Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Серия: Kroniki Majipooru #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
— A kto poza mną wie o tym? — spytał czarodziej.
— Tylko Carabella. Ale i ją związałem podobną przysięgą.
— Nie mówiłeś o niczym Hjortowi?
— Vinorkisowi? Ani słowa. Dlaczego pytasz?
— On bardzo uważnie cię obserwuje. Zadaje zbyt wiele pytań. Nie darzę go specjalną sympatią.
Valentine wzruszył ramionami.
— Nietrudno nie lubić Hjortów. Czego się obawiasz?
— Ten nasz jest szczególnie skryty i tajemniczy. Trzymaj się z dala od niego, Valentine, bo inaczej napytasz sobie kłopotów.
Żonglerzy jechali do hotelu po roziskrzonych blaskiem ulicach. Prowadził Deliamber, który, jak się zdawało, miał w głowie mapę każdego zakątka Majipooru. Wóz zatrzymał się przed niezmiernie wysokim budynkiem, z rozmachem i fantazją skupiającym w jednym miejscu przeróżne formy architektoniczne, wieże i wieżyczki, łukowe sklepienia i błyszczące ośmiokątne okna. Valentine wysiadając z wozu zamrugał i aż otworzył ze zdumienia usta.
— Wyglądasz, jakbyś oberwał maczugą po głowie — odezwał się zgryźliwie Zalzan Kavol. — Nigdy jeszcze nie widziałeś Dulornu?
Valentine wykonał ręką bliżej nieokreślony gest. Sięgnął do swej pamięci, ale jak zwykle niewiele tam znalazł. Kto jednak, będąc raz w tym mieście, mógłby je zapomnieć? Odpowiedział pytaniem na pytanie.
— Czy jest coś piękniejszego na całym Majipoorze?
— Tak — odpowiedział mu Skandar. — Waza gorącej zupy. Kubek mocnego wina. Skwierczenie pieczeni nad płonącym ogniem. Nie ugryziesz nawet najpiękniejszej wieży. Dla głodnego człowieka nawet Góra Zamkowa jest warta tyle, co zeschły kawałek łajna. — Zalzan Karol parsknął krótkim śmiechem, zadowolony z siebie, i chwyciwszy bagaż pomaszerował wielkimi krokami do hotelu.
— Chodziło mi tylko o urodę miast! — zawołał za nim Valentine. Thelkar, zwykle najbardziej milczący ze wszystkich Skandarów, odezwał się:
— Zalzan Karol podziwia Dulorn bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, ale nigdy się do tego nie przyzna.
— Przyznaje się tylko do podziwiania Piliploku, miejsca naszego urodzenia — dodał Gibor Haern. — Uznałby za nielojalne wykrztuszenie choćby jednego dobrego słowa o jakimkolwiek innym mieście.
— Szszsz…! — uciszył ich Erfon Karol. — Idzie tutaj! Ich najstarszy brat pojawił się w drzwiach hotelu.
— No i co? — zagrzmiał. — Dlaczego tak stoicie? Za pół godziny próba! — Żółte oczy Skandara błysnęły niczym ślepia dzikiego zwierza. Warknął, groźnie zacisnął cztery pięści i zniknął powtórnie.
Osobliwy pracodawca, pomyślał Valentine. Gdzieś pod tą kudłatą skórą kryje się delikatność, a może i dobre serce, a jednak Skandar nieustannie pracuje nad zachowaniem wizerunku gbura.
Żonglerzy zostali zaangażowani na występ w Dulorneńskim Cyrku Nieustającym, który, jak sama jego nazwa wskazywała, zabawiał widzów dzień i noc, jak rok długi. Ghayrogowie, nadający ton miastu i prowincji, nie spali raz na dobę, lecz przesypiali dwa albo trzy miesiące w porze zimowej, a kiedy się budzili, myśleli tylko o rozrywkach. Deliamber twierdził, że płacą dobrze i nigdy w tej części Majipooru nie starcza wędrownych artystów, by zaspokoić ich potrzeby.
Kiedy trupa zebrała się na popołudniową próbę, Zalzan Kavol oznajmił, że będą występować między czwartą a szóstą rano.
Valentine wcale się tym nie ucieszył. Po rewelacjach ostatniej nocy pragnął następnych wiadomości, które mógł przynieść sen, a tu każą mu spędzić na scenie najbardziej płodne w senne marzenia godziny.
— Możemy pójść spać wcześniej — zauważyła Carabella. — Sny przychodzą o każdej porze. A może masz umówione spotkanie z przesłaniem?
I kto to pozwalał sobie na uszczypliwe uwagi? Ktoś, kto jeszcze nie tak dawno trząsł się ze strachu przed nim. Uśmiechnął się, nie zwiedziony pozorami, bo doskonale się orientował, że pod kpiną czai się niepewność.
