Las Ma Wiele Oczu
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Las Ma Wiele Oczu». Краткое содержание книги:
– Irsa – wyszeptał prawie nieruchomymi wargami.
– Tak, jestem tutaj.
– Musiałem się urodzić pod jakąś nieszczęśliwą gwiazdą. Trzymaj się ode mnie z daleka, ja przyciągam nieszczęście!
– Nie, co ty wygadujesz – odparła. – Miałeś po prostu bardzo trudny okres w życiu.
Rustan wzdychał zrozpaczony.
– A poza tym ja ciebie kocham, wiesz, więc nie mogę się trzymać z daleka – powiedziała z przekonaniem. – Ty jesteś moim trwałym punktem oparcia w tym życiu. Całkowicie na tobie polegam…
– Na mnie? – zapytał z goryczą, ale jej słowa najwyraźniej sprawiły mu przyjemność, wyczuwała to.
– No, a jak teraz z twoimi oczami?
– Tak strasznie się boję – odparł. – Że znowu wszystko utracę. A tak bym chciał cię zobaczyć, Irso. Jesteś mi najdroższa w tym życiu.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc tylko mocno, z wielką czułością uścisnęła jego rękę, głęboko wzruszona.
Rustan odsunął rękę od twarzy.
– Wciąż jeszcze jest bardzo ciemno, prawda?
Irsa i Armas wymienili przestraszone spojrzenia. Znajdowali się teraz na otwartym jeziorze i ciemności nie były tu nawet w połowie tak intensywne jak w głębi lasu.
– Tak, rzeczywiście… Jest dosyć ciemno – odparła drżącymi wargami.
Armas spojrzał na Irsę i bez uprzedzenia skierował na środek łodzi światło silnego reflektora. Rustan skulił się gwałtownie i przesłonił oczy.
– Co to było? Mignęło mi jakieś światło?
– To latarka – wyjaśnił Armas. – O ile dobrze rozumiem, to widzisz, ale dość niewyraźnie. Po prostu potrafisz zauważyć światło i różnicę pomiędzy światłem a ciemnością. Wydaje mi się, że to już jest coś, prawda?
Rustan zacisnął powieki i leżał bez ruchu, jakby siły go opuściły.
– O mój Boże – szeptał.
Irsa, która trzymała jego głowę, czuła, że po policzkach Rustana spływają łzy.
W szpitalu Rustana natychmiast zabrano na badania, a Irsa siedziała na korytarzu, trzymając na kolanach splecione mocno dłonie.
Minuty mijały, czas wlókł się nieprawdopodobnie.
Na korytarzu pojawił się Armas Vuori i usiadł obok, by razem z nią czekać.
– Otrzymaliśmy dodatkowe informacje na temat Hansa Lauritssona – powiedział nagle.
Irsa drgnęła. W niepokoju o Rustana całkiem zapomniała o obecności komisarza.
– Jakie to informacje?
– On rzeczywiście pochodził z północnej Värmlandii, ale wcześnie przeprowadził się do Sztokholmu. Stracił kontakt z rodziną i popadł w złe towarzystwo. Jakieś drobne przestępstwa, wódeczka, narkotyki. Był to chłopak słaby, pozbawiony charakteru, ale podobno sympatyczny i stosunkowo spokojny.
– Tak. Rustan go lubił. Powiada, że Hans odnosił się do niego bardzo przyjaźnie.
– Miał włosy ciemne, jak Rustan, ale dłuższe. I był znacznie młodszy. Miał dziewiętnaście lat.
– Dlatego policja norweska się pomyliła i uznała, że zdjęcie jego właśnie przedstawia – przyznała Irsa. – Myśleli też, że znaleźli ciało Rustana.
Jakiś lekarz wyszedł na korytarz i oboje czekający wstali. Lekarz wezwał do siebie policjanta, po czym obaj zniknęli znowu za drzwiami. Irsa wróciła na miejsce rozczarowana, czuła się trochę dyskryminowana. Od długotrwałego niepokoju czuła bolesne ssanie w dołku.
Po nieprawdopodobnie długim czasie Armas wrócił.
– Powinnaś teraz pójść do hotelu i się przespać. Już rano.
– Jeżeli natychmiast nie powiesz mi, co z Rustanem, to zacznę krzyczeć! – syknęła z wściekłością.
Komisarz roześmiał się.
– Rustan cię pozdrawia Przeszedł okropnie dużo rozmaitych badań, rentgenów i Bóg wie czego. Lekarze byli wstrząśnięci. Rustan powinien był być operowany wiele lat temu! Teraz jest gorzej, ale obiecują, że zrobią, co się da.
– Widzi chociaż trochę?
Armas jakby się wahał.
