzią, a teraz nie mogła się jeszcze otrząsnąć z szoku. Natenczas idzie na zaplecze i długo nie wychodzi, a wraca jeszcze bledsza, niosąc przed sobą walkie-talkie, rzuca je na ladę i pospiesznie cofa się w kierunku automatu z kawą.

Wtedy ja biorę to, co nasze, jak również kole i skoro ona jest taka zszokowana, to nawet specjalnie nie płacę nic, fuli gratis, Babilon funduje, wielka promocja z okazji USA. A nim wychodzimy, Lewy spluwa w pysk klaunowi, mówiąc do niego: a ciebie też zapierdoli. Osama osobiście. I jeszcze do nieszczęsnej kasjerki: a ty, do kurwy, uprawiaj więcej seksu. I zdejm ten fartuch. Bo źle wyglądasz na chorą.

Wtedy wychodzimy. Koledzy. Zbrojne Bractwo Świętego Dżordża najeżdża na świat. Uwaga uwaga, są groźni, są uzbrojeni. Uzbrojeni w scyzoryk, uzbrojeni w łączność przez krótkofalówki. Uzbrojeni w amfetaminę, uzbrojeni w adrenalinę. Depczą trawnik, obrywają kwiaty. Robią wgniecenia w chodniku, robią podkop pod świat.

Fajne, nie? – mówi Lewy do mnie, jak tak idziemy, i pokazuje mi, jak wciska przyciski na swym walkie-talkie. Zajebiste – odpowiadam mu. Wtedy on mówi do mnie, żebym tam poszedł i stanął tuż przy ulicy, a on będzie stał tutaj, i będziemy ze sobą gadać. Tak też robię, bo to mi się wydaje świetny pomysł.

Wtedy okazuje się, iż to nie są walkie-talkie jakieś sztuczne, pić na wodę, sklep z zabawkami „Bartosz”, zestaw mała policja, tylko są to walkie-talkie profesjonalne niczym na filmach w oddziałach antynarkotykowych.

Halo. Halo. Tu baza. Odbiór – mówi Lewy głosem poważnym i skupionym, a ja mam jego głos stereo, gdyż po piersze słyszę to co on mówi normalnie, a po drugie słyszę to też również w słuchawce. Bardzo mi się to podoba, bardzo fajny sprzęt taka krótkofalówka, lepsza nawet zabawa niż komórka, a choć gier sprawnościowych nie ma, to jest to sprzęt fajny, w każdej sytuacji przydatny do zapoznawania nowych osób, do zamawiania sobie spida do łóżka.

Podaj hasło, podaj hasło, odbiór – mówię, popijając ze smakiem swą promocyjną kole i patrząc, czy nie nadciąga wróg.

Ptaki latają kluczem – mówi Lewy. Takie hasło on niby podaje. No to ja mu mówię z czystej uszczypliwości: boot error. Hasło nieprawidłowe.

I tak stoję i się cieszę z własnego dowcipu, koła jest dobra, zimna, promocyjna za darmo.

Wtedy, czego ja się zupełnie nie spodziewam, Lewy wtem wyłącza odbiór. Nagle wrzeszczy tak: co powiedziałeś?! – lecz w tonie zaczepnym. Ja wtedy też odłączam i mówię dość obrażony: no co kurwa, nieprawidłowe hasło żeś zrobił!

A on na to: co kurwa nieprawidłowo, co niby nieprawidłowo, coś się nie podoba? W podstawówce to jeszcze mówili, chyba na tyle nie mam jeszcze blachy pogięte, żebym nie pamiętał.

Poczym rzuca swoje walkie-talkie o trawnik.

To jest, kurwa, hasło chyba nieprawidłowe, nie? – mówię do niego wytrącony całkowicie z równowagi napadem adrenaliny. Co, że niby jakimś kluczem, odpiąłeś?! – i w przypływie gniewu odrywam od swego walkie-talkie antenkę, co rzucam ją na trawnik.

To jakie jest, kurwa, hasło twoje, no wal, jakie jest twoje do kurwy nędzy hasło jak nie te?! – drze mordę Lewy, fuli powaga, czerwony na gębie.

Inne, kurwa! – ja się wydzieram, gdyż nagle moja słabość całkowicie ustępuje i czuję się raptem podkurwiony do granic całą tą sytuacją z walkie-talkie. Zasady są proste, albo się umie bawić, albo się nie umie, albo się zna hasło, albo się nie zna, a jak nie, to niech się nie zaczyna.

