Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 141
Перейти на страницу:

Żonglerzy przesuwali się przed oczami widzów pół godziny, po czym następowała pięciominutowa przerwa, którą spędzali w pomieszczeniu pod sceną, razem z setkami innych odpoczywających artystów. Valentine marzył o wielkim popisie, ale Zalzan Kavol zakazał mu tego krótkim stwierdzeniem, że jeszcze nie jest gotów, choć jak na nowicjusza radzi sobie całkiem nieźle.

Zanim trupie pozwolono opuścić scenę, już nastał ranek. Płacono za godziny, a czas trwania występu zależał od publiczności, która miała pod siedzeniami zainstalowane liczniki, odczytywane następnie przez zimnookich Ghayrogów siedzących w kabinach pod sceną. Niektórzy wykonawcy pozostawali na scenie zaledwie kilka minut, szybko przepędzani powszechnym znudzeniem lub wzgardą, ale Zalzan Kavol wraz ze swoją trupą, mimo że wynajęty na dwie godziny, wytrwał aż cztery. Zostałby i na piątą, gdyby nie odwiodła go od tego krótka, lecz burzliwa dyskusja z braćmi.

— Jego chciwość na pieniądze napyta mu kiedyś kłopotów — stwierdziła spokojnym głosem Carabella. — Jak długo, według niego, można obrzucać się pochodniami, póki wreszcie ktoś się nie pomyli? Ostatecznie Skandarzy też bywają zmęczeni.

— Ale nie Zalzan Karol, sądząc po jego wyglądzie — rzekł Valentine.

— On może i jest maszyną do żonglowania, ale jego bracia są śmiertelni. Rovorn zaczynał już nie nadążać za innymi. Cieszę się, że mają odwagę, by mu się przeciwstawić. — Uśmiechnęła się. — Ja zresztą też byłam nieźle zmęczona.

Występ żonglerów cieszył się tak wielkim powodzeniem, że zostali zatrudnieni na cztery dalsze dni. Zalzan Karol nie posiadał się z dumy i gdy Ghayrogowie dali swoim ulubieńcom wysokie wynagrodzenie, obiecał każdemu pięciokoronową premię.

Niech mu będzie, pomyślał Valentine, ale on sam nie ma zamiaru siedzieć wśród Ghayrogów bez końca. Po drugim dniu występów nie ukrywał swego zniecierpliwienia.

— Chciałbyś już ruszyć w dalszą drogę. — Deliamber nie pytał. Deliamber to wiedział.

Valentine skinął twierdząco głową.

— Próbuję ją sobie wyobrazić.

— Drogę na Wyspę?

— Dlaczego tracisz czas na rozmowy, jeśli czytasz w ludzkich umysłach?

— Tym razem nie musiałem czytać. Twoje następne posunięcie nie powinno nasuwać wątpliwości.

— A więc mam udać się do Pani. No, tak. Któż inny mógłby powiedzieć mi prawdę o tym, kim jestem?

— Widzę, że nadal brak ci wiary — stwierdził Deliamber.

— Opieram się tylko na snach, na niczym więcej.

— Za to na snach, które objawiają wielką prawdę.

— Tak — powiedział Valentine. — Sny jednak mogą być zmyśleniem, fantazją czy metaforą. Szaleństwem byłoby brać je dosłownie, nie mając znikąd potwierdzenia ich prawdziwości. Takie potwierdzenie mogę uzyskać od Pani, przynajmniej mam taką nadzieję. Jak daleko stąd do Wyspy, czarodzieju?

Deliamber przymknął na chwilę wielkie złociste oczy.

— Tysiące mil — odpowiedział. — Do tej pory przemierzyliśmy mniej więcej jedną piątą Zimroelu. Aby posuwając się na wschód ominąć terytorium Metamorfów, musisz zahaczyć o Khyntor albo Velathys, a dalej udać się rzeką, przez Ni-moya do Piliploku. Dopiero stamtąd ruszają na Wyspę statki z pielgrzymami.

— Ile czasu może trwać taka podróż?

— Żeby się dostać do Piliploku? Przy naszym dotychczasowym tempie około pięćdziesięciu lat. Wędrowanie z żonglerami, zatrzymywanie się po tygodniu to tu, to tam…

— A gdybym opuścił trupę i zdał się sam na siebie?

— Sześć miesięcy. Być może. Rzeką podróżuje się szybko, ale wędrówka lądem zabiera dużo czasu. Gdybyśmy mieli statki powietrzne, tak jak to bywa na innych planetach, dostanie się do Piliploku byłoby kwestią jednego dnia — no, może dwóch — ale oczywiście my żyjemy na Majipoorze, gdzie nie ma udogodnień, które ułatwiają życie innym.

— Sześć miesięcy? — Valentine zmarszczył brwi. — A gdybym wynajął jakiś pojazd i przewodnika, to ile musiałbym zapłacić?

— Pewnie dwadzieścia rojali. Długo będziesz żonglował, zanim tyle uzbierasz.