– Niewiele więcej niż widział w łodzi. Poza tym okazało się, że od czasu twojego wyjazdu nie miał odwagi jeść ani pić w domu, bo całkiem już stracił zaufanie do swojej rodziny.
– Bardzo rozsądnie – rzekła Irsa. – Czy mogłabym go teraz odwiedzić?
Komisarz potrząsnął głową.
– Dali mu coś na sen. Chcą, żeby oczy jak najlepiej wypoczęły, bo wszystko wskazuje na to, że jego zdolność widzenia powoli, bo powoli, ale jednak stale się poprawia. Dlatego przez jakiś czas Rustan musi pozostać w całkowitym spokoju. Mogę cię natomiast pocieszyć, że ten cios w głowę nie był bardzo niebezpieczny, żadnego wstrząsu mózgu ani żadnych większych szkód nie spowodował.
– No, dzięki chociaż za to!
Armas nagle spoważniał.
– Oni powiedzieli coś bardzo dziwnego. Że ów cios w głowę zadano tak, jakby napastnik nie chciał wyrządzić Rustanowi poważnej krzywdy. W każdym razie nie chciał zabić.
– To dlaczego ten ktoś zwabił go do lasu?
– Nie wiem. Nie bardzo rozumiem tę historię. Nic tu do siebie nie pasuje. Kiedy już się człowiekowi zdaje, że ma jakiś wątek, który powinien prześledzić, pojawia się coś całkiem nowego, co wywraca wszystko do góry nogami. Nic się ze sobą nie łączy, jedno do drugiego nie przystaje.
Irsa ponownie usiadła, a Armas poszedł za jej przykładem. W szpitalu zaczynał się nowy dzień. Pielęgniarki budziły pacjentów, ale tych dwoje niczego nie zauważało.
– Próbowałam coś wymyślić – powiedziała Irsa powoli. – Ale mnie też nic się nie zgadza. Jeśli oni kombinowali coś z firmą, albo z innego powodu chcieli mieć wolną rękę, to w takim razie byłoby zrozumiałe, że chcieli wysłać Rustana z domu. Ale to nie ma sensu, bo przecież on już właściwie wszystko im przekazał.
– Tak. Zresztą z jego strony była to co najmniej pochopna decyzja, tak mi się wydaje. Chociaż, z drugiej strony, to przecież jego matka i przyrodnie rodzeństwo, można więc zrozumieć samotnego, niewidomego człowieka.
Irsa westchnęła.
– Nie podoba mi się, że on tu leży taki całkiem bezbronny. Lada moment zjawi się tu jego rodzinka…
– Nic mu nie grozi – roześmiał się Armas. – Mój milkliwy kolega stoi pod drzwiami, a później zastąpi go kto inny. Policja nie wpuści do pokoju nikogo poza Irsą Folling.
Twarz dziewczyny rozjaśnił promienny uśmiech. Nareszcie jakiś znak, że ona również się liczy.
– Rustan mi opowiadał, że w domu rozegrała się dramatyczna scena, kiedy Edna wróciła po swoim nadzwyczaj krótkotrwałym pobycie w szpitalu. On był, rzecz jasna, wściekły, że was tak brutalnie rozdzielono, i pozwolił sobie na kilka mocnych słów, z których niedwuznacznie wynikało, że ostatnią noc spędziliście razem. Edna wpadła w furię, dwoje młodych również. Krzyczeli, że to niedopuszczalne, by coś podobnego zdarzało się na wyspie, zapewniali, że już nigdy więcej nikogo tam nie wpuszczą, bo Michael twierdził, że Rustan jest zbyt zielony, żeby na przyszłość móc unikać podobnych incydentów. Jednym słowem, obrzydliwa awantura. Oni najwyraźniej nie życzą sobie, by Rustan miał jakieś potomstwo, to znaczy, żeby oni nie musieli się z nikim dzielić majątkiem.
– Ale przecież on wszystko przepisał na rodzinę!
– Tylko jeśli chodzi o jego osobę. Ewentualne dzieci miałyby prawo dziedziczenia.
– Czy dlatego więzili go na wyspie?
Armas nie był pewien.
– Częściowo chyba tak, ale za tym kryje się coś więcej. Żebym ja tylko mógł się dowiedzieć, o co to chodzi! Ale coś przeczuwam… Chodź teraz! Odwiozę cię do hotelu. Zabiorę cię znowu stamtąd o godzinie pierwszej. Lekarze powiedzieli, że właśnie mniej więcej o tej porze Rustan się obudzi
Niechętnie powlokła się za nim. Wsiedli do samochodu komisarza, a Irsa wciąż miała poczucie nierzeczywistości, jakiego doznajemy zawsze po nie przespanej nocy. Miasto jeszcze się nie obudziło, wszędzie panowała cisza, w której każdy dźwięk odbijał się głośnym echem.