Wtedy Lewy podnosi swą słuchawkę z ziemi i jeszcze raz włącza. Tu, kurwa, baza – mówi do słuchawki niby że tonem spokojnym – podaję hasło: Silny robi Moskwie lachę. Silny robi Moskwie lachę. Odbiór.

Wtedy ja się do reszty wkurwiam, bo co jak co, ale o tendencje proruskie nikt mnie nie będzie bezkarnie insynuował.

Uwaga uwaga – wrzeszczę do walkie-talkie, by mimo urwanej antenki było wyraźnie słychać – Łącza zerwane, sytuacja alarmowa. Lewy to pedał, gej i kastrat.

Komunikat odwołany – wrzeszczy wtedy do słuchawki Lewy – prawidłowe hasło: Silny to cwel, a jego matka zdejmuje majtki dla Ruskich.

Wtedy ja już nie wytrzymuję. Nie wytrzymuję psychicznie. Myślę o tym, by go zabić. Powaga. Gdyż moja matka co jak co, wszystko o niej można wypowiedzieć, ale by nosiła jakieś majtki, to jest to podłe oszczerstwo, jest to osoba z natury spokojna, płci matka, żadna to nie jest jebnięta kobieta, tym więcej proruska, i żadnych zboczonych rzeczy nikt nie będzie o niej mówił, a szczególnie Lewy. Okej. Jak tak, to tak. Byliśmy kolegami? Byliśmy. Lecz już nie jesteśmy? Nie jesteśmy. Tyle. Łapię więc za walkie-talkie i mówię tak, gdyż to już nie są przelewki: odbiór. Odbiór.

I wtedy walę bez żadnych skrupułów. Arka Gdynia kurwa świnia.

Po czym rozłanczam się ostatecznie na wieki, choć i tak już tą słuchawkę popsułem i w sumie po chuja ją wyłączam, dla efektu chyba, dla pointy. Lewy stoi w miejscu, z wrażenia upuszcza swe krótkofalówkę. Stoi. Ręce kołyszą mu się na wietrze. Szok, frustracja, chaos, panika. Zastanawiam się, czy nie przesoliłem teraz trochę z siłą swego argumentu.

Więc wtedy zaraz mogłoby być tak, iż akcja dzieje się już szybko. Raz dwa trzy, czary mary, liść na twarz, bo Lewego wkurwić idzie go łatwo, więc niczym w „Dynastii” kamera by zrobiła w tył zwrot, gdyż by to był program na żywo dla telewidzów wyłącznie po pierwszej w nocy, wyłącznie powyżej lat czterdziestu. Pokazaliby teraz klomb, drzewa, totalna sielanka, wsi spokojna wsi wesoła, Mc Donald's o zachodzie słońca, jakbym mógł, to bym kupił Izabeli taką fototapetę do dużego, co by sobie wieczorem siadała na wersalce i spoglądała. Natomiast na zapleczu poza kadrem, gdzie by już nie pokazali, by miał miejsce totalny hardkor między mną a Lewym, na paznokcie i zęby, na szarpanie się za włosy. Których zresztą nie ma, lecz to już by można było zrobić efekty specjalne. Gdyż łącznie z Lewym jesteśmy tak na siebie napaleni, by sobie napierdolić, iż byśmy szli na szajbę, a nie żadne nunczako, taktyki techniki i boks zawodowy, tylko wydłubane oko i wywleczone gardłem wątroba i jajnik. I przyznam iż ja również miałbym udziały w tym interesie, bo rozkurwiony jestem równo na całej linii. Nawet powiem tyle, iż to ja może bym uderzył pierszy, jako że jestem takiego zdania, iż by nie miało sensu co wiele urządzać wielkich oczekiwań, „to nie tak, Lewy, jak myślisz”, „ja wcale tak nie uważam, to są poglądy Kacpra” i inne ścierny. Arka Gdynia kurwa świnia i koniec, raz się rzekło i klamka została otwarta, Lewy by dostał parę klapsów na pysk, ja co swoje to też bym dostał na adres zwrotny, gdyż to jest chłopak duży i mocno naspidowany. I tak byśmy się napiżdżali przez jakiś czas dość ostro, raz ja bym był na wierzchu, to bym mówił: Arka Gdynia kurwa świnia, raz on by był na wierzchu, to był mówił: Lechia Gdańsk kurwa szajs. I tak by się cała historia może skończyła, nawzajem byśmy się zajebali i potem już tylko życie pozagrobowe, które nawet nie wiadomo, czy jest, czy go nie ma, czy inna jeszcze trzecia możliwość.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 38
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)