— A kiedy już dotrę do Piliploku, to co wtedy? — Valentine nie dawał za wygraną.

— Wtedy popłyniesz na Wyspę. To zabierze ci kilka tygodni. Na Wyspie wynajmiesz kwaterę na najniższym tarasie i rozpoczniesz wspinaczkę.

— Wspinaczkę?

— Wspinaczkę ku modlitwie, oczyszczeniu, wtajemniczeniu. Przechodzisz z tarasu na taras, aż osiągniesz Taras Adoracji, który jest przedsionkiem Świątyni Wewnętrznej. Naprawdę nic o tym wszystkim nie wiesz?

— Mój mózg został nieźle wyprany. — No, tak.

— Docieram do Świątyni Wewnętrznej. I co dalej?

— Zaczynasz nowicjat. Służysz Pani jako akolita i jeśli szukasz u niej posłuchania, przechodzisz rytualne próby, po czym oczekujesz przyzywającego snu.

— Ile czasu zabiera ten cały proces — te tarasy, wtajemniczenie, służba akolity, przyzywający sen? — zaniepokoił się Valentine.

— To zależy. Czasami pięć lat. Czasami dziesięć. Bywa, że i całe życie. Pani nie ma czasu na zajmowanie się każdym pielgrzymem.

— A czy nie ma prostszej drogi, by uzyskać u niej posłuchanie? Deliamber zabulgotał kaszlem, który zabrzmiał jak śmiech.

— Co takiego? Chciałbyś zapukać do drzwi świątyni, wykrzyczeć, że jesteś jej podmienionym synem i domagać się wpuszczenia?

— Dlaczego nie?

— Ponieważ — powiedział Vroon — zewnętrzne tarasy Wyspy służą temu, by zapobiegać takim właśnie incydentom. Nie ma ani prostych, ani wymyślnych sposobów skomunikowania się z Panią. Może ci to zabrać całe lata.

— Znajdę jakąś drogę. — We wzroku Valentine'a widać było zdecydowanie. — Gdybym tylko znalazł się na Wyspie, potrafiłbym dotrzeć do jej umysłu, wykrzyczeć swoje prośby, przekonać ją, by wezwała mnie przed swoje oblicze. To znaczy — myślę, że bym potrafił.

— Może — potwierdził Deliamber.

— Ale przy twojej pomocy to “może” znaczyłoby więcej.

— Tego się obawiałem — odpowiedział czarodziej oschle.

— Masz pewne zdolności w sprowadzaniu przesłań. Moglibyśmy dotrzeć, jeśli nie do samej Pani, to przynajmniej do jej najbliższego otoczenia. Krok po kroku skracalibyśmy nie kończący się proces osiągania kolejnych tarasów…

— Być może da się to zrobić — powiedział Deliamber. — Trudno mi w to uwierzyć, ale chyba zgodzę się na tę pielgrzymkę.

Valentine przez dłuższą chwilę przyglądał się Vroonowi.

— Dobrze o tym wiedziałem — odezwał się wreszcie. — Udajesz wahanie, ale to ty od samego początku popychałeś mnie ku Wyspie. I oczywiście widziałeś siebie u mego boku. Może nie mam racji, co? Przyznaj, Deliamberze, że masz większą ode mnie ochotę wyprawić mnie w tę podróż.

— Och! — westchnął czarodziej. — Co tu ukrywać.

— No widzisz, miałem rację.

— Jeśli się zdecydujesz wyruszyć na Wyspę, Valentine, nie opuszczę cię. Ale czy ciebie w ogóle stać na decyzję?

— Czasami.

— To za mało, by być silnym — stwierdził czarodziej.

— Łatwo ci mówić. Tysiące mil. Lata oczekiwań. Znój i intrygi. Dlaczego ja się na to godzę, czarodzieju?

— Ponieważ byłeś Koronalem i musisz być nim ponownie.

— Co do pierwszego, to może i prawda, choć nadał mam poważne wątpliwości. Drugie pozostaje kwestią otwartą. Deliamber spojrzał na niego przebiegle. — Wolisz zatem żyć pod rządami uzurpatora?

— Co mi do Koronala i jego rządów! Dzieli nas pół świata. On mieszka na Górze Zamkowej, ja jestem wędrownym żonglerem. — Valentine wyciągnął przed siebie dłonie i przyglądał im się tak, jakby je widział po raz pierwszy. — Oszczędziłbym sobie wiele zachodów, gdybym pozostał z Zalzanem Kavolem i pozwolił tamtemu, kimkolwiek on jest, zatrzymać tron dla siebie. A może jest mądrym i sprawiedliwym uzurpatorem? Jaką korzyść odniesie Majipoor, jeśli wykonam tę całą robotę po to tylko, by samemu zająć jego miejsce? Och, Deliamberze, Deliamberze, czy wyglądam na króla, skoro mówię takie rzeczy? Gdzie moja żądza władzy? I jak mógłbym sprawować rządy, jeśli w tak oczywisty sposób nie przejmuję się tym, co się wydarzyło?

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)