Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Samozwaniec. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Samozwaniec. Tom II

Электронная книга - «Samozwaniec. Tom II». Краткое содержание книги:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył.
Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa.
Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych…
Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem.
Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów.
Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 81
Перейти на страницу:

— A idźże na hier! — warknął Rudomina. — Wziąłbyś go waść bez mojego wspomożenia chyba w piekle!

— Wara! Masz drugiego. — Dydyński wskazał wzrokiem martwego Moskala w zierkale, za którego wieczne odpoczywanie mówili właśnie brodaci ruscy święci w niebie. — Tego zostaw. Dworycki kazał żywego sprowadzić.

— A żeb ty ocipiał! — ryknął Rudomina. — Dawaj Moskala, taka jego mać!

— Nie dam!

Rudomina jednym ruchem wzniósł szablę. Byłby ją spuścił na kark jeńca, kładąc tym samym kres zwadzie…

Dydyński w ostatniej chwili zasłonił dworianina, odbił ostrze, odtrącił!

— Powiedziałem: wara!

Rudomina zabulgotał coś jeszcze, ale odjechał.

— Antosek?! — rozdarł się, bo nigdzie nie widział chłopca. — Antoseeek?!

— Z uma zszedł! — jęknął. — Za Moskalem poleciał! Tak nie mam ja sługi, straciłem wiernego!

Dydyński, trzymając jeńca pod ostrzem szabli, obmacał kaftan, czy nie ma zaszytych rubli.

— Pożałuj, gospodin! — zajęczał Moskal. — Wykup dam, ja wam…

— Dawaj, co masz, teraz. Nie będę dwa razy prosił!

Dygocącymi rękoma Moskal odwiązał kaletę od pasa i podał szlachcicowi. Dydyński zmacał zawartość i skrzywił się.

— Nisko się cenisz, psi synu!

— Pożałuj! Dam, dam więcej… Czekajcie!

Rozwiązał kaftan na piersi, wyciągnął zawieszony na szyi woreczek — okazał się twardy i miło wypchany, kiedy stolnikowic wziął go w rękę. Dydyński zerwał też ze łba Moskala kołpak. Było na nim kilka pereł i zacnych kamuszków.

Łupy przewiesił przez przedni łęk.

— Teraz siadaj na koń. Jedź przodem! Żadnych sztuczek. Ruszaj!

Podjechali do Rudominy, który trzymając w lewej ręce wodze konia, pochylał się nad martwym Moskalem, przetrząsając mu kieszenie.

— Jak się zwiesz? — zapytał Dydyński swojego jeńca. — Wykup będzie? Nie łżyj, bo weźmiesz szablą w łeb. Z nami nie ma szutków!

— Igor Iwanowicz Jefriemow! — jęknął Moskwicin. — Sługa kniazia Dymitrija Szujskiego, wojewody carskiego. Pażałuj panie preswietny, aleście zdradą nas wzięli.

— Po naszemu fortelem wojennym.

— Cóż to za fortel, obrażać imię carskie, wasze błagorodie! Toż to zbrodnia i grzech! Gosudar samowładny jest głosem Hospodyna, bo on karaje i żałuje nas maluczkich.

— Było nie zważać na krzyki Antoszka. Wojna to nie polowanie z psami na zające! Chciałeś pokazać się jako wierny sługa i zdobyć łaskę Godunowa, a tymczasem Lachy przytroczyli cię do siodła. Gdybyś nie wyrwał z szeregu, miałbyś teraz kołpak na łbie i pełną kaletę!

— Jak mogłem nie pojechać, kiedy bluźnierstwa słyszałem?

— Było udawać, żeś głuchy. Albo że psi szczekają.

— Jak udawać, wasze wieliczestwo, skoro inni stali przy mnie i też to słyszeli?

— I co z tego, że słyszeli?

— Toż oni by donieśli wojewodzie — Chworostynin, Fiedor Michajłowicz i Prokop Fajło, że słysząc obrazę gosudara, nic nie uczyniłem. Kara byłaby i sroga opała.

— Donieśli? Jak to donieśli?