— Nie, nie mam, ale pewnie w ogóle bym nie zasnął wiedząc, że muszę tak wcześnie wstać.
— Poddaj się dotykowi Deliambera — pośpieszyła z radą. — Wolę zasypiać bez jego pomocy — odpowiedział.
Po próbie i smacznym obiedzie, który składał się z obsuszonego na wietrze mięsa i zimnego niebieskiego wina, udał się do swego pokoju, lecz zanim wszedł do łóżka między chłodne, gładkie prześcieradła, godne księcia, jak mówiła Carabella, polecił się opiece Pani Wyspy i poprosił ją o przesłanie. Była to dozwolona i często stosowana praktyka, choć nie zawsze przynosząca spodziewane rezultaty. Jeśli naprawdę jest obalonym Koronalem, to Pani jest jego prawdziwą matką, i cielesną, i duchową. Z całego serca potrzebował teraz jej pomocy. Chciał, by upewniła go co do tożsamości i pokierowała jego poczynaniami.
Zasypiając spróbował wyobrazić sobie Panią i jej Wyspę, usiłował pokonać w myśli tysiące dzielących go od niej mil, zbudować jakiś pomost czy wzniecić w sobie choćby niewielką iskierkę świadomości, która przeskoczyłaby bezgraniczną pustkę jego pamięci. Prawdopodobnie pierwszy lepszy dorosły mieszkaniec planety znał rysy Pani i geografię Wyspy na pamięć, tak jak twarz własnej matki czy peryferie własnego miasta, ale Valentine, człowiek o okaleczonym umyśle, zdany był wyłącznie na wyobraźnię. Jak wyglądała twarz Pani tamtej nocy w Pidruid, w świetle fajerwerków? Łagodna, uśmiechnięta, okolona długimi gęstymi włosami. No tak, ale reszta? Te włosy są pewnie czarne i lśniące, takie jak u Lorda Valentine'a i zmarłego Lorda Voriaxa. Oczy brązowe, ciepłe i żywe, z siateczką drobnych zmarszczek w kącikach. Pełne usta. Policzki z niewielkimi dołeczkami. Cała postać pełna godności i majestatu. Właśnie przechadza się po ogrodzie pełnym ukwieconych krzewów, żółtych tanigalów i kamelii, i czarnego bzu, i purpurowych thwalów kipiących bujnością tropików, zatrzymuje się na moment, zrywa kwiat, wpina go we włosy, rusza dalej, po wijącym się między krzewami marmurowym chodniku, wychodzi na szerokie kamienne patio usytuowane po zamieszkałej przez nią stronie wzgórza, spogląda w dół na schodzące aż do morza tarasy, patrzy na zachód, ku odległemu Zimroelowi, zamyka oczy, myśli o utraconym synu wędrującym przez miasto Ghayrogów, zbiera siły, wysyła słodkie, pełne nadziei przesłanie jemu, Valentine'owi, wygnanemu do Dulornu.
Zapadł w sen.
I spotkał ją, lecz nie na stoku wzgórza poniżej ogrodów, tylko w jakimś opustoszałym mieście, w pustynnej krainie, na ogołoconym skrawku ziemi, pełnym połamanych przez burze kamiennych kolumn i roztrzaskanych ołtarzy. Zbliżali się do siebie z dwóch stron placu zalanego widmowym blaskiem księżyca. Twarz miała osłoniętą welonem i uporczywie odwracała oczy, więc poznawał ją tylko po ciężkim zwoju ciemnych włosów i po zapachu wpiętego nad uchem kwiatu czarnego bzu, ale chciał, by w tym niegościnnym miejscu rozgrzał mu duszę jej uśmiech, chciał pociechy jej dobrych oczu, a widział tylko welon, tylko ramiona, nie dostrzegał twarzy. — Matko? — zapytał niepewnym głosem. — Matko, to ja, Valentine! Nie poznajesz mnie? Spójrz na mnie, matko! — A ona przepłynęła obok jak widmo i znikła między połamanymi kolumnami, na których wyryte były sceny z życia wielkich Koronalów. — Matko!… — zawołał raz jeszcze.
Sen się skończył. Valentine wytężał wszystkie siły, by jeszcze raz przywołać Panią, lecz na próżno. Rozbudzony, wpatrywał się w ciemność, wciąż mając przed oczami osłoniętą welonem postać. Nie rozpoznała go. Dlaczego? Czyżby był aż tak bardzo odmieniony, że nie poznaje go własna matka? Ta, która nosiła go w swoim łonie? A może nigdy nie był jej synem? Nie znajdował odpowiedzi. Pani Wyspy nie dała mu podczas snu żadnego potwierdzenia, że dusza ciemnowłosego Lorda Valentine'a znajduje się w ciele jasnowłosego żonglera. Nadal pogrążony był w tej samej niewiedzy, z jaką zasypiał.