— Bo u nas, kiedy się słyszy złe i grzeszne słowa, jest obowiązek donieść: wojewodzie, diakowi, panu swemu. Inaczej to grzech.

— To wy donosicie, co sąsiedzi robią i o czym rozmawiają?! Ha, zaiste dziwne obyczaje.

— A jak inaczej? — stropił się Moskal. — Przecież jakby ktoś coś przeciwko samowładcy mówił, to jakby przeciwko samemu Stworzycielowi.

Dydyński nic nie odrzekł.

— A u was, w Litwie, jest inaczej, preswietny panie? Jeśli kto bluźni przeciwko Bogu albo królowi, musowo donieść.

Stolnikowic popatrzył na niego jak na szaleńca. I w duszy przyznał, że po raz kolejny nie rozumie Moskali ani w ząb.

— U nas, jak by tu rzec… Nie ma zwyczaju donosić. Bo i po co?

— To przecie nagroda jest za uwiadomienie! I głupi by nie skorzystał?

Dydyński skrzywił się.

— To dlatego wyrywałeś za Antoszkiem?! Bo bałeś się, że jeśli nie wyjedziesz, inni doniosą i wezmą nagrodę? Pohański obyczaj! Nie, u nas, w Polsce, tak się nie robi. Bo po pierwsze, za donosy nie ma żadnej nagrody. A po drugie — uśmiechnął się z politowaniem — u nas każdy wolny człowiek może mówić, co mu się tylko żywnie podoba.

Tym razem Moskal wybałuszył oczy.

— Jakże to tak, każdy plecie co ślina na język przyniesie? Nie boicie się gniewu gosudarskiego?!

— Milcz i lepiej rachuj ruble na okup.

Łoskot kopyt zbliżał się. Nadciągał Antoszek, mokry, rozdygotany, drżący.

— Moskale idą! — rozdarł się. — Kupa sroga! Ten brodofijasz sprowadził! Na ratunek… swoim.

Jefriemow obejrzał się za siebie; widać, że rosła w nim nadzieja na odsiecz. Dydyński przygasił ją płazem szabli zadanym w byczy kark.

— Ruszaj, waszmość! — krzyknął do Rudominy. — Jazda sroga!

Od strony moskiewskich wojsk rosła gromada jeźdźców pędzących w stronę chrustów. Lecz Rudomina największą uwagę poświęcał na razie kieszeniom i sakwom zabitego Moskala.

— Już, zaraz, nie nerwojsia, waszmość — stęknął, starając się zerwać z szyi szczerozłoty chrest. — Ot, trzyma jak bękart bladzi!

— Ogarną nas! Uchodzimy!

— A paszoł ty w buraki!

— Antoszek, pilnuj Moskala! — warknął Dydyński, podjeżdżając do boku Rudominy, a potem schylił się, chwycił go za nakarczek, potrząsnął.

— Moskale! — ryknął mu nad uchem. — Mam waści zostawić?!

Moskale byli tuż-tuż. Pędzili z szablami w rękach, pewni zwycięstwa.

Dydyński zdzielił Rudominę płazem szabli w nakarczek, poprawił mocniej, widząc, że tamten ciągle szarpie się z opornym łańcuchem.

Pan Michał zerknął w tył na krótką chwilę.

— A żeb ty ocipiał! — jęknął.

— Jegomość, uciekamy! — zaintonował płaczliwie Antoszek. — W plen nas wezmą, a mnie ze skóry obłupią, żem naszczał i szczekał na Hoduna.

— W konie! — zgodził się wreszcie Rudomina.

Wskoczył na kulbakę, nie używając strzemienia. W pełnej zbroi — wyczyn godny Zawiszy Czarnego albo Powały z Taczewa.

Dydyński popędził Moskala sztychem szabli.

— Ruszać! Nie ma czasu!

Gnali do swoich, czując oddechy moskiewskich wierzchowców. Pędzili, jakby na karku siedziała im śmierć. I niemal cudem wymknęli się z matni. Dydyński miał nadzieję, że Moskale uderzą za nimi na polskie chorągwie, ale ci zatrzymali się w połowie pola, a potem — poczęli wolno wracać do swoich.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)